FALANGA

Oficjalny blog publicystyczny Falangi

Przeszukaj blog

Ładuję...

wtorek, 29 września 2009

Wolnosć dla Tybetu

Rozmaitego autoramentu ruchy „alterglobalistów”, „obrońców praw człowieka”, pacyfistów itp. szafują hasłem „wolnego Tybetu”. Hasło to odznacza się chwytliwym brzmieniem, co ułatwia jego propagowanie. Problem pojawia się, gdy przychodzi wyjaśnić jego treść. Wszystkie te ruchy polityczne (nierzadko wolące dla niepoznaki nazywać się „ruchami społecznymi”) występują przeciw narzuconej Tybetowi obcej władzy – przeciw krwawej okupacji tego samodzielnego niegdyś państwa przez komunistyczną Chińską Republikę Ludową. Lecz co postulują w jej miejsce? Domagają się zaprowadzenia w Tybecie reżimu demokratycznego, prawodawstwa opartego na ideologicznych pryncypiach liberalizmu i „praw człowieka” oraz transplantacji do tego położonego w azjatyckim interiorze kraju reszty kluczowych elementów tego, co można najkrócej określić mianem modelu zachodniego. Realizacja ich postulatów oznaczałaby przeto poddanie historycznej i duchowej tożsamości wspólnotowej Tybetu glajchszaltującemu oddziaływaniu sztucznej, wykorzenionej pseudo-cywilizacji, jaką świat atlantycki wstrzykuje innym kręgom kulturowym w charakterze środka korodującego. Powstanie takiego „wolnego Tybetu” prowadziłoby do analogicznych konsekwencji, co okupacja i inkorporacja Tybetu przez modernistyczne, zokcydentalizowane i coraz bardziej skosmopolityzowane Chiny.
Tybet ma zaś czego bronić, gdy idzie o jego swoistość. Wyraźną odrębność od innych tego państwa, przyległego do najwyższych gór Ziemi, dostrzegali nawet najzagorzalsi rzecznicy okcydentalizmu. Należący do nich polski historiozof prof. Feliks Koneczny (1862-1949) uznawał Tybet za ojczyznę osobnej cywilizacji. Nie zaliczał przy tym cywilizacji tybetańskiej do przeżytków przeszłości, ale do cywilizacji żywych. Jeszcze do niedawna Tybet pozostawał jedną z największych na świecie ostoi przednowożytnego porządku społeczno-politycznego, opartego na sakralności norm i instytucji organizujących życie zbiorowe. Trwanie tradycyjnego ładu związane było z górskim charakterem państwa. Prof. Aleksandr Dugin (ur. 1962), rosyjski geopolityk i przedstawiciel tradycjonalizmu integralnego, w eseju „Od geografii sakralnej do geopolityki” akcentuje istnienie takiego związku w dziejach świata: „Góry i cywilizacje gór najczęściej reprezentują archaiczność, fragmentaryczność. Tereny górskie nie tylko nie są źródłem ekspansji; przeciwnie, tu skupione są ofiary geopolitycznej ekspansji innych tellurokratycznych sił. Żadne imperium nie ma swego centrum w regionach górskich. Stąd tak często powtarzany motyw świętej geografii: ››góry zaludnione są przez demony‹‹. Z drugiej strony, idea zachowania na górach pozostałości starożytnych ras i cywilizacji widnieje w fakcie, że właśnie na górach umieszczone są święte centra tradycji. Można nawet powiedzieć, że w tellurokracjach woda koresponduje z pewną siłą duchową.” Góry zawsze odgrywały rolę siedzib centrów duchowych, a także przetrwalnikowych enklaw tradycyjnego wzorca cywilizacyjnego. Możemy to zresztą po dziś dzień obserwować na przykładzie państw usytuowanych w obrębie masywu Himalajów: Bhutanu (Królestwa Smoka) bądź istniejącego do 2008 r. Królestwa Mustang (anektowanego przez republikę Nepalu) – pod względem kulturowym i społecznym być może najbardziej zachowawczych krajów na Ziemi. Największą z himalajskich społeczności tradycyjnych stanowił jednak bez wątpienia Tybet, gdzie do połowy XX wieku istniało państwo teokratyczne, hieratyczne, a nawet, chciałoby się rzec, monastyczne – biegunowe przeciwieństwo wizji propagowanej przez politycznych bojowników o „wolny Tybet”. Prawdziwe wyzwolenie Tybetu musiałoby przyjąć postać powrotu, a nie liberalno-demokratycznego postępu, który w stosunku do postępu komunistycznego niesionego przez Chiny nie stanowi dla Tybetańczyków jakościowej alternatywy.
To znamienne, że w historii kultur tradycyjnych centrum duchowe, przechowujące depozyt Tradycji, często usytuowane było „za górami” (ultra montes), jak w najbardziej znanym przypadku europejskiej Christianitas, dla której Stolica Apostolska leżała za łańcuchem Alp – najwyższych gór Europy. Góry tworzyły barierę, oddzielającą od siebie przestrzenne sfery sacrum i profanum. Dotarcie do centrum duchowego wymagało przejścia przeprawy przez góry. W jej trakcie podróżny (czy raczej – pielgrzym) wznosił się bliżej nieba, tzn. wchodził na wyższy poziom rzeczywistości duchowej. By dostać się do centrum, musiał przełamać cielesną słabość. Wspinaczka stanowiła figurę wewnętrznego doskonalenia i puryfikacji, koniecznej dla przygotowania się do spotkania z Prawdą, czekającą w centrum duchowym. Góry chroniły więc zarazem centrum przed skażeniem przez chaotyczne żywioły tego świata – i zza gór Tradycja mogła powrócić, jeżeli została zatracona przez mieszkańców ziem poza górami, np. hiszpańscy karliści z Nawarry (prawdopodobnie najbardziej tradycjonalistyczny ruch polityczny w epoce nowoczesnej) oczekiwali powrotu „królów zza gór” – prawowitych władców Hiszpanii, którzy odbudują dawny, zgodny z wolą Bożą ład polityczny.
Czy górska kraina Tybetu, niegdyś potężne centrum duchowe Wschodu, może w przyszłości odegrać rolę ostoi, z której – zza gór – tradycyjna cywilizacja wróci do Chin, gdzie została brutalnie wytępiona przez rewolucję komunistyczną? Aleksandr Dugin myli się, uznając cywilizacje gór za niezdolne do ekspansji. Odmienne stanowisko zajął w tej kwestii Georg Wilhelm Friedrich Hegel, uważany przez niektórych badaczy za ojca geozofii jako dziedziny wiedzy zajmującej się wpływem uwarunkowań geograficznych na powstawanie i rozwój poszczególnych cywilizacji. W „Wykładach z filozofii dziejów” opisał on rolę, jaką odgrywa w tych procesach „zwarta, indyferentna spiżowa wyżyna, nie poddająca się wpływom i w sobie zamknięta, lecz zdolna do wysyłania bodźców na zewnątrz”. Opis ten doskonale pasuje do Wyżyny Tybetańskiej. W przeszłości Tybet dowiódł zdolności nie tylko do wysyłania bodźców, ale wręcz do prowadzenia polityki imperialnej, okupując w IX wieku część Indii (na ich północnym wschodzie) oraz wielką część Chin (na ich północnym i południowym zachodzie) i zarazem za pomocą systemu sojuszów utrzymując strefę wpływów sięgającą daleko na północ, aż po państwo Kirgizów na Nizinie Zachodnio-Syberyjskiej. Historyczne wektory ekspansji cywilizacji tybetańskiej zwrócone były tedy na wschód (przeciw cywilizacji chińskiej) i północ (przeciw kulturom stepowym). Czy wspomniany wcześniej powrót Tybetu miałby też oznaczać jego ponowne wejście w historyczne koleiny ekspansji? Wektor wschodni, rzecz jasna, nie jest realnością – Tybet nie dysponuje i zapewne jeszcze długo nie będzie dysponować żadnymi środkami, za których pomocą mógłby czynnie wpłynąć na prowadzoną w stosunku do niego politykę Chińskiej Republiki Ludowej. Długofalowy stosunek Tybetańczyków do ChRL powinien przyjąć charakter nie ofensywy, a defensywy – orientacji na maksymalne zamknięcie się społeczności w sobie dla obrony własnego dziedzictwa kulturowego przed rozkładowym wpływem zokcydentalizowanych Chin; strategia taka posiada zresztą niejako naturalną podstawę w fakcie, iż cywilizacja chińska i cywilizacja tybetańska zawsze pozostawały odrębnymi bytami. Doświadczenie najnowszej historii pokazuje, że świadome wzmacnianie hermetyczności wspólnoty potrafi zapewnić jej ocalenie nawet w warunkach bezwzględnej polityki obliczonej na jej unicestwienie. Strategia ta pozwoliła pewnym tradycyjnym kulturom przetrwać w totalitarnej rzeczywistości Związku Sowieckiego. Co znamienne, także ten przypadek dotyczy Duginowskiej cywilizacji gór – górskich plemion Kaukazu. Górskie szczyty wydają się najbardziej sprzyjającym miejscem dla heroizmu trwania.
Jeśli natomiast chodzi o wektor północny, wskazuje on Tybetańczykom potencjalnego sprzymierzeńca – rzecz nieoczekiwana w warunkach stwarzanych przez komunistyczne państwo chińskie. Paradoksalnie, sprzymierzeńcem tym są dawni przeciwnicy Tybetu w imperialnej epoce IX wieku – Ujgurzy, zamieszkujący dziś północno-zachodnie rubieże ChRL. Oba ludy wiąże wspólnota losu: zarówno Tybetańczycy, jak i Ujgurzy pozostają ofiarami podboju Chińskiej Republiki Ludowej, eksterminacji, wynaradawiania, niszczenia z rozmysłem ich kultur przez chińskich komunistów. Jeśli wierzyć konserwatywnemu juryście i geopolitykowi prof. Carlowi Schmittowi (1888-1985), łączy je zatem więź najsilniejsza – wspólnota wroga. Podobnie jak Tybetańczycy, Ujgurzy posiadają bogatą tradycję, zupełnie odrębną od chińskiej – są spadkobiercami imperiów Wielkiego Stepu – i, podobnie jak oni, w odległej przeszłości stworzyli azjatyckie mocarstwo: w IX wieku państwo Ujgurów obejmowało wielki obszar od Niziny Mandżurskiej na wschodzie po Kotlinę Dżungarską i góry Tienszan na zachodzie oraz od Sajanów na północy po środkowy bieg Rzeki Żółtej na południu. Permanentne zagrożenie ze strony ChRL stwarza potrzebę zawiązania (z konieczności nieformalnego, lecz możliwie efektywnego) tybetańsko-ujgurskiego sojuszu zwróconego przeciw inwazji skosmopolityzowanej chińszczyzny. Prawdopodobnie będzie on musiał rozwinąć się przede wszystkim na płaszczyźnie kulturowej, a w dalszych etapach rozwoju wykorzystywać płaszczyznę kulturową jako kamuflaż dla ewentualnych działań na płaszczyźnie politycznej. Optymalny przebieg wydarzeń polegałby na sukcesywnym narastaniu wewnątrz komunistycznego państwa chińskiego polaryzacji na osi wschód-zachód, pomiędzy „zacofanymi” (mówiąc przesiąkniętym progresizmem językiem nowoczesności), względnie tradycyjnymi (wciąż) „kresami zachodnimi” (Tybetańczycy, Ujgurzy) a wschodnim wybrzeżem z jego skrajnie modernistycznymi i kosmopolitycznymi metropoliami jak Pekin, Szanghaj czy Hongkong. Aż do chwili – odległej od dnia dzisiejszego – gdy w innych, zmienionych warunkach na arenie międzynarodowej pojawi się szansa na pęknięcia w granicach tego sztucznego tworu krwawego towarzysza Mao.

Adam Danek

poniedziałek, 7 września 2009

Konserwatysta w lupanarze

Istotą prawicy, jej filozoficznym i ideowo-politycznym rdzeniem, jest konserwatyzm. Umacniana i pogłębiana, tożsamość prawicowa musi ewoluować w kierunku konserwatyzmu w jego postaci integralnej. Konsekwentny rozwój intelektualny człowieka (właściwie pojętej) prawicy powinien tedy prowadzić go na pozycje określane często mianem radykalnego konserwatyzmu. Jednocześnie przyjmowana przezeń praktyczna postawa polityczna nie może pozostawać oderwana od tożsamości ideowej, tzn. musi sensownie wynikać z integralnie konserwatywnej podstawy intelektualnej. Wyłącznie wtedy prawicowość jako system idei, symboli oraz postaw wykazuje spójność i staje się realną jakością. Konserwatysta integralny (czyli, innymi słowy, prawicowiec konsekwentny) nie mógłby akceptować demokracji, liberalnej ani innej, bez popadania w sprzeczność z konstytutywnym dla własnej tożsamości politycznej korpusem idei. Rodzi to zasadnicze wątpliwości co do wiarygodności osób, które artykułują zainteresowanie integralnym konserwatyzmem lub podają się za konserwatystów integralnych, a jednocześnie:
- wykazują daleko idące zaabsorbowanie bieżącym życiem politycznym reżimu demoliberalnego;
- publicznie wspierają wybrane stronnictwa przeciw innym w ich partyjnej polityce, prowadzonej w ramach kartelu* parlamentarnych ugrupowań, faktycznie spełniając rolę politycznych żurnalistów bądź agitatorów;
- wstępują bezpośrednio do kartelowych partii politycznych z nastawieniem na działalność i karierę w ich strukturach.
Przedmiot naszej uwagi ogranicza się w praktyce do dwóch pierwszych z wymienionych przypadków, ponieważ utrzymanie wewnętrznej więzi z ideami konserwatyzmu integralnego przez osobę zdecydowaną na długofalową aktywność w kartelowym życiu partyjnym nie wydaje się realne, ani na poziomie psychologicznym, ani na żadnym innym. Ad rem. Konserwatysta traci tylko czas, trwoniąc go na sporządzanie drobiazgowych publicystycznych opisów kłótni i pyskówek pomiędzy frakcjami demokratycznej klasy politycznej oraz bezprzedmiotowych rozprawek mających wyjaśniać, co z nich wynika – gdyż dla niego nic z nich nie wynika. Beneficjenci kartelu, dla potrzeb utrzymania się w nim, udają wzajemną walkę, pozorowaną przez ich aparaty propagandowe. Poza tym jednak w ich wspólnym, egzystencjalnym interesie leży utrzymanie systemu politycznego, który podtrzymuje kartel, żywi go i zapewnia mu pozycję władczą. Tym samym konserwatysta integralny dostrzega, iż poszczególne frakcje kartelu są niezróżnicowanymi co do istoty cząstkami tego samego fundamentalnego zła, jakie stanowią reżim demoliberalny i koegzystująca z nim klasa polityczna. By dezyderaty integralnego konserwatyzmu dotyczące państwa i społeczeństwa mogły się urzeczywistnić, te ostatnie muszą ulec całkowitej erozji – bądź zostać zlikwidowane.
Z tej konsekwencji stanięcia na pozycjach radykalnego konserwatyzmu początek biorą dwie ścieżki, jakie obrać może konserwatysta integralny. Jeżeli demoliberalizm ulega erozji, zamiast roztrząsać jego brudną fizjologię, powinien on wznieść się duchowo wysoko ponad bulgocącą powierzchnię demoliberalnego bagna (a nie nurkować w nim) – poświęcić się odpominaniu, gromadzeniu i porządkowaniu wiedzy o Tradycji oraz zakorzenionym w niej ładzie społeczno-politycznym, w oczekiwaniu na moment, kiedy będzie można podjąć próby jego restauracji. Jeżeli natomiast demoliberalizm ma zostać zlikwidowany, konserwatysta integralny powinien prowadzić jego analizę w ściśle określonym celu: identyfikacji i opisu słabych punktów reżimu, które mogą być wykorzystane do jego zniszczenia.
Czym właściwie kieruje się konserwatysta, który para się zwykłą bieżącą dziennikarką polityczną? Jeśli złudzeniem, że jakakolwiek część demokratycznej klasy politycznej przejmie się jego pisaniną – i dlatego produkuje relacje z partyjnych spędów i nasiadówek czy glosy i egzegezy do faktu, iż jakiś demoliberalny politykier coś powiedział do kamery, albo rozwodzi się o kuluarowych intryżkach i międzypartyjnych świństewkach, o szczegółach aktualnej tury rozdawnictwa stołków i posad – to się myli. Niechybnie osiągnie za to inny efekt: wystawienie na śmieszność idei integralnego konserwatyzmu oraz ich kompromitację. Albowiem werbalny konserwatysta integralny, który zniża się do przekonywania „elektoratu”, by ten lubił jakąś demoliberalną partię, a nie lubił innej, okazuje się pospolitym krzykaczem wiecowym. Mniemany przeciwnik demokracji redukuje się wówczas do roli modelowego elementu „społeczeństwa obywatelskiego” (albo innej „demokracji deliberatywnej”), jakim jest medialny „komentator polityczny”. Lub też (trzeba obiektywnie uwzględnić i taką możliwość) demaskuje się jako pozer, co dla przechwałki obnosi się z „oryginalnymi” i „kontrowersyjnymi” poglądami, lecz pod względem stylu myślenia należy bez reszty do (pół)światka demoliberalnej pipi-prawicy.
Rekapitulując, jedynym powodem, by konserwatysta integralny zajmował się demoliberalnym życiem politycznym, pozostaje wola zakończenia tego ostatniego. W przeciwnym wypadku powinien wznieść się ponad jego zakisły, mętny nurt, a skoncentrować swe wysiłki na tworzeniu centrów-strażnic wiedzy tradycyjnej. Wówczas do systematycznego przyglądania się populacji groteskowych, zdegenerowanych gnomów, tworzącej demokratyczną klasę polityczną, skłaniać mogłaby go już chyba wyłącznie naukowa ciekawość zoologa (ściślej zaś – parazytologa). Tak czy owak, musi wyjść z lupanaru demokracji jedną ze wspomnianych ścieżek. Tertium non datur.

Adam Danek

* Pojęciem kartelu partyjnego posługujemy się w oparciu o przedstawioną w latach siedemdziesiątych charakterystykę procesu kartelizacji partii, autorstwa politologów Richarda Katza i Petera Maira.

"Requiem dla Warszawy" - FALANGA w hołdzie walczącym i poległym w Powstaniu Warszawskim