FALANGA

Oficjalny blog publicystyczny Falangi

Przeszukaj blog

Ładuję...

środa, 26 sierpnia 2009

Duchowość bazyleańska

Dziewiętnastowieczny badacz religii Heinrich Graetz zwrócił uwagę na zjawisko, które określił jako „bazyleomorfizm”. Nazwą tą opatrywał typ religijności, skupiający się w sposób szczególny na jednym aspekcie natury Boga – na Jego królewskości (od gr. basileus – „król”, morphē – „kształt”). Zjawisko to, choć oznaczone przez uczonego nieco cudaczną nazwą, znane jest dobrze nam wszystkim. Bogactwo jego przejawów w czasie i przestrzeni pozwala wręcz ujmować je jako osobną gałąź duchowości. Na potrzeby niniejszego krótkiego wyjaśnienia nazwiemy tę gałąź umownie duchowością bazyleańską.

Duchowość bazyleańska polega na kontemplowaniu i adorowaniu Boga jako Wiecznego Monarchy, władcy wszelkiego stworzenia, na przeżywaniu prawdy, iż Osoba Boska emanuje Swą królewską godnością na cały widzialny i niewidzialny wszechświat. Oczywiście, Bóg posiada nad stworzonym przez Siebie uniwersum władzę przekraczającą zdolność pojmowania człowieka, władzę, jaką nad swoimi ziemiami i poddanymi nigdy nie miał i nie będzie miał żaden ludzki panujący. Jednak symbole, figury i pojęcia związane z ziemską instytucją monarchii okazują się pomocne ułomnemu ludzkiemu duchowi w zbliżeniu się do nie pojmowalnej tajemnicy Boga i przylgnięciu do niej. Monarchiczny archetyp staje się brama, wiodącą duszę człowieka do zachwycenia się Bożym majestatem i wywyższeniem. Zarazem pozwala sobie lepiej uzmysłowić istotę religii, tkwiącą w pełnieniu powinności wobec Boga – w służbie Wiecznemu Monarsze.

Droga duchowości bazyleańskiej w pewnym sensie polega na przemierzaniu przez duszę hierarchicznej drabiny bytów w odwrotnym kierunku. W rzeczywistości bowiem nie człowiek czerpie obraz Boga od ziemskich władców, ale ziemscy władcy otrzymują od Niego swe władztwo. Ciąży na nich obowiązek stawania się, na miarę ograniczonych ludzkich możliwości, obrazem Boga (imago Dei) dla własnych poddanych – nędznym ziemskim odblaskiem Jego mądrości, sprawiedliwości i miłosierdzia. Dobry panujący świadomie czyni z siebie pomost pomiędzy poddanymi a Bogiem, kędy mogą oni przechodzić z padołu utrapień ku Temu, który jest Królem królów i Panem panów. Nie przez przypadek król starożytnego Rzymu (rex) w czasach poprzedzających republikę nosił tytuł pontifex – budowniczego mostów.

Wspomniany na początku H. Graetz swoją uwagę o „bazyleomorfizmie” sformułował w odniesieniu do religii żydowskiej. Na gruncie judaizmu rozwinęła się bogato osobna, monarchiczna gałąź mistyki – mistyka Tronu (merkawa). Zasadzała się ona na kontemplowaniu hierarchicznego, kunsztownego ładu wszechświata, tworzącego kosmiczny tron, na którym zasiada Bóg. Oczywiście, duchowość bazyleańska obficie rozkwitała w łonie ortodoksji chrześcijańskiej. Jej popularność w obrządku wschodnim poświadcza choćby wspaniała tradycyjna ikonografia, przedstawiająca Pana Jezusa jako króla wszechświata (Kosmokrator) lub władcę wszech stworzenia (Pantokrator). Miała ona swoje odpowiedniki w obrządku zachodnim; kto widział na przykład przechowywany w Gandawie „Ołtarz Baranka Mistycznego” (1432) pędzla Jana van Eycka, temu trudno byłoby znaleźć lepsze uzmysłowienie królewskości Boga i niedoścignionego wzoru, jaki stwarza ona dla koronowanych głów tego świata. Śladów duchowości bazyleańskiej nie brakuje i w historii polskiego Kościoła lokalnego; dość wspomnieć, że jeden z najstarszych utworów sakralnych w języku staropolskim, powstały w XVI wieku, nosi znamienny tytuł „Pieśń Wiecznemu monarsze”.

Duchowość bazyleańska sprowadza się w gruncie rzeczy do kontemplacji jakże prostego faktu – że wszechświat jest monarchią, rządzoną przez Króla (którego święto w tradycyjnym katolickim kalendarzu liturgicznym przypada na ostatnią niedzielę października), zaś monarchia jest obiektywnym stanem wszechświata. Duchowość bazyleańska ma więc charakter monarchistyczny, jest monarchizmem duszy. Tym samym sprawia wrażenie czegoś będącego bardzo nie na czasie w epoce, gdy nowocześni, posoborowi teolodzy bredzą o „człowieku jako partnerze Boga”, a chęć uwspółcześnienia języka ewangelizacji wyradza się w groteskowe próby przedstawiania Chrystusa jako „młodzieżowego” kumpla.

Adam Danek

wtorek, 25 sierpnia 2009

Degeneracja

Połajanka.
Na początek, w roli marchewki,
małopolscy falangiści na Cmentarzu Salwatorskim, czyli
Von Thronstahl - Vorwärts:



A teraz kij:

Degeneracja


Symptomem współczesnego świata jest masowy i lawinowy upadek obyczajów. Masowy i lawinowy, ponieważ objawia się w szerokiej skali i trudno dać mu odpór. Jego podstawowym przejawem jest zanik form, rozmywanie się ich ostrości. Coraz mniej szanuje się udoskanalane przez wieki konwencje, ignoruje się hierarchię, przeciwstawia autorytetom. Nic już nie jest takie, jakie powinno być, w swoim dążącym do doskonałości - czystości i ostrości - wydaniu. Miast tego wokół nas widzimy brud, relatywizm, elastyczność. Można by pomyśleć, że wszelka stałość zniknęła z tego świata. Neguje się bowiem, po kolei, nawet najjaśniejsze oczywistości. Teraz przez ten proces przechodzi sfera kulturowa i społeczna. Wartości takie jak wolność, przeradzają się w swoją karykaturę.
Oczywistym więc wydaje się, że ktoś musi się temu przeciwstawić. Reakcja na tę chorobę musi być zdrowa, musi polegać na przywróceniu równowagi w organizmie. Wszelkie przyczyny i przejawy choroby trzeba koniecznie przepędzić! Tylko kto się tym zajmie? Jednostkowy opór, świecenie własnym przykładem, może nic nie dać. Masa wciąż ma jednak przewagę na człowiekiem... a każda społeczność ma to do siebie, że jest organizmem grupowym. Składa się z pewnej liczby osobnych bytów, pod pewnymi względami do siebie jednak podobnych. Ich zachowanie więc się uśrednia, następuje spadek indywidualności - kosztem zbiorowości. Totalna suwerenność, odrębność jednostki jest niemożliwa - i niepożądana. Człowieka nie można wyrywać z przyrodzonego środowiska. Oczywiście, nie chodzi tu o wyjątki od tej zasady - przykładowo pustelników. Oni przecież potrafią niejednokrotnie mieć na społeczność wpływ odwrotnie proporcjonalny w stosunku do ich związków z nim.

Pozostało nas niewielu, naznaczonych odmiennością...

"My" również jesteśmy pewnego rodzaju zbiorowością, zbiorowością szczególną. Ale przed przejściem do zastanawiania się nad "nami" proponuję najpierw określić, kto się do nas zalicza. To pomoże określić, o co nam chodzi i co nas trapi. Ludzie o prawicowym poglądzie na świat - a więc szukający ładu, czystości i dążący do wyższego, uświęconego dobra. Wykazujemy przy tym zauważalną radykalizację tych postaw. Pragniemy jak najwyższego podniesienia ich temperatury, trwania w ich gorącu - zgodnie z biblijnym nakazem Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust (Ap 3, 15-16). Jest to coś, co odróżnia nas od zletniałych, obojętnych mas i zimnych, skostniałych cyników. Jesteśmy inni od tłumu, wyrastamy ponad-poza niego. Mamy tego świadomość. Jest to jakby nasze piętno, poczucie misji, konieczność jakiejkolwiek formy oporu, choćby do własnego zatracenia. Nie możemy wyżyć spokojnie, bez reakcji na obecne nieprawości w obecnym systemie (kulturowym, społecznym, politycznym, religijnym). Gdzieś w środku wciąż rozlega się wołanie o powrót do pionu, trwa sen o "starych, dobrych czasach".
Ten gorąc serca jest właściwy jednak nie tylko nam. Oprócz nas - którzy to sami siebie uznajemy za tych prawych, właściwych - istnieją jeszcze inne grupy parające się różnymi ekstremizmami. Nie zamierzam mówić tu o ideach, poglądach, doktrynach itp., lecz o typach ludzi, ich zapatrywaniach - więc nie będę uszczególniał tematu. Liczy się stosunek do świata i miejsce w nim. Wysoce zdystansowany, a mimo to bezpośredni, w pewnym rodzaju zatarg osobisty. Przejawiają go właśnie różne typy jednostek.
Wystrzegajmy się największego niebezpieczeństwa, jakie istnieje - baczmy, aby
życie nie stało się dla nas czymś zwyczajnym. Niezależnie jaką materię trzeba
panować i jakie środki są do dyspozycji - owa temperatura krwi,
która wchodzi w bezpośrednią styczność, nie może zostać utracona.
Wróg, który ją posiada, jest dla nas cenniejszy niż przyjaciel, który jej nie zna.
~ Ernst Jünger
To stanowi o naszej odrębności. Jest to coś, czego nie możemy zatracić - coś, co trzeba umiejętnie podtrzymywać i pielęgnować. Osiągnąć jak najwznioślejszą i szczytową jej formę. Utrzymać w wyostrzonym, oczyszczonym ładzie. Bez zatruwania swoich źródeł ściekami ze świata zewnętrznego. Opór winien tężeć na całej szerokości linii. Pożądanym by było, by z czasem ekspandował, nabierał tendencji do poszerzania się. W tym celu każdy, kto nosi go w sobie, swoją postawą musiałby rozmyślnie powiększać swój przyczółek. Przy zarysowaniu możliwych granic ekspansji i koniecznych linii obrony. Warto by się zdobyć na ten wysiłek - niejako totalna mobilizacja, ale ochotników, związanych "imperatywem serca", tej wspólnoty woli, doprowadzić by mogła do ciekawego efektu [powszechności w szczególności]. Oczywiście, to mrzonki - przy naszym nikłym potencjale i jedynie częściowej homogenizacji ideowego oblicza. Któż by tego usłuchał...
Naród? Gdzie? Może kiedyś, dziś mamy jedynie na poły plemienną emocjonalną "wspólnotę", pozbawioną przywództwa. Trzeba pogodzić się z tym faktem, stanąć naprzeciwko rzeczywistości. Wziąć to wszystko na siebie, dźwigać ciężar beznadziei. My mamy czas. Bezpłodny, jednopłciowy motłoch wymrze sam. Być może zdarzy się tak, że jego niedobitki oniemieją jeszcze na widok światła bijącego z utajonego dla nich płomienia. Tak, mrzonki, ale czekajmy...
Nie możemy utracić tego poczucia, świadomości własnej wyjątkowości... Ale przy odrzuceniu pustej pychy. Ona może jedynie nadąć człowieka jak balon, który wkrótce pęknie - albo sam z nadmiaru, albo od byle celnego ukłucia. Powłoka okazuje się tu być niczym. Nie zapewnia nawet klarownej formy, jedynie cienką warstwę farby. A to się łuszczy, wietrzeje.
Pycha jest zjawiskiem złowrogim. Sugeruje okazywanie wyższości, pogardy, wyśmiewania. Tymczasem powinno chodzić o odrębność, odmienność, osobność. Te rzeczy mają się tak do siebie, jak separatyzm do supremacjonizmu. Wzajemna autonomia jest czymś nie tyle pożądanym, ale wymarzonym - bo niemożliwym. Chociaż z drugiej strony, i wzajemna konwergencja jest zjawiskiem trudnym do pomyślenia. Oba światy nie będą się przenikać, one będą się ucierać i szlifować własne kształty na tych pograniczach.
Czyżby chodziło o litość? Nie zapominajmy o chrześcijańskim miłosierdziu, umiłowaniu człowieka jako obrazu Boga. Robimy to przecież dla nagrody w Niebie. To jest naszą nadzieją na wyzwolenie, nie budowa plastikowego Edenu na Ziemi. Żeby nie okazało się jednak, że ktoś okazujący litość sam będzie jej nagminnie potrzebował. W anioły i tak się nie przedzierzgniemy. Ale, co może ustrzec przed upadkiem, jak nie chwycenie się kawałka Nieba? Zaszczepione w naszych sercach, będzie nieubłaganie ciągnęło nas do góry. W tej zaś materii to właśnie dzielenie się prowadzi do rozmnożenia.

Mamy tylko czystość własnych serc!

Zachowajmy czystość, na każdym polu. Bycie czystymi jak diament zapewni przejrzystość naszych intencji. Chodzi o to, by dawać przykład, który byłby naśladowany. Można wręcz powiedzieć, że jeśli należy czymś się wyróżniać - to wewnętrznym i zewnętrznym ładem, wzniosłymi zasadami i ich realizacją w praktyce. Czy ludzie "z zewnątrz" będą na poważnie brać klnących, skorych do bitki i wypitki awanturników - nawet jeśli oni sami twierdzą, że robią to dla idei? Dyscypliny! Moralnej, kulturalnej - należy być przede wszystkim CZŁOWIEKIEM. Zaś ZWIERZĄT jest już wystarczająco dużo w otaczającym nas świecie, w swoich szeregach ich nie potrzebujemy. Czym się różni człowiek od zwierzęcia? Oprócz aspektów biologicznych, można powiedzieć jeszcze, że posiada duszę, kieruje się rozumem, jego duch panuje nad ciałem, wola nad instynktami. Wie, że żeby dojść dalej, musi pokonać bezpośrednie przeszkody. A nie dać im się porwać, stłamsić, porozbijać. Myślenie planowane, konsekwentne, długodystansowe.
Nacjonaliści (narodowcy?), konserwatyści, inszy prawicowi radykałowie - czy chcemy czymś zaimponować? Wewnętrznymi kłótniami, popuszczaniem różnym chuciom, jałowym awanturnictwem i wzajemnym napinaniem? Co patrzący na "nas" zwykły człowiek może sobie pomyśleć? Jeśli zobaczy podobnego sobie, luzackiego "równego gościa", to go raczej nie zachęci - tylu podobnych kręci się na tym świecie! Zwykły człowiek potrzebuje czegoś, co go zaintryguje, ukaże nowe światło, zadziwi. Żeby uruchomiła się w nim chociaż jedna szara komórka - i oby doszedł po tej nici do kłębka. W rzeczy samej, mam nadzieję, że i w tej epoce człowiek marzy jeszcze o czystych bohaterach, szlachetnych rycerzach etc. Promyk światła z góry dobrze zrobi każdemu. Oczywistością jest, że każdy żywy organizm dąży do osiągnięcia formy lepszej, wyższego rzędu - co każdemu wychodzi z różnym skutkiem, a więc przeczy równościowym urojeniom. Wzrastanie równa się oczyszczeniu - zrzucaniu z siebie zalegającego brudu, troszczeniu się o dobry stan powłoki, żeby cały ten syf nie wżarł się głęboko we właściwy korpus. Dotyczy to zwłaszcza nas, ludzi!
Czystość serca... serce stanowi poniekąd centrum człowieka, bytujące na styku dwóch rzeczywistości - materialnej i duchowej. Wiadomo - pod względem biologicznym kontroluje pracę naszego organizmu. Ale i w użytku metaforycznym funkcjonuje całkiem nieźle, i to od dawna. Stanowi poniekąd rdzeń duszy. I coś w tym jest, utrwalony w Tradycji obraz serca, choć nie mógł być od początku potwierdzony empirycznie, okazuje się zadziwiająco słuszny. Komunały też mają swoje racje. Należy więc powtarzać proste prawdy o przyzwoitości, umiarkowaniu i skromnocie.
Jeśli nie my, to kto? Kto ma błyszczeć na tle bezbarwnego brudu? Czyż nie lepiej, aby był to prawdziwy połysk, wypracowany dzięki pracy i doskonaleniu - niż brukselskie gwiazdki i pedalskie tęcze? Nie oszukujmy się, na nisze w przyrodzie jest wielu chętnych. Żadna z nich nie będzie czekać na swojego wymarzonego i odpowiedniego lokatora. Chodzi o zwłaszcza pozycje przywódcze, o ich zajęcie będzie największy ścisk. Zaś do ostatnich miejsc chyba mało kto się spieszy. A to tam będzie płacz i zgrzytanie zębów, jeśli nie weźmiemy się za siebie...
Co więc stanowi o istocie człowieka? ŚWIADOMOŚĆ. Coś, co uwidacznia się na przykładzie natury i kultury. Owszem, natura sama w sobie jest piękna, może dać powody do zachwytu, inspiracji - ale stoi niżej od kultury. Tak to, przykładowo, upadały społeczeństwa pierwotne pod naciskiem tych lepiej zorganizowanych - w tej chwili pomyślałem o Aztekach i Hiszpanach. Dzikus niech sobie będzie i szlachetny, ale pozostanie dzikusem! Natura jest w istocie popuszczaniem, rozłażeniem sie na boki, niezbyt kontrolowaną ekspansją w poziomie. Kultura zaś - to świadome, celowe i konsekwentne uprawianie. Aby osiągnąć coś. Żeby z czegoś wyciągnąć maksymalne możliwości, osiągnąć jak najdoskonalszą rzeczywistość. Zrezygnować z czegoś, znając przyszłe korzyści - zaplanować to. Tu rozum objawia swoją przewagę nad instynktem. Możemy to odnieść do romantyzmu i pragmatyzmu - mimo swoich niewątpliwych walorów estetycznych i uczuciowych, ten pierwszy nie może nam przysłonić trzeźwego postrzegania rzeczywistości. Ale i ten drugi musi mieć wzgląd na pierwiastek naturalny, na jego realny potencjał - wszak stojąc wyżej od niego, zawiera go w sobie.

* * *
Degeneracja - zwyrodnienie, wynaturzenie, zniekształcenie, zasadnicza (najczęściej niekorzystna) zmiana (proces), często także wynik procesu degeneracyjnego. Tyle Wikipedia. Upadek w każdej formie jest bolesny i niepożądany. Tym bardziej upadek z własnej winy. Używajmy rozumu, by instynkt nie rozszedł się po kątach. Chamstwo, pijaństwo, pieniactwo - są tym, co najbardziej rzuca się w oczy. Takie przypadki łatwo zauważyć i skrytykować. Ale ktoś ich jednak dokonuje. Co z tego, że osoba trzecia takie zachowanie skarci, skoro problem lezy (zalega!) u kogo innego. Każdy powinien mieć własnego pretorianina/inkwizytora/policjanta - dla dobra ogółu. To każdy powinien zacząć od siebie - nie ma co moralizować, patrząc na ludzi z góry, lecz działać na polu swoim i sobie najbliższym.
Nie pozwólmy innym się prześcignąć. Nie równajmy w dół. W naszej epoce rozpasanego humanitaryzmu ludzie stają się rzadsi - ale nie znikają do końca. Ktoś więc musi nimi być. Ω

Reaktor

wtorek, 18 sierpnia 2009

Czy konserwatyzm jest liberalizmem?

Nie ulega wątpliwości, że żyjemy w czasach, gdy prawica, więc także i prawicowa refleksja nad rzeczywistością są w odwrocie. Coraz bardziej niszowe grupki autentycznych lub tylko "autentyczniejszych" konserwatystów i narodowców skupiają się na przechowaniu chociażby najbardziej podstawowych prawicowych idei pośród chaosu rewolucyjnego, demoliberalnego świata. W Polsce dodatkowym problemem były całe dziesięciolecia komunizmu, które, wraz z tragicznymi wydarzeniami II Wojny Światowej, przerwały ciągłość rodzimych tradycyj myśli prawicowej. Swego rodzaju odrodzenie zaczęło się dokonywać niedługo przed tzw. "transformacją ustrojową" - gdy coraz częściej do głosu starały się dojść zarówno opozycja antykomunistyczna, jak i "opozycja" składająca się z dawnych aparatczyków PZPR oraz ówczesnych agentów i współpracowników służb bezpieczeństwa. Pośród rozmaitych organizacyj pojawiały się wtedy skupiska monarchistów, liberałów, narodowców - to właśnie w latach 80. powstały Narodowe Odrodzenie Polski, czy Ruch Polityki Realnej (późniejszy UPR). Prawica w Polsce zaczęła odżywać. Szybko jednak okazało się, że na czele zmian stanęli koncesjonowani "opozycjoniści", którzy uzurpując sobie rolę rzeczników całego Narodu "wybaczyli" komunistycznej władzy, zawierając z nią korzystne dla siebie układy, pozwalając jej uwłaszczyć się na sporej części majątku narodowego, zachować wpływy, pieniądze, a nawet władzę ("inteligencko-opozycyjna" Unia Demokratyczna toczyła boje o to, by SdRP mogła zachować majątek PZPRu, nie wspominając też o słynnej "grubej kresce" Mazowieckiego). Klimat intelektualny rodzącej się III RP dyktowały owe środowiska "inteligenckie" z Adamem Michnikiem na czele - promując kosmopolityzm, zerwanie z tradycyjną moralnością, filosemityzm... Po upadku komunizmu, okazało się, że nowa rzeczywistość jest co najmniej równie lewicowa jak poprzednia. W tych warunkach zrozumiałe jest, dlaczego refleksja prawicowa, skazana na niszowość, nie jest w stanie ukazać swojego prawdziwego bogactwa. Sprawę pogarsza swego rodzaju jednolitość środowisk, które od ponad 20 lat propagują myśl konserwatywną. Przez długie lata najbardziej znaczącą organizacją tego typu była Unia Polityki Realnej, głosząca idee konserwatywno-liberalne - ona też w dość dużym stopniu zdołała się przebić do świadomości nieco większej ilości ludzi, kreując pewien wzór współczesnego konserwatyzmu i utrwalając pogląd jakoby prawicowość równała się skrajnemu liberalizmowi gospodarczemu*. Zdanie "ludu", mniej lub bardziej nieświadomego istoty rzeczy, nie miałoby samo w sobie żadnego znaczenia, jednakże ten stereotyp przyjmują często sami konserwatyści, zwłaszcza ci "początkujący", dostrzegający wyimaginowany "socjalizm" we wszystkim co nie jest przynajmniej klasycznym liberalizmem i twierdzący, jakoby kapitalizm był jedynym systemem opartym na konserwatywnym poszanowaniu dla instytucji własności prywatnej. Czy faktycznie myśl zachowawcza i reakcyjna musi wiązać się z ekonomicznymi teoriami von Misesa, Friedmana, Hayeka, a nawet Rothbarda?

Gdy przyjrzymy się początkom konserwatyzmu, zauważymy, że pierwszym wrogiem cywilizacji europejskiej, bronionej przez zachowawców, była właśnie ideologia liberalna, która doprowadziła do wybuchu rewolucji we Francji. To prawda, że jedną z przyczyn reakcji był bezbożny, antychrześcijański charakter tej doktryny, często odrzucany przez współczesnych jej wyznawców, ale nie można pominąć faktu, że w tej samej mierze krytykowano również ekonomiczne koncepcje liberalne - prowadzące do rozbicia tradycyjnych wspólnot i atomizacji społeczeństwa. Liberalny indywidualizm był nie do przyjęcia dla konserwatysty. Ekonomiczne koncepcje reakcji pojawiły się przede wszystkim w sąsiadujących z Francją Niemczech, na fali rodzącego się romantyzmu. Myśliciele tacy jak Novalis (Friedrich von Hardenberg), Adam Muller, czy Franz von Baader, dostrzegając wzór w średniowiecznej Europie, zwrócili się ku feudalizmowi - opowiadali się za tworzeniem korporacyj zawodowych, widzieli społeczeństwo jako jeden organizm** i co istotne, rozumieli własność prywatną zupełnie inaczej niż liberałowie. Muller wskazywał na germańskie rozumienie własności jako "depozytu" - dysponowanie własnością jest więc ograniczone normami moralnymi i odpowiedzialnością wobec społeczeństwa. W odróżnieniu od antyreligijnych liberałów, romantyczni konserwatyści niemieccy widzieli potrzebę wzmocnienia społecznej roli Kościoła. Von Baader oczekiwał większego zaangażowania duchowieństwa w kwestie społeczne, postulując nawet, by to kapłani stali na czele korporacyj. Romantyczny konserwatyzm pojawił się także w Anglii. Czołowy przedstawiciel tego nurtu - poeta Samuel Taylor Coleridge krytykował brytyjskich wigów za "kult pieniądza", przedkładanie ekonomii ponad etykę (jak to jest u współczesnych libertarian...) i materializm. Należy jednak zaznaczyć, że nie sprzeciwiał się on wolności handlu, zgłaszając postulaty jedynie moralne, nie zaś instytucjonalne. Skrajnym wrogiem leseferyzmu był natomiast angielski elitarysta Thomas Carlyle. Jego filozofia była na swój sposób indywidualistyczna, co mogło by sprzyjać kojarzeniu go z liberalizmem - jednak w ujęciu brytyjskiego historiozofa ten indywidualizm dotyczył przede wszystkim wybitnych osobowości - herosów, zmieniających bieg historii. Nie były to liberalne, egoistyczne jednostki, działające jedynie dla zysku. Heros jest człowiekiem, który przezwycięża swoje zachcianki, działając w interesie całego społeczeństwa - będącego całością złożoną z większości pozbawionej ambicji i wyjątkowych przymiotów - w ten sposób zapobiegając rewolucji. Carlyle przyznawał tym wielkim, wybitnym jednostkom praktycznie pełną swobodę, jeśli chodzi o działania społeczne - akceptował również socjalne ustawodawstwo.
W przypadku tych pierwszych pokoleń konserwatyzmu często pojawia się argument***, iż starali się oni jedynie konserwować przemijający ład oparty na zwyczaju, zaś po jego upadku pozostało już tylko uznać kapitalistyczną rzeczywistość, a nawet sprzymierzyć się z nią przeciw nowemu wrogowi - socjalizmowi, notabene zrodzonemu właśnie przez liberalizm i będący jego naturalnym rozwinięciem. Tezie tej przeczyć może fakt, iż bardzo wcześnie na skrajnej prawicy pojawiły się konkretne projekty i idee, obalające zresztą mit jakoby konserwatyzm był jedynie tęsknotą za tym co przeminęło lub niechęcia do wprowadzania jakichkolwiek zmian. Wspomnieć tu należy postać budzącą kontrowersje wśród dzisiejszej polskiej liberalnej prawicy - Benjamina hr. Disraeliego, brytyjskiego polityka konserwatywnego o żydowskim pochodzeniu. W swojej działalności nawiązywał on do solidarystycznej idei "króla-patrioty" stworzonej stulecie wcześniej przez innego torysa - Henryego Bolingbroke`a. Disraeli sprzeciwiał się liberalnym dążeniom do utrwalenia dominacji klasy średniej - "oligarchii pieniądza", postulując w zamian sojusz króla z właścicielami ziemskimi i rozwinięte ustawodawstwo socjalne, mające wzmocnić więź niższych warstw z arystokracją i monarchą. Z kolei do powszechnych w "pierwotnym" konserwatyzmie idei korporacyjnych nawiązywał markiz François René de La Tour du Pin Chambly de La Charce, który jako pierwszy opowiadał się za przymusowym charakterem zrzeszeń zawodowych, co miało stanowić impuls do powolnej odbudowy zniszczonego ładu.
Bardzo konkretne rozwiązania w sprawie kwestyj społecznych proponował pionier katolickiej nauki społecznej - biskup Moguncji Wilhelm Emmanuel von Ketteler. W jego programie znajdujemy takie żądania jak ograniczenie czasu pracy do 10 godzin, podniesienie płac, wolność zrzeszania się w związki zawodowe (tu jednak istniał warunek, że nie będą one prowadzić działalności politycznej), zakaz pracy nieletnich, dni świąteczne wolne od pracy. Bp von Ketteler uważał, iż powszechna ówcześnie nędza nie była jedynie skutkiem grzechu pierworodnego, ale także złego systemu ekonomicznego, opartego na niechrześcijańskim rozumieniu wolności i własności prywatnej. Liberalizm zdaniem biskupa prowadził do egoizmu, rozbijając społeczeństwo, zwalniał, wbrew znanej i dziś liberalnej propagandzie, od odpowiedzialności - argumentował zatem w klasyczny dla konserwatyzmu sposób. W nurcie katolickiej nauki społecznej mieściły się także wykrystalizowane już idee korporacjonizmu, rozwijane przez niemieckojęzycznych myślicieli. Wśród nich byli ks. Franz Hitze, czy Karl von Vogelsang - monarchista, który pod wpływem bp von Kettelera przyjął katolicyzm. Te idee pozostały nie bez wpływu na nauczanie papieskie. Von Vogelsang miał zresztą pewien wpływ na treści zawarte w encyklice "Rerum Novarum" Leona XIII, a także czterdzieści lat później - "Quadragesimo Anno" Piusa XI. Idee katolickie społecznie i korporacjonistyczne doczekały się realizacji w XX wieku w Hiszpanii pod rządami gen. Franco, Portugalii za Salazara, Austrii Dollfussa i Schuschnigga. Były one także głoszone przez środowiska narodowe i konserwatywne w całej Europie - w Polsce warto wspomnieć o Obozie Narodowo Radykalnym, czy o Monarchistycznej Organizacji Wszechstanowej, również opowiadającej się za korporacjonizmem i solidaryzmem społecznym.

Obecnie nie pamięta się o tym "wrażliwym społecznie" obliczu myśli, a nawet praktyki konserwatywnej. Przyjmuje się, że kapitalizm stanowi jedyne zabezpieczenie własności prywatnej, choć w praktyce oznacza albo jej kumulację w rękach wąskiej grupy, niewiele pod tym względem różniąc się od państwowego socjalizmu; albo też opiera się na dominacji kosmopolitycznych wielkich korporacyj, pozbawionych w zasadzie dającego się wskazać właściciela. Nie mówi się o tym, że całe pokolenia "antykapitalistycznych" myślicieli konserwatywnych uznawało własność prywatną za świętość, ale też żaden z nich nie pozwalał na pełną swobodę w dysponowaniu nią, bez poszanowania zasad moralnych. Promując wizję konserwatyzmu jako partii tożsamej z liberalizmem, a wyróżniającej się jedynie podejściem wobec miejsca religii i płynących z niej zasad w życiu społecznym, dokonuje się bardzo rażącego zubożenia myśli zachowawczej i reakcyjnej oraz pomija się bardzo istotne jej aspekty. Być może przyszedł czas, by konserwatyzm w swoim bogactwie przestał być jedynie przedmiotem dociekań akademickich, a zaczął wpływać na konkretne programy polityczne. Ład, do którego każdy konserwatysta powinien dążyć, dotyczy integralnie wszystkich sfer życia społecznego - a więc również tej ekonomicznej. Powinniśmy zatem starać się go przywrócić.

Adam Gazda





*Oczywiście nie jest to pełny obraz, gdyż w świadomości "opinii publicznej" funkcjonują także inne uproszczenia i stereotypy dotyczące konserwatyzmu - na ogół dotyczą one spraw "becikowego", czy lustracji, jednakże to już temat na zupełnie inny artykuł.
**Dzisiaj zaś "konserwatystką" nazywa się Margaret Thatcher, która wypowiedziała znamienne słowa: "Nie ma społeczeństwa - są jednostki"...
***Np. tekst Adama Wielomskiego "Konserwatywny antykapitalizm"

Misz-masz lub metafizyczne drzewa i drzwi od lodówki

Cóż za dziwaczna treść musi czaić się przyczajona w mroku słów pod takim niekonwencjonalnym tytułem – pewnie sobie tak myślisz droga osobo czytająca ten tekst. Zapewne masz trochę racji w swoich dociekaniach, ale niekoniecznie – oto po prostu masz przed swoimi oczami garść najrozmaitszych poplątanych, poskręcanych, dotyczących najróżniejszych spraw moich przemyśleń, przelanych na wirtualny papier i z trudem złożonych w jedność. Z góry przepraszam Cię za mnogość dygresji, brak odnośników czy jakiejkolwiek innej namiastki bibliografi oraz ogólny nieporządek, liczę jednak, że przedstawione przeze mnie tezy wynagrodzą Ci niedogodność męczenia się z tym tekstem i zapewnią sporo – jak to mawiają Anglosasi, darzeni tak wielką estymą przez naszego szanownego Rzecznika Prasowego – food for thought.

Zacznę swój rwący potok myśli od przyznania racji szanownemu koledze Michałowi Aniołowi – również uważam, że przywoływanie postaci Eligiusza Niewiadomskiego jest niewłaściwe. Uważam tak jednak z diametralnie innych powodów, niż wspomniany Kolega, z powodów wiążących się z uknutym przeze mnie pojęciem post-postmodernizmu.
Czym jest ten neologizm? Przede wszystkim kolejną niewiele znaczącą etykietką, kolejną szufladą metapolitycznego biurka. Bardzo ważną szufladą, największą, umieszczoną najwyżej i najbardziej pojemną. Szufladą, gdzie wrzuciłem metafory tytułowych drzewa i drzwi od lodówki. Zdaję sobie sprawę, że brzmi to wszystko bardzo niepoważnie, ale na bazie tych metafor łatwo jest mi wyjaśnić ten stworzony przeze mnie termin.

Wszystkim jest wiadomo, że postmodernizm to zjawisko wypracowane i wdrożone przez lewicę, postmodernizm sprzyja skrajnemu relatywizmowi, odrzuceniu stałych, odwiecznych, niezmienianych zasad, na których opiera się cywilizacja i społeczeństwo. Jednak sam w sobie zawiera jedno ciekawe rozwiązanie, które potem wyniósł stamtąd i ukonserwatywnił Tomasz Gabiś, tworząc koncepcję przejścia przez czas osiowy, mianowicie rozwiązanie rozpadu wszystkich dotychczasowych idei, ideologii, etc. Spłycając i uogólniając tą myśl, także dostosowując ją do mojego osobistego „pnia” ideowego „drzewa” czy też raczej bardziej ogólnego sposobu postrzegania współczesnego (anty)świata przeze mnie – dawno temu była Rewolucja, esencja pierwotnego zła, spaczenia, skażenia, degeneracji, narzędzie i metoda działania anty-tradycyjnych sił utożsamianych przeze mnie z Szatanem, która zniszczyła odwieczny tradycyjny, hierarchiczny, Boski, ario-chrześcijański (o tym też będzie, ale dalej) porządek monarchiczny. Rewolucja miała kilka swoich fal, pierwsza największa była w 1789 roku, ostatnia jak na razie w 1968. Przyjście tej ostatniej Rewolucji rozbiło w drobny mak ostatecznie podstawowe pojęcia, spychając współczesność do roli demonicznego, przesyconego złem anty-świata, świata będącego odwróceniem zasad wypływających z pojmowanej metafizycznie odwiecznej Tradycji. Obecnie przyszło nam żyć więc w świecie metafizycznych ruin, gruzów, permanentnego chaosu, niestałości, braku punktu odniesienia, gdzie w pyle, brudzie, zapomnieniu leżą i dogorywają stare idee, poglądy, pomysły, śmiałe wizje wieków. Wszyscy my jesteśmy więc barbarzyńcami przemierzającymi ten świat ruin, i wybierającymi spośród rozkładu ostatnie okruchy dawnych idei. Oczywiście, nie wszystko uległo rozkładowi. Otoczona morzem zła, toczona także rakiem wewnętrznego rozkładu, ostatnia wyspa Prawdy w oceanie bezbrzeżnej, bezdennej i wszechogarniającej ciemności Rewolucji istnieje nadal – jest to Kościół Katolicki, w pewnych określonych i specyficznych przypadkach mogą to być też inne religie wywodzące się z ario-chrześcijańskiego pnia, jak np. Prawosławie. Tak czy siak czy owak, zostaliśmy sami wobec niewyobrażalnego ogromu zła toczącego świat, zalewającego go, wnikającego w każdą szczelinę istnienia, mającego swoich proroków, mesjaszy, ideologów, anty-paladynów. Spośród okruchów starych idei konieczne jest więc zbudowanie czegoś, co pozwoli odeprzeć zło, rozproszyć ciemność, robić w pył cmentarną płytę nad zakopanym żywcem (ale nieśmiertelnym, więc jeszcze żywym) ancien regime'm.
Niestety, cioranowski „upadek w czas” (w sumie ciężko powiedzieć, czy to na pewno upadek) postępuje nadal – zmiany wywarte na ludzkiej mentalności i moralności, postęp techniczny oraz wszystko inne, co przyszło z Rewolucją, lecz nie ma jednoznacznie złego charakteru (raczej sprawia wrażenie bezmyślnych sił) nie pozwoli na przywrócenie świata średniowiecznego bądź barokowego w dzisiejszych warunkach. Skoro jednak post-nowoczesność przypieczętowała i podsumowała okres totalnej rozwałki wszystkiego, to post-post-nowoczesność jest rozwiązaniem na złożenie okruchów Tradycji w jakiś zwarty metapolityczny konstrukt.

Post-postmodernizm kończy więc z relatywizmem i względnością – dobro jest dobrem, zło jest złem niezależnie od punktu widzenia. Poprzez wirującą permanentnie burzę wściekłego chaosu widać przebłyskujący, nie do końca wyniszczony ład. Na horyzoncie ciemności absolutnej zapala się mała, pojedyncza gwiazda.
Post-postmodernizm zakłada też, że wybitne jednostki, niczym jungerowski anarcha, nietzscheański nadczłowiek, znane z Evoli „JA” absolutne nie zatraciły swojego ideowego kręgosłupa, w czasach Kali – Jugi zachowały Tradycję w swoich sercach i duszach. Dysponują (dysponujemy) więc określonym „szkieletem” metapolitycznym, gdzie można umieścić uratowane okruchy tradycyjnych idei.

Tutaj na scenę dziejów wchodzi więc Metapolityczne Drzewo lub Drzwi Od Lodówki.
Tak jak drzewo nie wyrośnie bez korzeni, my nie zbudujemy nic bez zakorzenienia się w religii, kulturze przodków, Tradycji. Bez zaczerpnięcia głębokiego oddechu średniowiecza, bez jednoznacznego odrzucenia Rewolucyjnego ubóstwienia człowieka, bez całkowitej negacji wszystkiego, co wyrosło po 1789 (od demokracji przez socjalizm, anarchokapitalizm, faszyzm, monarchię konstytucyjną, komunizm, i co tam tylko jeszcze się komu na przestrzeni wieków ubzdurało) nie da się w pełni przyjąć Tradycji, i na rozumianej metafizycznie Tradycji (Tradycji broń Boże nie rozumianej jako narodowy folklor), która stanie się pniem drzewa, na zasadzie „przeszczepów” dobierzemy gałęzie metapolitycznego drzewa. Gdyby nie było takich korzeni, nie byłoby takiego pnia, a z takiego a nie innego pnia nie wyrosłyby takie a nie inne gałęzie. Ale drzewko, żeby było ładne, miłe dla oka, miłe dla ucho i miłe dla czającego się gdzieś nieopodal dendrofila (w końcu mamy obowiązkowe równouprawnienie tzw. mniejszości seksualnych) musi mieć jeszcze 1) liście (zakładamy, że panuje lato - zima czyli obumarcie całego światopoglądu raczej nie wchodzi w grę, chociaż to też można różnie interpretować - w końcu po zimie jest wiosna, czyli rozwój na nowo. Ale nie wnikajmy w nadmierne abstrakcje i czysty bezsens) (ew. mogłyby być zamiast liści igły - w końcu dla świata światopogląd tradycjonalistyczny jest kolczasty) 2) kwiaty (rozumiane jednak nieco inaczej niż normalnie, bo istniejące obok owoców - kwiaty jako najbardziej reprezentatywne elementy światopoglądu 3) owoce (świadectwo że światopogląd jest żywy, cool, fashe i w ogóle koszer i rozwija się dalej) (dla niektórych mogą to jednak być zatrute owoce, ew. niektóre mogą przegnić, zrobaczywieć, itp.). Żeby drzewko było zdrowe, do określonych korzeni nie można przyporządkować diametralnie innego pnia (chociaż niektórzy potrafią połączyć np. tradycjonalizm katolicki a'la FSSPX z narodowym bolszewizmem - ale to świadczy tylko o braku zdrowych korzeni). Do gałęzi monarchizmu można dokooptować część zasad bardzo szeroko pojętej rewolucji konserwatywnej, część romantyzmu (tak, tak! trzeba w końcu ruszyć z posad zastaną bryłę świata i serią kopniaków (jak coś od niej po drodze odpadnie - cóż, trudno) przesunąć ją na tradycjonalistyczne tory, i trzeba zerwać z głów zaschnięty laurów demokratyczny liść! - możliwe, że razem z samymi głowami demokratów), następnie dołożyć można elementy libertarianizmu (państwo minimum, wolny rynek, skrajna decentralizacja, także hoppistowska wizja tradycjonalistycznych wspólnot), elementy narodowego anarchizmu (zniesienie całej formy nowożytnego państwa i zastąpienie jej zdecentralizowaną „dyktaturą prawa prywatnego”, coś w rodzaju rozdrobnienia feudalnego), można dokooptować elementy nacjonalizmu (ale broń Boże nie w narodowo-rewolucyjno-tercerystycznym wydaniu, raczej nacjonalizm obdarty zupełnie z etniczności i biologizmu, ba, nacjonalizm nie odwołujący się wręcz do dziedzictwa międzywojennego), elementy różnych ideologii imperialnych (z jednej strony uwspółcześniona wizja Ottona III, z drugiej strony wspaniała wizja "Eurazji bez Rosji" a z trzeciej strony - powiedzmy na zasadzie prawo-lewo-góra- jeszcze wspanialsza wizja Imperivm Poloniae, Imperivm Jagiellonorvm, Wielka Polska Wielokulturowa, trójczłonowe Imperivm połączone wspólnym Królem - Wielka Korona -granice zachodnie na Łabie-; Święta Ruś -wschodnia granica z Kalifatem Czeczeńskim, Gruzją, Armenią, Syberią na Uralu i Kaukazie, na północy z Xięstwem Moskiewskim; Wielkie Xięstwo Litewskie -podchodzące pod Finlandię-; może jeszcze Czechy, Morawy, Słowacja, Tatarstan, Pommern, Silesia, autonomiczne Prusy, Kurlandia, Łużyce, Zakarpacie, wolne miasta, prywatne miasta, autonomiczne miasteczka chasydów, karaimów, starowierców, pół-autonomiczne miasta-republiki arystokratyczne, grupy nomadów, ech, pomarzyć można, taka jedność w wielości, przy okazji trącąca gabisiowską wizją Imperium oraz Polis zarazem), koniecznie dodać trzeba skrajny antykomunizm i „lustracjonizm” a'la „Gazeta Polska” (na gnojówce nie wybuduje się Imperivm, teren trzeba z uwłaszczonych żydków i innej postkomuszej hałastry wymieść), warto wzbogacić drzewko o elementy perennializmu i evolianizmu oczywiście podporządkowane religii Katolickiej oraz różnych innych elementów. I to jest właśnie to drzewo.

Jak jasno z powyższego wynika – osobiście nie uważam się za nacjonalistę, chyba, że za naród uznamy grupę ludzi będącą poddanymi danej królewskiej dynastii.
Ktoś może powiedzieć – OK, wspaniale, ale przecież libertarianizm jest antropocentryczną ideą Rewolucyjną. Jasne że tak, ale to nie znaczy, że nie może mieć w sobie całkiem znośnych elementów, które wyjęte z niego można dołożyć gdzie indziej.

Czy więc jednak taki tradycjonalizm w moim wydaniu jest zachowawczy, legalistyczny, etc.? Nie.

Zaryzykuję stwierdzenie, że rewolucja sama w sobie to narzędzie, element idei, zbiorowa wola mocy, manifestująca się przez szał niszczenia. Sama w sobie jednak bezideowa, będąca tylko i wyłącznie narzędziem. W tym rozumieniu terminu „rewolucja”, pod rewolucję można podciągnąć wszystko, co doprowadziło do upadku określonego ładu. Więc rewolucją było pojawienie się chrześcijaństwa, co było jedną z przyczyn upadku ładu pogańskiego, rewolucją była także działalność kontrrewolucjonistów, występujących przeciwko ładowi porewolucyjnemu, który chociaż sam stanowił anty ład w stosunku do ładu Tradycyjnego, był rodzajem ładu (przy przyziemnym rozumieniu ładu, gdzie Ład = Jest Spokojnie). Historia powtarza się w cyklach. Każdy kolejny cykl jest oddaleniem rzeczywistości od Tradycji. Na każdy cykl składają się trwające krócej pod cykle, czy też etapy danej rewolucji. I tak obecnie trwająca rewolucja zatacza już ostatni z cykli, obecny jej cykl zakończy się zupełną degrengoladą. Będzie to jednocześnie okres nieładu, okres anarchii, rozpadu obecnych państw i struktur społecznych, gdzie zacznie krystalizować się wizja nowego, kolejnego już w dziejach Europy ładu. Zanim to jednak nastąpi, zostanie poprzedzone fazą bezwładu – gdzie teoretycznie istniejące obecnie elementy teraźniejszego ładu staną się zupełnie fasadowe. Ten etap właśnie obecnie zaczyna się realizować. Takie podejście rodzi jednak wiele pytań. Skoro każdy kolejny ład jest mniej tradycyjny od poprzedniego, to jaki ład jest tym podstawowym ładem, ładem, do którego można by się odwoływać? I jeśli każdy kolejny ład jest legalny, to gdzie jest w takim razie miejsce na konserwatyzm i kontrrewolucję? Otóż nie ma miejsca na kontrrewolucję. Zamiast kontrrewolucji proponowałbym antyrewolucję. Antyrewolucja to rewolucja zachodząca w momencie nastania przesilenia, w momencie, gdy ujawnia się rewolucja tworząca kolejny z antyładów. Antyrewolucja więc opowiada się przeciwko tejże rewolucji, zamiast kolejnej fazy postępującej degeneracji opowiada się za cofnięciem się o określoną ilość ładów wstecz, do ładu najbardziej Tradycyjnego. Czym to się różni od kontrrewolucji? Brakiem legalizmu. Przykład? Pierwszy z brzegu - gen. Jaruzelski i stan wojenny. Dla niepodległościowców (także części NRów czy NSów) zło absolutne, stłamszenie dążeń narodu do niepodległości, ple, ple, ple, dla drugich bohaterski czyn godny chwalenia ple, ple, ple, (postkomuchy wszelakie razem z postpaxem oraz dziwnym trafem różni konserwatyści gubiący sprzed oczu metafizyczną Tradycję – vide dr hab. Wielomski). Chociaż pomysły „Solidarności” (specyficzny, ludowo-robotniczy „kato-trockizm”) to jedna z ostatnich rzeczy jakie popieram, to jednak przeciwko Jaruzelowi poparłbym nawet i taki zupełnie nietradycyjny nurt. Czemu? Bo liczy się „wyjście” z określonej pozycji filozoficzno-ideowo-politycznej. Jaruzelski był namiestnikiem sowieckim w Polsce, komunizm wszelaki zaś jest skrajnie antytradycyjny, więc nie dałoby się go ochrzcić lub „unarodowić”, gdyż byłby to heglizm, czyli coś jeszcze gorszego. Czyli nawet gdyby Jaruzelski poszedł drogą gen. Pinocheta, i np. wprowadził w Polsce wolny rynek, i tak miałbym go w pogardzie jako byłego komunistę i sowieckiego aparatczyka, chyba, że jednoznacznie odciąłby się od swojej przeszłości, co w przypadku tej gnidy jest wręcz nieprawdopodobne - pamiętajmy że w świetle odtajnionych dokumentów oraz relacji sowieckich i enerdowskich wojskowych to Jaruzelski sam się prosił w Moskwie o interwencje „bratnich wojsk” w Polsce. Paradoksalnie więc, gdybym żył w czasach komunizmu, mimo bycia monarchistą czy ogólnie konserwatystą wspierałbym opozycję demokratyczną (czyli „Solidarność (I)”, „SW”, itp. nie żadnych Szechterów) przeciwko coraz bardziej fasadowym komuchom, gdyż demokracja, chociaż jest równie antytradycyjna jak komunizm (jak wszelkie odmiany socjalizmu) nie jest aż tak ludobójcza i daje jednak większe pole dla antysystemowej działalności. Antyrewolucjonista umie jednak zachować polityczny realizm, potrafi pójść na ustępstwa z silniejszym przeciwnikiem, by uratować przed zagładą chociaż część wyznawanych przez siebie wartości, ale nigdy za cenę kolaboracji czy wręcz włączenia się w budowę określonego nietradycyjnego ładu (smutny przykład Bolesława Piaseckiego, wcześniej Leona Degrelle). Tradycja bowiem jest wartością samą w sobie, jest cenniejsza od państwa, narodu, rasy, od ludzkiego życia. Poumieramy my, nasze dzieci, wnuki, a Tradycja będzie istnieć aż do skończenia świata. Ładem najbardziej zbliżonym do ładu tak Tradycyjnego, że aż pierwotnego, do ładu sprzed Wieży Babel, gdzie Wiara, Sacrum i Tradycja stanowiły jedność jest ład chrześcijański istniejący w Europie w okresie średniowiecza, a także w nieco zmienionej formie w okresie baroku, i to na tym trzeba się więc wzorować. Jeśli więc antyrewolucjonista sankcjonuje rewolucję (w sensie: nagły przewrót, połączony z postawieniem na głowie/obaleniem aktualnego ładu) jako nadrzędzie odpowiednie w ustanowieniu ładu odwołującego się do Tradycji, to jasne jest, że podziela część przekonań, które pierwotnie nie miały zbyt wiele wspólnego z zachowawczym konserwatyzmem a'la de Maistre czy później dr czy tam prof. Plinio. Najważniejsza różnica to przekonanie, że władza musi nie tylko pochodzić od Boga, lecz posiadać oparcie w Tradycji. Ustroje (i łady) niemające oparcia w Tradycji są uznane za fałszywe, i nieobowiązujące, za element antyrzeczywistości. Tradycjonalizm jest więc najbardziej rewolucyjnym nurtem szeroko rozumianego konserwatyzmu, i nie ma nic wspólnego z nurtem zachowawczym, ugodowym, ewolucyjnym. W dzisiejszym świecie nie ma nic do zachowania, niech to wszystko zginie.

Ach, zapomniałem, miałem wyjaśnić, czemu zgadzam się z kol. Michałem w ocenie Eligiusza Niewiadomskiego. Cóż, po prostu – czy to ważne, że jakiś endek wsadził kulkę w jakiegoś piłsudczyka? Doprawdy, mamy chyba inne problemy niż roztrząsanie takich historycznych sporów.
Argumentacja oparta na wywodach modernistycznych purytan zaś jest dla mnie nieprzekonywująca.

Czytelniku, pewnie zdążyłeś sobie już wyrobić opinię, co wg mnie jest Tradycją, ale tak jeszcze podsumowując, rozwinę ten wątek. Często rozmawiając z przedstawicielami "ruchu narodowego" czy różnych podobnych tworów orbitujących wokół szeroko pojętej prawicy, konserwatyzmu, nacjonalizmu zauważyłem smutną prawidłowość - praktycznie każdy z nich spłyca Tradycję do roli narodowego folkloru lub w ogóle ją odrzuca (pozytywistycznie i racjonalistycznie nastawiona część narodowców).W rzeczywistości Tradycja to nie jest kapela ludowa wujka Zenka z Koziej Górki ani całowanie dłoni kobiecie. Tradycja to metafizyczny, istniejący od zarania zbiór określonych wartości, ponadczasowych wzorów umożliwiających budowanie społeczeństwa i państwa, zawierający także przesłanie religijne. Tradycja jest więc raczej poznawana poprzez uczucia, poprzez emocje, poprzez studiowanie starych mitów, ksiąg dawno zapomnianych religii, również kronik, niż poprzez tak dzisiaj modne badania naukowe. Częściową rację w pisaniu o Tradycji miał Evola a potem pierwsi myśliciele nurtu perennialistycznego. Faktycznie Tradycja ta istnieje od początku świata, faktycznie jej elementy są rozrzucone po najrozmaitszych religiach i kulturach, faktycznie była związana z czasami tak odległymi, że nie dającymi się nawet wyobrazić. Tradycję tą można jednak tylko częściowo utożsamić z evoliańską Tradycją Pierwotną. Jeśli już, to z koncepcją x.Ramy Coomaraswamy'ego. Osobiście sądzę, że bliższe jest utożsamienie tej Tradycji z 1) Objawieniem Pierwotnym (na płaszczyźnie religijnej) (odsyłam do ostatniej, szczecińskiej, OMPowskiej prelekcji x. Rafała Trytka, gdzie wspominał o tym, jednak nie rozwinął tej myśli w taki sposób, jak ja to rozwinąłem) - objawienie pierwotne zawierało coś w rodzaju religijnej pamięci wszystkich ludów świata, od ich wyjścia z Raju i dalszej tułaczki po tym padole łez. W podaniach nawet najprymitywniejszych plemion Afryki czy Ameryki odnajdujemy opisy Potopu, zburzenia Wieży Babel, grzechu pierwszego człowieka i wyjścia z Raju, itp. Tego wszystkiego bardzo często nie było w podaniach rozwiniętych starożytnych cywilizacji pogańskich, gdyż wieki ich rozwoju w oderwaniu od Prawdy doprowadziły do wypaczenia ich duchowości, do „zachwaszczenia” okruchów prawdy przez podania nowe, obce, projekcje demoniczne, itp. Ja dodatkowo z Biblii wyciągnąłem sporo innych rzeczy - istnienie potężnej, pradawnej cywilizacji (niech tam, za Jamesem Churchwardem mogę nawet nazwać ją Mu. Oczywiście reszta przemyśleń tego jakże miłego pana jest nie do przyjęcia), następnie Atlantydy, Lemurii (dowodów na istnienie lekceważonych i niezauważanych przez oficjalną naukę cywilizacji, niektórych pod każdym względem bardziej rozwiniętych od naszej obecnej jest pełno - odsyłam chociażby do Jamesa Nienhuisa, a to tylko jeden z wielu „pariasów” współczesnej nauki, chociaż jednak przytakiwanie mu we wszystkim nie było by dobrym pomysłem), Hyperborei (czemu wszyscy tak panikują przed „globalnym ociepleniem”? Bo odsłonięte zostałyby ruiny Hyperborei, i cała współczesna historia, archeologia, antropologia, i kilka innych nauk poszłyby na śmietnik), także stworzenie człowieka w formie doskonałej, wszystkie stadia małpoludów to skrajny regres tej formy, powstanie poszczególnych narodów zaś to efekt kary za grzech pychy (historia z Wieżą Babel), po tym wydarzeniu doszło do podziału pra-cywilizacji. Wraz z przyjściem Chrystusa nastąpił rozwój Tradycji - wszystkie poszczególne Tradycje zostały uzupełnione Prawdą i zjednoczone w Chrystusie (taki pogląd podziela np. Thierry Jolif). Następnie dzięki zasadom inkulturacji chrześcijaństwo wchłonęło bez problemu wypaczone pogańskie formy, nadając im po mileniach oczekiwania prawdziwą treść. W średniowieczu zaś, mimo okresów krótkotrwałego regresu wypracowano w Europie system idealnej organizacji społeczeństwa i państwa. Wraz z ciemnymi wiekami pohańbienia Tradycji, czyli oświecenia (dobra nazwa dla epoki będącej wielki tryumfem Lucyfera) i nowożytności, gdy postawiono na głowie system społeczny stanowiący odbicie niebiańskiego, gdy trąd umysłowy demokracji rozsiał się po całym świecie, mogłoby się wydawać, że wszystko umarło, uległo ostatecznej zagładzie, a świat został skazany na zagładę. Jednak nie, gdyż przez eony czasu Tradycja przyjmowała różne formy, w zależności od epoki, rozwoju technicznego, stanu duchowości, mentalności danego ludu, itp. Dlatego pojawiały się próby nadawania odwiecznej Tradycji nowych form. Osobiście byłbym jednak ostrożny w uznawaniu ich tradycyjności czy prawomocności, gdyż wraz z popadnięciem papiestwa w herezje (może tak, może nie - nie mnie to oceniać - dlatego wolę trwać przy nieomylnym Magisterium Kościoła w ramach FSSPX, niż przy czasem bardzo wątpliwie katolickich naukach posoborowych papieży) zabrakło na ziemi autorytetu mogącego rozwikłać takie problemy. Dlatego dla mnie nie jest prawowity każdy ustrój nie będący legitymistyczną, tradycyjną monarchią, nawet jeśli jest to porządny ustrój autorytarny. Poza tym, jeśli dany ustrój nie pochodzi od Boga = pochodzi od Szatana, i trzeba go obalić.

No, to teraz na koniec skończę wątek ario-chrześcijaństwa.
Juliusz Evola połączył solarność i lunarność w przypadku katolicyzmu. Włoski baron rozdzielał chrześcijaństwo „pierwotne” - zorientowane na najniższe warstwy społeczne, plebejskie, anarchiczne, rozbijające ład społeczny - od katolicyzmu, który to był dla niego „Rzymem, który zamienił orły na krzyże i wyruszył na podbój świata” (cyt. niedokładny). Oczywiście katolicyzm ten miał być krzyżówką nieustabilizowanej myśli chrześcijańskiej z licznymi elementami pogańskimi, które razem dały siłę tworzącą średniowieczne imperium Europy. Nie wnikam w tym momencie w słuszność takiego postrzegania katolicyzmu. W czasach nam współczesnych furorę robi pojęcie „judeo-chrześcijaństwo”. Ludzie, którzy to pojęcie propagują nie mają pojęcia o czym mówią. Katolicyzmowi znacznie bliżej do religii pogańskich-aryjskich-solarnych niż do judaizmu - pogańskiej religii semickiej-lunarnej-tellurycznej. Katolicyzm to doskonała synteza posłannictwa Jezusa z Nazaretu i już obecnych w Europie wierzeń, wykształcona mozolnie na przestrzeni wieków we krwi męczenników i krwi krzyżowców. Katolicyzm to Tradycja łacińskiej Europy - negowanie elementów aryjskich i uwypuklanie elementów semickich, ba, nawet określanie całej religii mianem „judeo-chrześcijaństwa” to herezja historycyzmu i zanegowanie najpiękniejszych wieków z historii Europy. Dlatego miałkiemu, modernistycznemu, pogrążonemu w marazmie judeo-chrześcijaństwu z całą mocą należy przeciwstawić dźwięczący triumfem stali mieczy krzyżowców ario-katolicyzm, najlepiej ten z czasów Trydentu.

Poganie oczywiście też czcili bóstwa powiązane z Księżycem, lecz kulty takie nigdy nie spełniały roli dominującej, za wyjątkiem judaizmu i pewnej cywilizacji Ameryki Środkowej, której nazwy jednak zapomniałem. Ew. panował dualizm nocy i dnia. Zresztą, jak stwierdził Eliade w „Sacrum i profanum”, wraz z rozwojem cywilizacji następowało przejście od lunarności do solarności, a dalej do sekularyzacji, ale to temat na inny artykuł.

Zaś w katolicyzmie echa tych dawnych kultów opiekuńczych można znaleźć bardzo wyraźnie zwłaszcza w kulcie maryjnym oraz kulcie świętych. Zresztą, katolicyzm i prawosławie i wytworzona przez nie cywilizacja stanowi uzupełnienie, wypełnienie Prawdą na poły obumarłych i zdegenerowanych religii pogańskich.
Jest całkiem oczywiste, że religia warunkuje cywilizację - przykład paternalistycznych ustrojów Azji Wschodniej. Tamta kultura, kształtowana przez filozofię konfucjańską, chociaż obecnie poddana intensywnej macdonaldyzacji, zachowała wśród ludzi żyjących w obrębie jej oddziaływania chociażby przywiązanie do silnej władzy i zachowanie szacunku wobec niej. Dlatego tamtejsze demokracje zachowują regionalną specyfikę w odróżnieniu od naszego lokalnego ścieku, opierającego się na zgliszczach kultury Europejskiej. Inny przykład - kultura Islamu - warunkuje wśród wyznających tą religię Arabów i Persów określoną mentalność - śmiem twierdzić, że całkiem solarną, jak na mentalność ludów z definicji lunarnych, semickich. Czy Cortesowi udałoby się podbić Imperivm Azteków tak szybko i łatwo, gdyby nie zakorzenione w azteckiej kulturze mity o Quetzalcoatlu?
Przykłady można by mnożyć. Kultura kształtuje postawy ludzi żyjących w jej obszarze, a wraz z tymi postawami ich zwyczaje, możliwe do przewidzenia zachowania w określonych sytuacjach, także system gospodarczy (np. komunizm przyjął się najpierw w Rosji, gdzie postawa bierności i posłuszeństwa wobec każdej władzy jest zakorzeniona w mentalności ludzi żyjących w obrębie prawosławno-rosyjskiej kultury, chociaż z drugiej strony występuje tam podświadome duże zanarchizowanie i wywrotowość – ruch anarchistyczny narodził się właśnie u Słowian oraz na południu Europy). Są wyjątki, owszem. Ale wyciągając wnioski z historii i obserwując próby - na szczęście nieudane - zaszczepienia wirusa demokracji na całym świecie, mechanizmy kulturowe wyglądają tak jak napisałem. Owszem, w religii każdy element istnieje świadomie i ma swój cel - w kulturze nie jest to już takie oczywiste, gdyż zawiera w sobie ona masę pustych zwyczajów, które wykształciły się mimochodem, lecz moim zdaniem każdy zwyczaj miał swój początek w religii lub przynajmniej miał jakieś duże znaczenie w poprzednich formach szeroko pojętej religijności. Możliwe także, że to nieświadomie przekazywane z pokolenia na pokolenie skrajne zeświecczone elementy etykiety i obrzędów sprzed setek lat (np. zwyczaj ubierania choinki, wywodzący się ze zwyczajów starogermańskich lub zwyczaje ludowe, lunarno-telluryczne, przetrwałe na starych, zapadłych lecz nie zdegenerowanych współczesnością wsiach). Część ze zwyczajów na pewno wykształciła się przy okazji czegoś, ale nie jest to reguła. Na przestrzeni wieków, poprzez kolejne cykle historii, w katolicyzmie przewijały się dwa nurty, o których już wspominałem - nurt aryjski, solarny, trwający przy Tradycji i nurt semicki, antytradycyjny, bredzący o potrzebie zmian, miłości, pacyfizmie i źle pojmowanej pokorze.

Zanim zakończę mój długi wywód o wszystkim i niczym, napomknę jedynie o kilku innych kwestiach wartych rozpatrzenia. Nie widzę niczego złego w obracaniu Rewolucyjnych form przeciwko Rewolucji (jak np. towarzystwo pana Plinio, także organizacje pokrewne – polecam każdemu znalezienie w internecie strony organizacji „Traditio in Action” (lub jakoś podobnie) – można się pośmiać, bo wyjaśnić ani zrozumieć tego się nie da), widzę dużo złego w „nacjonalizacji” historii – przykład bitwy pod Grunwaldem, która nie wiedzieć czemu, jest przedstawiana w kategoriach starcia polsko-niemieckiego lub szerzej słowiańsko-germańskiego.
Wśród sporej części tradycjonalistów niebezpieczne jest zjawisko „tradycjonalistycznej ojkofobii” (występowało m.in. u Konecznego, obecnie obficie w KZMie), czyli negacja sarmatyzmu. Zgodzę się, że nie sarmatyzm nie wytworzył ustroju marzeń, ale niósł ze sobą również zjawiska kultury. Negowanie tego dorobku i bezkrytyczne wpatrywanie się w Rzym jest – delikatnie mówiąc – niepoważne.
Dziękuję wszystkim za uwagę, życzę miłego dnia

Wilhelm.

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

Konserwatyści – demokracja – lustracja

Współcześni polscy konserwatyści żyją w ustroju demokratycznym, którego ideologiczne podstawy i praktyczne mechanizmy funkcjonowania stanowią całkowite zaprzeczenie zasad porządku państwowego bronionych przez konserwatyzm. Jakie więc stanowisko powinni oni zająć względem demokratycznego systemu politycznego oraz odpowiadającego mu układu socjopolitycznego? Demokracja pozostaje daną empiryczną i nie sposób od niej uciec przy określaniu własnego stosunku do otaczającego nas świata politycznego.

Skoro konserwatywni przeciwnicy demokracji muszą egzystować w państwie demokratycznym, za optymalny wypada im uważać stan, w którym państwo to wstrząsane jest nieustannymi kryzysami. Jako korzystne i pożądane wówczas z ich punktu widzenia ocenić należy takie zjawiska, jak: utrzymywanie się intensywnych, wyraźnie przejawiających się napięć w łonie klasy politycznej, partyjne rozdrobnienie parlamentu i jego niezdolność do wyłonienia trwałej większości, jak najczęstsze rozpady koalicji rządowych i upadki kolejnych gabinetów, płynność i chaotyczność przepływu elektoratu pomiędzy poszczególnymi ugrupowaniami partyjnymi i w rezultacie ciągła dynamiczność sceny politycznej. Gdy utrzymuje się i wzrasta intensywność tych i podobnych procesów, państwo demokratyczne pogrąża się w permanentnym kryzysie politycznym, a demokracja ulega rozkładowi – i może upaść, w razie sprzyjającej koniunktury międzynarodowej (casus III Republiki Francuskiej, w której demokratyczne rozbuchanie doprowadziło do paraliżu państwa, umożliwiając łatwe obalenie jego ustroju przez wojskową interwencję niemiecką) lub wewnętrznej (casus tzw. II Republiki Hiszpańskiej, gdzie postępująca polaryzacja postaw politycznych zakończyła się rozpadem państwa na dwa zwalczające się, niedemokratyczne ośrodki, a także polskiej „republiki marcowej”, gdzie nieograniczona niczym demokratyczna praktyka polityczna przyprawiła państwo o stan rozprzężenia, w którym stało się ono łatwym łupem dla autorów antydemokratycznego zamachu stanu z 1926 r.). Skłócenie klasy politycznej, duża liczba klubów parlamentarnych, nietrwałość kolejnych gabinetów, nieograniczone rządy izby parlamentarnej – to cechy wspólne III Republice Francuskiej, II Republice Hiszpańskiej czy Polsce w okresie ustroju marcowego. Żaden jednak z wymienionych scenariuszy – francuski, hiszpański ani polski – nie sprawdziłby się, a rządy marszałka Petaina, gen. Franco ani Marszałka Piłsudskiego nie powstałyby na gruzach reżimów demokratycznych, gdyby w każdym z tych państw nastąpiła stabilizacja demokratycznego systemu politycznego: utrwalenie się rządów w ramach demokracji.

Demokracja to zawsze rządy chaosu, jednak możliwy do osiągnięcia jest w niej stan, w którym chaos zostaje ograniczony, w elementarnym zakresie ujęty w karby – przechodzi, by tak rzec, w chaos kontrolowany. W takim stanie właściwe demokracji kłótliwość oraz walka partii i egoistycznych grup interesu wprawdzie nie zanikają – ponieważ byłoby to równoznaczne z zanikiem demokracji – lecz są utrzymywane w granicach, w jakich nie stwarzają zagrożenia destabilizacji systemu. Wódz francuskich rojalistów Charles Maurras (1868-1952) opisał ten stan lapidarnym wyrażeniem: „Republika nie umie rządzić, ale umie się bronić.” Cel konserwatywnych przeciwników demokracji stanowi natomiast republika nie umiejąca ani rządzić, ani się bronić – gdyż może w niej dojść do obalenia demokracji. Z tych też powodów za najlepsze od szeregu lat wypada uznać rządy funkcjonujące w okresie skróconej kadencji parlamentarnej 2005-2007 – bynajmniej nie z sympatii dla ich poszczególnych posunięć czy politycznego programu, albo raczej nie tyle programu, co używanego przez nie typu retoryki politycznej. O pozytywnej ocenie ich urzędowania decydują takie związane z nimi zjawiska, jak: konfrontacyjność życia politycznego, napędzanie intensywnej walki frakcji, skuteczne skłócenie klasy politycznej, relatywnie duże rozdrobnienie parlamentu. Analogicznie, jako wysoce niebezpieczne oceniać należy aktualne rządy, w okresie których demokratyczny system polityczny zmierza do ustabilizowania się na dłuższy czas w formie zrównoważonego układu dwubiegunowego, z jedną partią rządzącą, gromadzącą głosy wszystkich osób popierających orientację aktualnych rządów, i jedną partią opozycyjną, gromadzącą głosy praktycznie wszystkich osób kontestujących orientację aktualnych rządów. Taki model rządów, jakkolwiek by nie oceniać jego programu politycznego – czy raczej typu retoryki politycznej – wydłuża żywotność reżimu demokratycznego.

Wyrokiem śmierci dla polskiej demokratycznej klasy politycznej jako struktury byłoby otwarcie całkowicie swobodnego dostępu do materiałów zgromadzonych na jej temat przez organa komunistycznego aparatu bezpieczeństwa. Gdyby nagle ujawniono w pełnej skali tych zjawisk, że jej „powszechnie szanowani” w kraju i za granicą reprezentanci byli donosicielami, mieli powiązania ze światem kryminalnym, zostali na różnych polach swojej działalności wypromowani przez bezpiekę bądź korzystali z jej pomocy, brali pieniądze od obcych wywiadów, że są zboczeńcami albo dziećmi czy krewnymi komunistycznych prominentów – nastąpiłby jeśli nie początek końca demokracji w Polsce, to przynajmniej jej koniec w obecnej formule. Demokratyczna klasa polityczna mogłaby nie przeżyć podobnego wstrząsu. Z punktu widzenia konserwatywnych przeciwników demokracji optymalny scenariusz musi polegać na tak zwanym kolokwialnie otwarciu archiwów, bez żadnych zastrzeżeń i ograniczeń. Niedopuszczenie do niego leży zaś w solidarnym interesie demokratycznej klasy politycznej. Z punktu widzenia jej członków optymalny scenariusz to zmonopolizowanie dostępu do bezpieczniackich akt przez jedną państwową instytucję, której kierownictwo powoływane jest przez naczelne organa państwa o składzie wyłanianym politycznie (parlament lub parlamentarny rząd) – aby każda rządząca frakcja zgodnie ze swoim interesem mogła wybiórczo wykorzystywać zawartość akt do walki politycznej z konkurencyjnymi frakcjami.

Przechodząc do wniosków, konserwatywni przeciwnicy demokracji powinni dążyć w dłuższej perspektywie czasowej do całkowitego otwarcia archiwów komunistycznego aparatu bezpieczeństwa. W krótszej perspektywie czasowej muszą skupić swe wysiłki na utrzymaniu i stopniowym rozszerzaniu pluralizmu dostępu do archiwów, aby obiegu kompromitujących materiałów nie mógł kontrolować jeden podmiot, zwłaszcza państwowy – co zabezpieczałoby interesy klasy politycznej Republiki Okrągłego Stołu. Pierwszym sposobem realizacji interesu krótkofalowego może być dążenie do zapewnienia szerokiego dostępu do akt bezpieki mediom: zarówno jawnie upolitycznionym (kontrolowanym przez zwalczające się frakcje klasy politycznej), jak i, zwłaszcza, bezideowym brukowo-plotkarskim, żerującym na sensacji. Zwiększyło by to przepustowość wyciekania kompromitujących materiałów i tym samym przyspieszyło erozję obecnej klasy politycznej. Po drugie, analogicznie szeroki, a w razie możliwości jeszcze szerszy dostęp do akt, niż mediom, należałoby zapewnić światu nauki. Rzecz jasna, każda szanująca się frakcja klasy politycznej ma w nim swoją ekspozyturę – pracujące dla niej „apolityczne autorytety” – jednak z przyczyn naturalnych (można by rzec: demograficznych) z biegiem czasu będzie się w jego szeregach zmniejszać odsetek byłych TW oraz osób związanych niegdyś z komuną, których grupowy interes leży w zablokowaniu dostępu do wiedzy zamkniętej w teczkach. Świat akademicki ma zatem szansę odegrać istotną rolę w staraniach o zniszczenie aktualnego układu socjopolitycznego – osobliwie, jeśli jako historycy i badacze archiwów zasilą go konserwatywni przeciwnicy demokracji.

Finalny wniosek przedstawia się następująco: w polskich warunkach konserwatywny przeciwnik demokracji w żadnym wypadku nie może być przeciwnikiem lustracji jako takiej. Jeżeli zaś to czyni – czy tego chce, czy nie, degraduje się do roli „pożytecznego idioty”, który sprzyja stabilizacji demokratycznego systemu politycznego i broni interesów klasy politycznej zrodzonej w oparach wódy rozpitej w Magdalence.

Adam Danek

Piłsudczycy a powstanie warszawskie

Niedawno minęła kolejna rocznica prawdopodobnie najgorszej polskiej klęski strategicznej w XX wieku, jaką było powstanie warszawskie. W związku z tym prof. Adam Wielomski opublikował felieton pod tytułem „Insurekcyjny romantyzm ‘44”.* Autor przedstawił bardzo surową ocenę powstania – którą piszący te słowa w pełni podziela. Felieton kończy się jednak zdumiewającą puentą. Przytaczamy ją in extenso: „Co kierowało dowódcami AK, którzy ten rozkaz wydali? Osobiście uważam – acz badań nad tym problemem nie prowadziłem, więc wiem, że moja hipoteza jest mocna dyskusyjna - że wyłącznie polityka i to niekoniecznie międzynarodowa. Nie chodziło tylko o zbliżających się sowietów. Wydaje się, że kierownictwo AK obawiało się, że Polska odzyska byt państwowy na mocy decyzji politycznych, a więc dzięki rządowi w Londynie. Ale w Londynie rządziły PPS, SP, PSL i (częściowo w opozycji) ND. Nie było tu piłsudczyków. Tymczasem to właśnie sanacyjni oficerowie dominowali w AK. Gdyby więc Polska została odbudowana na mocy decyzji politycznych, to rząd z Londynu wróciłby do Polski i objął władzę, a postsanacyjne środowiska odpowiadałyby za klęskę z IX 1939 roku. W tej sytuacji jedyną szansą powrotu do polityki był wybuch Powstania, przejęcie władzy i powitanie Rządu Londyńskiego z pozycji ››gospodarza‹‹.” Mimo zastrzeżeń poczynionych przez p. Wielomskiego („badań nad tym problemem nie prowadziłem, więc wiem, że moja hipoteza jest mocna dyskusyjna”) powyższa opinia razi nierzetelnością i trudno ją uznać za coś więcej niż motywowaną uprzedzeniami politycznymi insynuację pod adresem nie lubianej przezeń tradycji politycznej – co też niniejszym postaramy się ukazać.

Prof. Wielomski stwierdził, iż „to właśnie sanacyjni oficerowie dominowali w AK”, omieszkał jednak to arbitralne stwierdzenie uzasadnić. Może i nic w tym dziwnego, ponieważ utrzymać się go nie da. Po wybuchu II wojny światowej budowa polskiej konspiracji zbrojnej rozpoczęła się od powołania jeszcze we wrześniu 1939 r. tajnej organizacji o nazwie Służba Zwycięstwu Polski. Pod względem genezy SZP można z pełną odpowiedzialnością uznać za sanacyjną. Powstała z polecenia marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza; jej dowódcą został piłsudczyk i weteran Legionów Polskich gen. Michał Karaszewicz-Tokarzewski (1893-1964), zaś zastępcą dowódcy mjr Edmund Galinat (1899-1971) – przed wojną działacz sanacyjnego Obozu Zjednoczenia Narodowego, związany z pismem „Zaczyn”, skupiającym wokół siebie zwolenników totalizmu państwowego. Los SZP przesądził się wszelako, gdy wkrótce na czele polskiego rządu na wychodźstwie stanął najzacieklejszy polityczny wróg piłsudczyków i wszystkiego, co wiązało się z Marszałkiem Józefem Piłsudskim – gen. Władysław Sikorski. Przez kilka miesięcy jego rząd próbował inspirować i wspierać finansowo w Kraju organizację konspiracyjną konkurencyjną wobec SZP – Centralny Komitet Organizacji Niepodległościowych, kierowany przez Ryszarda Świętochowskiego, osobistego znajomego gen. Sikorskiego z przedwojennych środowisk „demokratycznej opozycji” antysanacyjnej (tzw. Frontu Morges). Na przełomie 1939 i 1940 r. Sikorski, już po połączeniu w swych rękach funkcji premiera i Naczelnego Wodza, rozwiązał swym rozkazem SZP, którą uważał za podejrzany politycznie i szkodliwy element piłsudczykowski, a na jej miejsce utworzył Związek Walki Zbrojnej. Gen. Karaszewiczowi-Tokarzewskiemu rozkazał w ramach ZWZ objąć dowództwo nad Obszarem Nr 2 (z centralą we Lwowie), tzn. sowiecką strefą okupacyjną. Prawdopodobnie chciał się w ten sposób pozbyć sanacyjnego generała: jako dowódca pamiętnej odsieczy Lwowa z listopada 1918 r. Karaszewicz-Tokarzewski był tam powszechnie rozpoznawany, zatem wydawało się oczywiste, że natychmiast po przybyciu na miejsce zostanie zdekonspirowany. I rzeczywiście, NKWD aresztowało dawnego dowódcę SZP już w chwili przekraczania granicy dzielącej niemiecką i sowiecką strefę okupacyjną. W 1942 r. gen. Sikorski kolejnym rozkazem przekształcił Związek Walki Zbrojnej w Armię Krajową.

Według p. Wielomskiego „to właśnie sanacyjni oficerowie dominowali w AK”. W rzeczywistości zarówno wojskowe, jak i cywilne struktury polskiego Państwa Podziemnego od początku 1940 r. budowały środowiska wywodzące się z przedwojennych partii politycznych (w nawiasach podajemy ich wojenne kryptonimy): Polskiej Partii Socjalistycznej („Koło”), Stronnictwa Ludowego („Trójkąt”), Stronnictwa Narodowego („Kwadrat”), Stronnictwa Pracy („Romb”) oraz Stronnictwa Demokratycznego („Prostokąt”). Formacje te dzieliło wiele różnic programowych, ale łączyła absolutna wrogość do sanacji i mniejsza bądź większa nienawiść do całego okresu 1926-1939. Z powodu wytworzenia się takiego właśnie politycznego układu sił w Państwie Podziemnym piłsudczycy byli w nim izolowani i w rezultacie skupiali się na pracy we własnych, nie posiadających wielkiego zasięgu organizacjach konspiracyjnych – Obozie Polski Walczącej oraz Konwencie Organizacji Niepodległościowych. Świadectw tej izolacji „postsanacyjnych środowisk”, jak nazywa je Autor, nie brakuje w wojennych wspomnieniach członków piłsudczykowskiego podziemia, takich jak narodowo-państwowy myśliciel polityczny dr Klaudiusz Hrabyk (1902-1989) czy faszyzujący pisarz Ferdynand Goetel (1890-1960).

Interesujące światło na polityczny profil polskiej konspiracji wojskowej rzucają świadectwa powstałe w środowisku podziemnej organizacji zbrojnej Konfederacja Narodu, dowodzonej przez Bolesława Piaseckiego (1915-1979), przedwojennego wodza RNR-Falangi. Konfederacja powstała całkowicie poza środowiskami tworzącymi ZWZ-AK, lecz w 1942 r. podjęła z wojskowym ramieniem Państwa Podziemnego oficjalne rozmowy o zjednoczeniu. Komórki wywiadowcze KN starały się możliwie jak najlepiej wybadać partnera. W rezultacie powstał m.in. wewnętrzny dokument Konfederacji z 3 marca 1942 r., zawierający następującą ocenę: „ZWZ, będąc oficjalną organizacją wojskową, posiada równocześnie charakter wybitnie polityczny i dąży do opanowania władzy w Kraju w chwili przełomu (…). ZWZ znajduje się pod wpływem Centrolewu.” Centrolewu, a więc środowisk politycznych stanowiących przed wojną główny nurt „demokratycznej opozycji” antysanacyjnej.

Prof. Wielomski insynuuje, że powstanie warszawskie zostało wzniecone przez piłsudczyków dominujących w AK. Jak to się ma do prawdy? Za człowieka sanacji można z pewnością uznać pierwszego komendanta głównego AK (a wcześniej ZWZ), gen. Stefana Roweckiego – weterana I Brygady Legionów Polskich, przed wojną czynnego w ruchu legionowych kombatantów. Ale gen. Rowecki od 1943 r. pozostawał w niemieckiej niewoli. Natomiast jego następca na Komendzie Głównej AK, gen. Tadeusz Komorowski, nie miał żadnych biograficznych powiązań z kręgami sanacyjnymi, a politycznie skłaniał się ku linii określonej w raporcie Konfederacji mianem Centrolewu. Na nim, jako na najwyższym dowódcy podziemnych sił zbrojnych, spoczywa główna odpowiedzialność za decyzję o podjęciu powstania i za jej straszliwe konsekwencje. Co ciekawe, w jego odezwie do żołnierzy z 1 sierpnia 1944 r. pobrzmiewała, paradoksalnie, ideologia endecka – Komendant Główny wzywał do „walki z odwiecznym wrogiem Polski, najeźdźcą niemieckim”.

Jak wiadomo, wydanie przez gen. Komorowskiego rozkazu poprzedziły konsultacje prowadzone wcześniej w ścisłym kierownictwie Armii Krajowej. Za rozpoczęciem powstania opowiadał się stanowczo pierwszy zastępca szefa Sztabu KG AK, gen. Leopold Okulicki. Można by go było zaliczyć do piłsudczyków jako weterana ruchu strzeleckiego, Legionów Polskich i Polskiej Organizacji Wojskowej, lecz wymagałoby to solidnego naciągnięcia faktów, ponieważ Okulicki w życiu politycznym okresu sanacyjnego nie uczestniczył wcale. Do powstania parł także niewątpliwy piłsudczyk – gen. Tadeusz Pełczyński (1892-1985), szef Sztabu KG AK, a przed wojną wieloletni dowódca Oddziału II Sztabu Głównego WP – wojskowych służb specjalnych. Ten fakt mógłby częściowo potwierdzać pogląd o wywołaniu powstania przez motywowanych politycznie piłsudczyków… gdyby w kręgu dowódczym AK najbardziej pesymistycznie nie odnosił się do planów powstańczych także niewątpliwy piłsudczyk, były dowódca jednostek Kedywu płk August Emil Fieldorf (1895-1953), weteran I Brygady Legionów Polskich i uczestnik zamachu majowego w 1926 r. Teza o nieodpowiedzialnych piłsudczykach jako autorach powstania rozmywa się w ten sposób coraz bardziej, zwłaszcza, że o wydaniu przez gen. Komorowskiego decyzji o jego rozpoczęciu przesądził oficer z sanacją niepowiązany w ogóle – komendant Okręgu Warszawskiego AK płk Antoni Chruściel, składając Komendantowi Głównemu fałszywy raport o pojawieniu się na warszawskiej Pradze sojuszniczych, jak się spodziewano, sowieckich czołgów. To Chruściel, nie zaś Komendant Główny czy szef Sztabu KG AK, objął następnie funkcję faktycznego dowódcy całości sił powstańczych.

Jak zaś do planów powstańczych ustosunkowały się zorganizowane politycznie środowiska piłsudczykowskie? Ich czołowym analitykiem wojskowym był doc. ppłk Wacław Lipiński (1896-1949), oficer legionowy, członek wspomnianych Służby Zwycięstwu Polski i Konwentu Organizacji Niepodległościowych. W kolportowanej w podziemiu broszurze „Bilans czterolecia 1939-1943”, wydanej w styczniu 1944 r., pisał on: „Pod koniec wojny nie Niemcy opuszczający Polskę stanowić będą główne zagadnienie polityczno-wojskowe, lecz przychodzący Rosjanie, nie przeciw Niemcom winniśmy mobilizować główną naszą aktywność, lecz przeciw Rosji. Tak się przedstawia istota zagadnienia, którego realizm i słuszność są tym większe, im bardziej są w danej chwili niepopularne. (…). W położeniu wytworzonym przez cofanie się Niemców z Polski i wkraczanie do niej Rosjan – nie będzie warunków ani na powstanie anty-niemieckie, jako akt polityczno-wojskowy, ani na żaden inny akt wywoływania odwetu. Niemcy wycofujący się z Polski wśród walk z napierającymi Rosjanami – wykonywać będą musieli swe ruchy bez przeszkód ze strony Polaków. Powstanie przeciw-niemieckie byłoby w tych warunkach szaleństwem politycznym, samobójstwem wojskowym.” Na kilka miesięcy przed wybuchem powstania jeden z przywódców krajowych środowisk piłsudczykowskich przestrzegał, iż równałoby się ono strategicznemu samobójstwu. Z kolei na wychodźstwie powstańcze plany równie surowo krytykował były sanacyjny dyplomata i działacz Obozu Zjednoczenia Narodowego, Tadeusz Katelbach (1897-1977).

Podsumowując, pogląd p. Wielomskiego, jakoby za tragedię powstania warszawskiego odpowiadała polityczna sitwa piłsudczyków, wypada uznać za całkowicie niezgodny z prawdą. Pozostaje tylko prosić Autora, który wyznaje otwarcie: „badań nad tym problemem nie prowadziłem, więc wiem, że moja hipoteza jest mocna dyskusyjna”, aby formułowanie opinii na takie tematy jednak poprzedzał badaniami, co pozwoli uniknąć popadania w oceny rażące stronniczością.

A dlaczego stronniczością? Otóż śledząc publicystykę prof. Wielomskiego łatwo zauważyć, iż jej Autor z sobie tylko znanych powodów wykorzystuje wszelkie okazje, by obrzucać błotem oszczerstw piłsudczykowsko-sanacyjną tradycję polityczną. Niektórzy polemiści – w tym, nie ukrywajmy, również niżej podpisany – zarzucali mu prezentowanie publicystycznej optyki tzw. endokomuny. P. Wielomski odpierał zarzut, podkreślając, że nie zalicza się przecież ani do endeków, ani do komunistów. Dlaczego zatem tak ostentacyjnie zgadza się i z pierwszymi, i z drugimi? Zideologizowana historiografia endecka i komunistyczna pokrywały się w szeregu kwestii – najbardziej wyraźnie właśnie w doszukiwaniu się w całym złu w nowszej polskiej historii mitologizowanej przez nie ręki piłsudczyków.

Adam Danek

Romanzo d’amore in Reggenza del Carnaro, czyli impresja muzyczna.




Dźwięki akordeonu pobrzmiewające echem wśród wąskich, brukowanych uliczek nadmorskiego miasta; lekkie tony fortepianu akompaniującego pięknej szansonistce w jednej z licznych kawiarni; śpiewana ochrypłym, żołnierskim głosem "Giovinezza!"... Jakież to ludzkie, śpiewać na chwałę zwycięstwu i miłości; jakież to italijskie, dać ponieść się melodii płynącej z serca; jakież to orfickie, emocje zakląć w muzyce i poezji by czerpać z nich siłę! Noc zapada nad Fiume, zewsząd słychać śpiew. Na chwałę miłości i zwycięstwu.

Nocy z 12 na 13 września roku 1919 w nadadriatyckim porcie Fiume wydarzenia minionego dnia były wspaniałą okazją do świętowania. Miasto stało się wolne i włoskie, nie ma i nie będzie zgody na upokarzające postanowienia traktatu wersalskiego. Nazwisko wyzwoliciela jest na ustach wszystkich: to przesławny d'Annunzio, autor "Triumfu śmierci", pisarz, poeta i as lotniczy, były dowódca eskadry "La Serenissima", która w trakcie Wielkiej Wojny dokonała słynnego lotu nad Wiedniem. Ten zawiadaka stoi na czele prawie trzytysięcznej armii śmiałków (Arditi) -weteranów, nacjonalistów i zwykłych awanturników, zmobilizowanych jego charyzmą i autorytetem. Ich przemarszom przez ulice oswobodzonego miasta towarzyszy powszechna radość i otwarcie demonstrowany patriotyzm. Wydarzenia te szerokim echem odbijają się w wykrwawionej wojną i wyczerpanej epidemią hiszpanki Europie. Rządzone z fantazją przez Comandante d'Annunzio miasto szybko staje się miejscem wyszukanych ceremonii, hucznych zabaw i spotkań artystycznej awangardy. I choć od tamtych wydarzeń minął prawie wiek i wydaje się, że nasz kontynent zatracił pamięć o wszelkim heroizmie, to awangarda artystyczna -ta prawdziwa!- wciąż pamięta o barwnej osobie Gabriela d'Annunzio i jego Włoskiej Regencji Carnaro proklamowanej w Fiume. Dowodem na to jest debiutancki, wydany przed trzema laty album "Dissobbedisco!" włoskiej grupy IANVA (łac. drzwi), którego głęboko artystyczny wymiar sprawia, że zasługuje on na dostrzeżenie i szersze omówienie.

"Dissobbedisco!" to utwory wymykające się jednoznacznej klasyfikacji; zawsze wykonywane z wykorzystaniem bardzo bogatego instrumentarium, czasami zbliżają się do muzyki marszowej i folkowej, to znów ciążą w stronę poezji śpiewanej i muzyki klasycznej. Sami muzycy zwykli określać tę cokolwiek eklektyczną lecz spójną mieszankę mianem "muzycznego archeofuturyzmu". Osią osadzonych w realiach rządzonego przez d'Annunzio Fiume piosenek jest tragiczny romans jednego z Arditi, majora Cesare Renzi i uwodzicielskiej śpiewaczki Elletry Stavros. Historia kochanków opowiedziana jest za pośrednictwem ich monologów, stanowiących podstawę liryczną niemal wszystkich utworów, z wyjątkiem czysto instrumentalnych wstępu ("Colpo Di Maglio") i zakończenia ("Amor Sola Lex"). "Colpo Di Maglio" ("Uderzenie młota") wprowadza w militarny nastrój trzeszczącym przemówieniem puszczonym z gramofonowej płyty. W jego tle stopniowo narasta ambientowe, bardzo mroczne i niepokojące brzmienie, w swym punkcie kulminacyjnym przechodzące w agresywny marsz wybijany na werblu, z surowymi kontrapunktami sekcji dętej. Bardziej melancholijnym rozwinięciem tego utworu okazuje się "La Ballata Dell'Ardito" ("Ballada śmiałka"). Rozgoryczony końcem wojny major Renzi w przebłysku olśnienia widzi Europę spętaną drutem kolczastym ("D’un’Europa di vent’anni presa nel filo spinato(...)") i zaczyna rozumieć swą dotychczasową drogę: od młodzieńczego nihilizmu ukrywanego za radykalnością działania ("Non intrepida irruenza, ma solo indifferenza.") aż po koniec Wielkiej Wojny, która uczyniła z niego mężczyznę i bohatera, ale też pozostawiła bez celu i miejsca do którego mógłby powrócić. Rozważania te kontynuowane są w "Vittoria Mutilata" ("Kalekie zwycięstwo"). Zdemobilizowany Renzi pozbywa się resztek złudzeń, cynicznie polemizuje z futurystycznym manifestem Marinettiego: wojna nie jest już dla niego "jedyną higieną świata" ani dziełem sztuki -jej jedyną zaletą jest to, że pozwala porzucić wszelkie utopijne wizje i stanąć twarzą w twarz z rzeczywistością. Na ruinach świata zrezygnowany żołnierz obiera na swe motto okrzyk "Audere Semper" (łac. "zawsze śmiało", zawołanie wymyślone przez d'Annunzio) i postanawia czekać, aż znów będzie mógł wziąć udział w walce. Ta chwila nadchodzi wraz z bitwą o Fiume, wspaniale przedstawioną w chyba najlepszym utworze z całego albumu, "Di Nuovo In Armi!" ("Na powrót pod bronią!"). Podobnie jak w "Colpo Di Maglio", jego podstawę muzyczną stanowi agresywny marsz, wspaniale dopełniony przez surowe gitarowe akordy i wyśpiewywane z zacięciem strofy. Renzi opowiadając o wyprawie zauważa towarzyszącą jej dekadencję ("C’erano casse di cognac e di munizioni/ C’erano gerani e bandiere a tutti i balconi" -"Były skrzynki z koniakiem i amunicją/ Były pelargonie i flagi na wszystkich balkonach"), która jednak nie umniejsza jej wielkości ani nie przyćmiewa wspaniałości tego wydarzenia: "C’erano ragazzi dal formidabile cuore: /Si scatenava l’amplesso tra Musa e Furore!" ("Byli młodzieńcy o ogromnych sercach /To zwarło w uścisku Muzę i Furię!"). Z tego uścisku, niczym Wenera z morskiej piany, wyłania się promieniująca sex-appeal'em Elletra Stavros wyśpiewująca swój popisowy numer, "Tango bachantki" ("Tango Della Menade"). Uwodzicielska śpiewaczka oczarowuje publiczność swym głosem, lecz jej pieśń przeznaczona jest tylko dla uszu majora Renzi. Elletra okazuje się niebezpieczną, manipulującą mężczyznami femme fatale: "Per te /Dovrei essere Kali /La Dea /Madre di mille pugnali" ("Dla ciebie/ Powinnam być Kali/ Boginią/ Matką tysiąca sztyletów"). W mrocznych i pełnych mistycyzmu wersach wyraża swe uczucia. Renzi zakochuje się w niej, pomimo że przeczuwa, iż jej pobyt w mieście związany jest z grą wywiadów... Z targających nim namiętności zwierza się przyjacielowi w długim monologu ("Per Non Dormire" -"Nie śpiąc"). Tylko pozornie szuka jakiegoś rozwiązania, bowiem nie chce i nie umie przerwać romansu -"Quale soluzione adottare con Lei/ Che folgore é già nel nome: Elettra!" ("Cóż począć gdy/ Ta błyskawica jest już w imieniu: Elletra!"). Major pisze pożegnalny list do swych towarzyszy broni ("Traditi" -"Zdradzony"), tłumacząc, że miłość do kobiety odmieniła go i nie znajduje już siły by dalej walczyć u ich boku. Tymczasem Elletra, wiedząc o nadchodzących wydarzeniach ucieka w opar morfinistycznych halucynacji ("Fuoco A Fiume", tj. "Rzeka ognia"), jednak nawet narkotyki płynące w jej żyłach nie przynoszą ukojenia w obliczu popełnionej zdrady i palącej serce miłości. Finał tragedii ("Muri D'Assenzio" -"Mury absyntu") rozpoczyna się wraz z inwazją regularnych sił włoskich na Regencję Carnaro. To przedostatni i silnie zapadający w pamięć utwór, głównie za sprawą budujących wspaniały nastrój fortepianu i akordeonu, wspieranych przez bębny, gitarę i smyczki. Popijający absynt Renzi widzi flotę rozpoczynającą ostrzał portu i swych towarzyszy ruszających do walki. Wybiega na ulicę, by przypadkiem w tłumie odnaleźć Elletrę. Kochankowie w przypływie nadziei obiecują spotkać się w Trieście i wymieniają ostatni pocałunek. Chwilę później major Renzi pada na ulicę z przestrzeloną głową. Kulę -nie wiadomo, przypadkową czy też nader celną?- wystrzelił jeden z jego dawnych przyjaciół... "Amor Sola Lex", utwór kończący całą płytę, to już tylko epitafium i podarowana nam przez muzyków chwila zadumy nad wojną i miłością.

Zanim jeszcze ucichnie echo wystrzału, który przeorał mózg młodego majora, jasne staje się też przesłanie muzyków z IANVA: cóż pozostaje w tych psich czasach pozbawionych bohaterstwa i fantazji, jak nie pamięć o Historii i kontemplacja Sztuki? "Dissobbedisco!" splata je w niezwykły węzeł, który ja już nieco dla Was poluzowałem. Teraz Wasza kolej.





Post Scriptum: Znacznie więcej informacji na temat postaci Gabriela d'Annunzio oraz Włoskiej Regencji Carnaro znajduje się w znakomitym artykule Tomasza L. Wiśniewskiego, pod tym adresem: http://www.reakcjonista.pl/readarticle.php?article_id=5&rowstart=0



Post Scriptum II: Film ilustrujący utwór "Di Nuovo In Armi!" jest mojego autorstwa.
Tomasza Wiśniewskiego przepraszam za drobne nieporozumienie wynikłe z anonimowości i multijęzykowości serwisu YouTube.



Michał Prokopowicz

Uwagi na marginesie tradycyjnego absolutyzmu moralnego i etyki sytuacyjnej

Od redakcji: redakcja nie zgadza się z opinią kol. Anioła na temat Eligiusza Niewiadomskiego i zastrzega sobie prawo do ogłoszenia wobec niej polemiki ;)


„Sit autem sermo vester est est non non” (Mt 5,37)

Kryzys, jaki toczy od kilku ostatnich stuleci Europę ma podłoże metafizyczne. Jest to teza niekontrowersyjna, po wielokroć konstatowana w literaturze prawicy antysystemowej. Wspomnijmy tu chociażby opus magnum krzyżowca XX wieku – prof. Plinio Corręa de Oliveira, „Rewolucja i Kontrrewolucja”(1). Warto również zauważyć, że nawet myśliciele związani z polską ideą narodową, w jej świeckiej fazie, upatrywali w kręgach anty-kościelnych czynnik wysoce rozkładowy (2). Aby dać odpór tej fali degeneracji, zwanej w niektórych kręgach „postępem”, w głównej mierze musimy skupić się właśnie na odrodzeniu katolickiego ducha Europy, ducha Kościoła wojującego.

Jeśli pragniemy podnieść sztandar ancien regime’u i w sposób zorganizowany próbować tworzyć nowe rycerstwo, punktem wyjścia niech będzie dla nas należyte oświetlenie podstawowych problemów teologii, a zwłaszcza teologii moralnej – dla kształtowania dojrzałych sumień – rzecz nieodzowna. Bez tych fundamentów każda antysystemowa działalność skazuje się na niepowodzenie, bez nich nie dotrzemy do źródła problemu, który tkwi jak wiemy w duszy człowieka. Ja chciałbym dziś skupić się jedynie na dwóch interesujących zagadnieniach, na absolutyzmie moralnym i etyce sytuacyjnej, natomiast w pozostałym zakresie polecę Czytelnikowi ciekawą literaturę (3).
"Robić zło w dobrym celu? Pomyśl: nawet, gdybym mógł jednym kłamstwem zakończyć ten konflikt (tj. II wojnę światową – przyp. M.A.), nie zrobiłbym tego, choć może zdziałałbym wiele dobrego!" (4). Te słowa świętego ojca Pio wypowiedziane do penitentki wyznającej, iż kłamała w celu osiągnięcia dobra, to chyba najbardziej wyrazisty przykład tego czym w istocie jest absolutyzm moralny. W katolickim porządku etycznym mamy pewien katalog dyrektyw, określanych jako negatywne normy moralne, które zakazują brania za przedmiot aktu woli czynów wewnętrznie złych. Normy te obowiązują bezwzględnie, niezależnie zarówno od intencji jak i skutków (5). Szeroki katalog czynów wewnętrznie złych albo inaczej złych z natury znajdziemy chociażby w Katechizmie Kościoła Katolickiego czy encyklikach (Veritatis Splendor, Humanae Vitae). Należą do nich przykładowo: bluźnierstwo, nierząd, kłamstwo, oszczerstwo, gwałt, akt homoseksualny, aborcja, eutanazja, morderstwo. W żadnych więc okolicznościach nie będzie się godziło zabicie niewinnego, nawet dla większego dobra (6). Jeśli jednak dopuścimy się tego nie w pełni świadomie bądź nie w pełni dobrowolnie to zaciągamy tylko grzech lekki albo wcale grzechu nie popełniamy. Okoliczności jednak jak mówi Katechizm: „nie mogą uczynić ani dobrym, ani słusznym tego działania, które jest samo w sobie złe” (7). Oś podziału między sytuacjonizmem, a absolutyzmem dobrze oddają te przykładowe tezy:

„Jeśli działałeś w wielkim strachu może nie popełniasz grzechu”.

„Jeśli działałeś w wielkim strachu możesz czynić wszystko i jest to dozwolone”.

Pierwsza z nich jest prawdziwa i licuje z katolicką ortodoksją. Druga to właśnie przykład sytuacjonizmu, którego ojcem był Joseph Fletcher autor działa „Etyka sytuacyjna. Nowa moralność”. Pogląd ten neguje istnienie czynów moralnie złych z natury, a pozytywną bądź negatywną ocenę moralną czynu uzależnia od okoliczności czy intencji. Jest przeto poglądem heretyckim, zaprzeczającym „prawdzie, w którą należy wierzyć wiarą boską i katolicką” (kanon 751), czyli m.in zwyczajowemu, powszechnemu nauczaniu Kościoła w kwestiach moralnych (8)(9).

Konieczność zabiegania o kształtowanie żelaznych, dojrzałych sumień nabiera iście państwowej wagi w obietnicy, jaką złożył Jezus Chrystus błogosławionej siostrze Faustynie: "Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli Mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście Moje." Nie można zaprzeczyć, że myślenie kategoriami interesu narodowego zlewa się tutaj z myśleniem kategoriami Ewangelii. Dlatego warto zawsze stawiać sobie pytanie, tak przy tworzeniu koncepcji ideowych jak i w praktycznej działalności, o posłuszeństwo Woli Bożej. Abstrahując od niej skazujemy się na los umierających śmiercią naturalną narodów Zachodu. Wszak „zapłatą za grzech jest śmierć” (Rz 6,23).

W świetle tych rozważań z pewnym niepokojem należy patrzeć na pojawiające się w niektórych środowiskach narodowo-radykalnych, próby gloryfikowania Eligiusza Niewiadomskiego. Jest to postać niewątpliwie wybitna, zasłużona dla polskiej kultury i sztuki. Jednak to nie dzięki „Centaurom w lesie” zaskarbił sobie sławę u niektórych narodowców. Mam poważne wątpliwości czy godzi się nazywać go „bohaterem, który poświęcił swoje życie w walce o Wielką Polskę”. Zdaję sobie sprawę, że prezydent Narutowicz był prawdopodobnie kimś pokroju Kwaśniewskiego, ale jak mówi hrabia de Maistre: „Kontrrewolucja nie jest rewolucją na wspak”. Znaczące jest także to, że biskupi zakazali mszy świętych za Niewiadomskiego. Przypomnę na koniec tej części punkt 1868 Katechizmu: „...ponosimy odpowiedzialność za grzechy popełniane przez innych, gdy w nich współdziałamy (...) nakazując je, zalecając, pochwalając lub aprobując.”

Obok kwestii etycznych są też argumenty racjonalnej natury, które liczę, że trafią nawet do świeckich nacjonalistów.

Czy chwaląc czyn, który wypełnia znamiona skrytobójstwa nie pozbawiamy się możliwości krytykowania naszych politycznych przeciwników? Wymagamy od partii politycznych wysokich standardów moralnych, niejednokrotnie gromimy za ustawy zezwalające zabijać dzieci nienarodzone, a czy równie surowe wymogi stosujemy wobec siebie? Jeśli nie to w niczym nie jesteśmy różni od sejmowej „prawicy”.
Eligiusz Niewiadomski, jak sam zeznał na procesie, nosił się z zamiarem dokonania zamachu na marszałka Piłsudskiego. Gdyby ten nie zrezygnował z kandydatury na prezydenta najpewniej do zamachu by doszło. Nie jestem zwolennikiem tej postaci, ale Polska straciłaby wówczas człowieka, który mógł sprawić, że dziś kąpalibyśmy się nad Morzem Czarnym nie przekroczywszy granicy. Gdyby Piłsudski żył kilka lat dłużej Polska prawdopodobnie znalazłaby się w antysowieckim sojuszu z państwami Osi. O tej perspektywie ciekawie mówił jakiś czas temu prof. Wieczorkiewicz (10). Pytanie czy antygermańską endecję stać byłoby na taki ruch. Nie do przecenienia jest także jego koncepcja wojny prewencyjnej przeciwko hitlerowskim Niemcom. Nie powiodła się niestety z uwagi na pacyfistyczne nastroje Anglii i Francji, ale w pewnym układzie politycznym mogła się udać.

Ojciec polskiego nacjonalizmu - Zygmunt Balicki, na pierwszych stronach swojej najgłośniejszej pracy „Egoizm narodowy wobec etyki” pisze: „Jednostka (...) powinna zawsze stawiać sobie pytanie jaki typ społeczny wytwarza się pod wpływem jej postępowania”. Typ społeczny, jaki w ostatnich latach życia wytworzył Niewiadomski można chyba określić mianem somalijskiego. Bo w pogrążonej wojnami domowymi Somalii, życie publiczne uprawia się z karabinem w ręku. Zamach na pierwszego prezydenta II RP mógł zrodzić kontrakcję lewicy – mogło skończyć się to zamachem na Dmowskiego albo inną ważną figurę endecji. Wówczas „doniosłość czynu” naszego artysty byłaby postrzegana w nieco innym świetle.

Ciekawe jest też jak ma się realizm polityczny, którego znakomitą szkołę dał nam Roman Dmowski, do uprawiania kultu zabójcy Narutowicza. Czy sądzicie, że to przysporzy nam zwolenników? Naturalnie nie dla oklasków tłumu działamy, ale hołdy Niewiadomskiemu wystawiają narodowców, zupełnie niepotrzebnie, na ostrza krytyki, słusznej krytyki. Naszą pracę powinniśmy kierować do szerokich mas społecznych, zwłaszcza warto przyciągać i odpowiednio ukierunkowywać umiarkowanie konserwatywną młodzież, a nie tylko młodzieńców kierujących się zasadą: „gdzie radykalniej, tam fajniej”.

Nas natomiast może czekać los Młodzieży Wszechpolskiej, która w mediach przedstawiana jest niemalże wyłącznie na tle płonącej swastyki. Będziemy wytykani palcami. W każdej dyskusji będzie się wspominać, jakich czcimy „bohaterów” i zasługi Narutowicza, które tylko spotęgują społeczną niechęć. Każdy zainteresowany przeczyta w wikipedii, że pierwszy prezydent II RP: „pomagał Polakom ściganym przez carat”, „aktywnie zaangażował się w odbudowę państwa polskiego”, jako szef MSZ „Przyczynił się do wzmocnienia sojuszu z Rumunią, zawartego 3 marca 1921”. Zamach na Narutowicza to jednak nie jest zamach na Kutcherę.

Mam pewne przykre doświadczenie związane z tą sprawą. Znajoma, którą sobie bardzo cenię, znalazła przypadkowo na mojej stronie adres internetowy Falangi. Od razu rzuciła się jej w oczy „wizytówka” stowarzyszenia – portret Niewiadomskiego, wklejony na pierwszą stronę. Odnoszę wrażenie, że to poważnie i negatywnie zaciążyło na naszej znajomości. I w ten właśnie sposób takie akcje są odbierane.
Bardzo bym chciał abyśmy nie popełniali błędów naszych starszych kolegów. Prof. Bogumił Grott w jednej ze swoich prac(11) pisze, że duch katolicyzmu u polskich falangistów był: „łamany niejednokrotnie, o czym choćby świadczą liczne fakty z dziedziny praktycznego działania...”, a „scalenie nacjonalizmu z katolicyzmem w całość ideową odznaczało się w Falandze daleko większym formalizmem niż to miało miejsce w SN i ABC”. Polska nie odrodzi się od huku pistoletowych wystrzałów, ale od przemiany serc swoich synów.

Michał Anioł




Przypisy:

1. „Kryzysy wstrząsające dziś światem — kryzys państwa, rodziny, gospodarki, kultury itd. — nie są niczym innym jak tylko różnorakimi aspektami jednego fundamentalnego kryzysu, którego polem działania jest sam człowiek. Innymi słowy, te kryzysy mają swoje korzenie w najgłębszych problemach duszy, skąd rozciągają się na całą osobowość współczesnego człowieka i wszystkie jego działania.”
Plinio Corręa de Oliveira, „Rewolucja i Kontrrewolucja”, Arcana 2006, część I, rozdział I.
http://www.revolucao-contrarevolucao.com/polski_revcontrarev.asp

2. „Nigdzie loże wolnomularskie tak nie mnożą się jak w zdezorganizowanym narodowo środowisku.”
Roman Dmowski, Myśli Nowoczesnego Polaka, wydaw. Nortom, 2008, str. 108.

3. Mirosław Salwatorski, Tańcząc z gwiazdami czy z szatanem? (oraz inne eseje), wydaw. savonarola.pl.
Józef Maria Bocheński, De Virtute Militari : zarys etyki wojskowej, wydaw. Philed, 1993.
Józef Maria Bocheński, Szkice o nacjonalizmie i katolicyzmie polskim, wydaw. Antyk, 1999.
Katechizm Kościoła Katolickiego, wydaw. Pallottinum, 1994.
http://www.katechizm.opoka.org.pl/
Św. Tomasz z Akwinu, Wykład dwóch przykazań miłości i dziesięciorga przykazań Bożych, w: Św. Tomasz z Akwinu - Dzieła wybrane, wydaw. Antyk, 1999.
http://teologia.pl/m_k/spis11.htm Ks. Michał Kaszowski, Grzech - zagadnienia.
http://teologia.pl/m_k/spis07.htm Ks. Michał Kaszowski, Dekalog - zagadnienia.
Klaus Demmer, Wprowadzenie do teologii moralnej, Kraków 1996

4. Marcellino Iasenzaniro, Święty Pio z Pietrelciny. Misja ocalenia dusz - świadectwa, San Giovanni Rotondo 2006, s. 154.

5. Patrz: Paweł VI, Encyklika Humanae Vitae, n. 14 in fine.

6. Pamiętajmy, że „nie zabijaj” odnosi się nie do jakiegokolwiek pozbawienia życia człowieka, lecz li tylko dotyczy zabijania niewinnych. Nie ma moralnych przeciwwskazań co do stosowania kary śmierci. Wiemy wszyscy, że Stary Testament stosował ją w szerokim zakresie. Dopuszczalna jest nie tylko sprawiedliwa wojna obronna, ale – czego obecny Katechizm expressis verbis nie wyraża – wojna prewencyjna. Mówi o tym „Zarys etyki wojskowej” o. Bocheńskiego.

7. Patrz: Katechizm Kościoła Katolickiego, n. 1753-1754 i Św. Tomasz z Akwinu, Collationes in decem praeceptis, 6.

8.. Patrz: Encyklika Veritatis Splendor, Jan Paweł II, (Dn 13, 22-23), (Tamże, n. 52, 76, 80-81,91-93, 102).
9. Problematyka absolutyzmu i sytuacjonizmu zawiera jeszcze inne, liczne wątki, które zostały znakomicie omówione w przywoływanej wyżej pracy Salwatorskiego.

10. „Sojusz z Hitlerem był lepszy Rozmowa z historykiem, profesorem Pawłem Wieczorkiewiczem”, tygodnik Najwyższy Czas.
http://komputery.katalogi.pl/Sojusz_z_Hitlerem_by%C5%82_lepszy-t100195.html

11. Bogumił Grott, Katolicyzm w doktrynach narodowo-radykalnych do roku 1939, Zeszyty Naukowe UJ, str. 100.