FALANGA

Oficjalny blog publicystyczny Falangi

Przeszukaj blog

Ładowanie...

czwartek, 17 grudnia 2009

Aleksander Rembowski jako konserwatywny jurysta

Prawica posiada w Polsce bogatą tradycję intelektualną, jednak w znacznej mierze zaniedbaną i często niedocenianą przez jej współczesnych adherentów. Gdy ci wolą kierować swą uwagę ku cudzoziemskim autorom i nurtom – niejednokrotnie pod wpływem środowiskowych mód – oryginalna spuścizna wielu rodzimych prawicowych myślicieli pozostaje w zapomnieniu, pogłębiającym się z upływem czasu.

Do szeregu zapoznanych dziś polskich zachowawców należy niewątpliwie dr Aleksander Rembowski (1847-1906), kierownik Biblioteki Ordynacji Krasińskich. Na tle życia umysłowego w Polsce popowstaniowej, dotkliwie wyjałowionego przez pozytywizm z jego postępowymi ideałami, ten wykształcony w Heidelbergu prawnik objawił się jako konserwatywny analityk prawa oraz idei i instytucji politycznych, wyróżniający się wnikliwością. Swe poglądy wykładał w pracach poświęconych znaczeniu poszczególnych instytucji, jak „O gminie, jej organizacji i stosunku do państwa” (1873) czy „Izby wyższe i arystokracja nowożytna” (1894), historii myśli politycznej, jak „Jan Ostroróg i jego memoriał o naprawie Rzeczypospolitej wobec historii prawa i nauki politycznej” (1884), a zwłaszcza historii ustroju Polski, jak „Konfederacja i rokosz. Porównanie stanowych konstytucji państw europejskich z ustrojem Rzeczypospolitej Polskiej” i „Przyczynek do dziejów konstytucyjnych Księstwa Warszawskiego. Studium historyczno-polityczne” (obie z 1896 r.). Niestety, po dziś dzień żadne z pism Rembowskiego nie doczekały się wznowienia. Niniejszy artykuł stanowi skromną próbę przypomnienia idei zawartych w dorobku prawicowego jurysty.

U podstaw filozofii politycznej warszawskiego zachowawcy leżała, mocno przezeń eksponowana, organiczna teoria państwa. Rembowski traktował państwo jako przenikniętą życiem całość o złożonej, nieprzypadkowej strukturze wewnętrznej, składającą się ze zróżnicowanych, nierównych sobie, lecz ściśle współzależnych (należałoby raczej powiedzieć: zrośniętych) części, z których każda, spełniając sobie właściwe funkcje, pozostaje niezbędna dla wszystkich pozostałych i dla bytu całości. Postrzegając państwo jako organizm, autor „Konfederacji i rokoszu” radykalnie odrzucał racjonalistyczną filozofię europejskiego „oświecenia”. Stosunek oświeceniowych intelektualistów do wspólnoty politycznej odznaczał się konstruktywizmem – przekonaniem, że ludzki rozum może dowolnie zmieniać istniejący ustrój państwowy lub zlikwidować go i zaprojektować zupełnie nowy, że tradycja nie powinna go w tym wcale ograniczać, a wręcz przeszkadza mu ona w dokonywaniu postępowych zmian na lepsze. Oświeceniowcy popierali tedy niekrępujące się tradycją (a zwykle ją zwalczające) rządy oświeconego absolutyzmu. Lubili porównywać państwo nie do organizmu, lecz do jego przeciwieństwa – mechanizmu, a zasady jego działania – do praw fizyki, wykorzystywanych przy budowie i przerabianiu państwa tak samo, jak każdej innej maszyny. Ich sposób myślenia, prowadzący do pochwały inżynierii społecznej, kontynuowali w XIX wieku pozytywiści; niektórzy z nich opisywali wręcz politykę jako „fizykę społeczną”. Rembowski stał na antypodach tych modernistycznych wyobrażeń. Zakładał, jak wszyscy prawdziwi konserwatyści, że do badania natury państw i społeczeństw należy stosować w pierwszym rzędzie nauki historyczne, a nie efekciarski żargon naśladujący nauki ścisłe. Podstawowy błąd racjonalistów-nowinkarzy dostrzegał w uznaniu społeczności za zbiór „jednostek” – niczym ze sobą niepowiązanych atomów. Państwo w ich opinii nie mogło wyrastać naturalnie ze społeczeństwa (bo nie miałoby z czego, skoro społeczeństwo nie istniało jako całościowa struktura). Mogli je więc uważać wyłącznie za konstrukcję – rzecz sztuczną, oddzielną od społeczności ludzkiej – co pozwalało przedstawiać je jako „maszynerię działającą ślepo lub mającą swe własne, absolutne zachcianki”. Powstanie państwa musiała więc, wedle ich rozumowania, poprzedzać decyzja ludzi-atomów o jego założeniu, powzięta drogą dobrowolnej umowy. Rok 1789 uzupełnił ukutą w ciemnym wieku „oświecenia” mechanistyczną i konstruktywistyczną koncepcję państwa o ideologię „umowy społecznej”. Warszawski zachowawca odrzucał ideowe podstawy Wielkiej Rewolucji Antyfrancuskiej – zarówno „wybujały indywidualizm”, jak i mrzonki „kontraktu społecznego, przyznające jednostce fikcyjny wpływ na powstawanie państwa”. Przeciwstawiał im odmienną teorię pochodzenia wspólnoty politycznej. Przy założeniu, iż państwo stanowi rezultat społecznej natury człowieka, jawiło się ono jako „organizm działający, istniejący i rozumujący za pośrednictwem ludzi”. Państwo wyrastało ze społeczeństwa, będącego z kolei owocem wspólnotowych skłonności wszystkich ludzi. Zwolennikom ideologii „umowy społecznej” i związanego z nią atomizmu, którzy bronili ich (co zachodzi i dzisiaj) jako sprawdzonych, użytecznych narzędzi walki z systemami ograniczającymi swobodę „jednostek”, Rembowski odpowiadał: „(…) jeżeli teorię kontraktu historycznie uzasadnić można jako reakcję przeciwko oświeconemu absolutyzmowi, a nadmierny indywidualizm jako reakcję przeciw przywilejom stanowym, to tak samo w teorii organicznej widnieje dążenie do usunięcia niedostatków nauki o kontrakcie społecznym i, choćby z tego jedynie względu, historycznej zasługi powyżej teorii odmówić nie można.”

Jak już wspomnieliśmy, autor „Konfederacji i rokoszu” nie uznawał monarchii realizujących w XVIII i XIX wieku model oświeconego absolutyzmu za odzwierciedlenie organicznej teorii państwa. Model ów sprowadzał się bowiem do odgórnego programowania wszystkich procesów zachodzących w łonie wspólnoty politycznej przez jedną instytucję, koncentrującą w sobie całość władzy państwowej. Rembowski oceniał taki system jako szkodliwy nawet przy założeniu, iż instytucja sterująca kieruje się dobrem wspólnoty – bo likwidujący organiczny charakter tej ostatniej. Choćby „(…) monarchizm oświecony dążył niewątpliwie do państwowego dobra i każda jego czynność i każda jego czynność, każde niemal tchnienie poświęcone było temu celowi”, to jednak i tak „w tej absolutnej budowie panował spokój cmentarny, swoboda obywatelska uleciała spośród rzeszy rekrutów i opodatkowanych, pozostawiając tylko nienawiść i waśń socjalną pragnącą złupić bezkarnie możnych i bogatych.” Społeczeństwo organiczne tworzyło jedność, lecz wewnętrznie zróżnicowaną na nierówne sobie części, z których każda odpowiadała za realizację poszczególnych funkcji, umożliwiających trwanie całości. Wzór ów najbardziej wyraziście urzeczywistnił się w społeczeństwie stanowym – historycznie wykształconym ustroju, ufundowanym z jednej strony na odrębności i samorządności poszczególnych warstw społecznych, z drugiej zaś na ich ścisłym wzajemnym związku. Oświecony absolutyzm kreował natomiast dokładne zaprzeczenie wzoru organicznego, gdyż znosił wewnętrzną hierarchię i zróżnicowanie tkanek społecznych, redukując je do jednorodnego, amorficznego „zbiorowiska poddanych”.

Z powyższych przyczyn warszawski zachowawca wysoko cenił polską Konstytucję 3 Maja i ustanowiony przez nią ustrój, w którym widział dobroczynne przeciwieństwo oświeconego absolutyzmu. Gdy oświecony absolutyzm ubijał społeczność w bezkształtną, egalitarną masę „jednostek”, co następnie innymi metodami kontynuowały prądy wyzwolone przez Wielką Rewolucję Antyfrancuską, pierwsza konstytucja Rzeczypospolitej, nie epatując „francuskimi hasłami wolności i równości, które we własnej ojczyźnie były zwiastunami socjalnej burzy i anarchicznego rozstroju, nie rozproszyła całego społeczeństwa na atomy, lecz zespoliła mieszczaństwo w organa samorządne, a reprezentantów ich stanu przyjęła na powrót w podwoje sejmowe”, a przy tym objęła „lud rolniczy, czyli włościan opieką rządu krajowego”. Konstytucja 3 Maja nie zniosła więc, ale odnowiła i przez to ożywiła ponownie tradycyjny, stanowy porządek społeczny, usuwając tylko jego wypaczenia narosłe w zbyt długim okresie – niezgodnej z ideą społeczeństwa organicznego – całkowitej dominacji jednego stanu nad pozostałymi. Odnowa przyszła (jak zawsze w społecznościach tradycyjnych) z góry, a nie (jak w rojeniach ideologów rewolucji) z dołu: konstytucja była „dziełem szlachty”, dążącej świadomie do włączenia w służbę dobru wspólnoty „niższych klas społeczeństwa, obudzenia tym sposobem wśród nich przywiązania do nowego porządku, dziełem mającym ocalić egzystencję polityczną Rzeczypospolitej”. Na jej mocy wszystkie stany zostały ponownie zintegrowane z ładem państwowym, tak, aby żaden z nich nie mógł być użyty do jego obalenia. Wbrew lewicowym interpretacjom historii Polski, Konstytucja 3 Maja była w swej istocie jednoznacznie antyrewolucyjna, była przebudzeniem „dawnego organizmu państwowego, usuwającym wszystkie błędy i wady, których owocem w ciągu XVII i XVIII w. było ogólne zwyrodnienie politycznego ustroju”. Odwrotny, rewolucyjny charakter miała powstała w tym samym roku konstytucja Francji, zrywająca „z instytucjami, pod których opieką naród francuski w ciągu wieków wzrastał i dojrzewał”; Rembowski nazywał ją oderwaną od historycznej tradycji „sztuczną konstrukcją” i „abstrakcyjną budową, wspartą na ogólnikowych postulatach etycznych”. Francuską konstytucję z 1791 r. należało odczytać jako zamierzony akt kontestacji istniejącego dotąd ładu prawno-państwowego. W przeciwieństwie do niej, polska Konstytucja 3 Maja, jakkolwiek przeniknięta „tymże samym duchem nowożytnego porządku państwowego i tymże samym pragnieniem stworzenia organizacji, która by nowym potrzebom zapewniła trwały rozwój i siłę”, urzeczywistniła „przeistoczenie dawnego państwa w nowożytne” poprzez „nierozerwalny sojusz przeszłości z przyszłością”, a nie przez wrogość drugiej do pierwszej.

Zupełnie inaczej oceniał autor „Konfederacji i rokoszu” konstytucję Księstwa Warszawskiego z 1807 r. Nie realizowała ona idei państwa organicznego, lecz oddała wspólnotę polityczną pod jednostronne, mechaniczne sterowanie aparatu administracyjnego, pozostawiając tylko dla pozoru tradycyjnym ciałom takim jak Sejm „piękne nazwisko władzy prawodawczej”. Rembowski podkreślał jednak, iż konstytucja ta nie wyrastała w żaden sposób z tradycji rodzimej, lecz została narzucona z zewnątrz, pozostając zinstytucjonalizowaną formą politycznego protektoratu napoleońskiej Francji – „jedynie wyrazem woli i przeświadczenia mocarza, który Księstwo powołał do bytu i utrzymywał swym potężnym wpływem”. Również kolejna konstytucja Polski, z roku 1815, pomimo zniszczenia francuskiego systemu międzynarodowo-politycznego, „nie nawiązywała bezpośrednio tradycji z sejmem wielkim, (…) naśladowała nowe konstytucje, których Francja jest kolebką”, popadając tym razem w skrajność liberalną w miejsce skrajności mechanistyczno-biurokratycznej.

Francuskie wpływy ustrojowe uważał warszawski zachowawca za szkodliwe, przynajmniej od chwili wybuchu Wielkiej Rewolucji Antyfrancuskiej. Jeżeli bowiem konserwatywny ład polityczny oznaczał syntezę porządku z poprawnie pojmowanymi zasadą władzy i wolnościami, to od 1789 r. we Francji nieustannie panował system „samowoli bądź to zgromadzeń prawodawczych, bądź władzy wykonawczej”, pozbawiony każdego z tych elementów, bo wyrosły na podłożu anarchicznego rewolucyjnego despotyzmu. W istocie, zarówno w „deklaracji praw człowieka, i w konstytucjach Napoleońskich nie było miejsca dla swobody indywidualnej. (…). Rozszalały terroryzm narodowych zgromadzeń lub bezduszność centralizacji administracyjnej trzymały w żelaznych okowach wolność obywatela; nic dziwnego więc, że z chwilą wypadku Napoleona wystąpiło na jaw pragnienie wyswobodzenia się spod uciążliwego jarzma oraz zapewnienia myślom, sumieniu i działaniom jednostki więcej niezawisłości i swobody, niż zapewniały rewolucyjne i Napoleońskie rządy (…).” Stan ów nie uległ jednak przeobrażeniu pomimo kolejnych zmian form rządu we Francji, łącznie ze zmianą na formę republikańską. Zasadnicza struktura państwa pozostała taka, jaką ukształtowała ją rewolucja, a przewrót republikański sprowadzał się do zastąpienia dawnego samowładztwa i omnipotencji Zgromadzenia Narodowego, Pierwszego Konsula czy „cesarza Francuzów” samowładztwem i omnipotencją demokratycznego parlamentu: „(…) rewolucje i przewroty wpłynęły na to, że organ prawodawczy uczuł się (…) zwierzchniczym spadkobiercą monarchizmu, a w przeświadczeniu, że on uosabia cały naród, zdradzał na każdym kroku zachcianki autokratyczne w wyższym stopniu niż napoleoński imperializm. Wobec parlamentu rzeczypospolitej nie mogło też być mowy o niezbędnej samoistności rządu. Podejrzliwość i zwierzchnicze zachcianki skłaniały parlament do nieustannego wdzierania się w głąb administracji i do ciągłego jej dezorganizowania. Wobec zaś takiego postępowania mogło się zdawać, że parlament chce być nie tylko organem prawodawczym, lecz i administracyjnym (…)”, choć na każdy kroku daje popisy „wzajemnej nienawiści, nieubłaganego zwalczania się i eksploatowania publicznego dobra w imię egoizmu” w wykonaniu zasiadających w nim partii politycznych. Rdzeniem ustroju Francji w okresie porewolucyjnym, ukrytym niezmiennie za wymieniającymi się okresowo fasadami form rządu, pozostawał w ocenie Rembowskiego brak wzajemnej niezależności organów realizujących ustawodawczą i wykonawczą funkcję władzy państwowej, podobnie, jak to miało miejsce w oświeconym absolutyzmie. Niezależność taka wpisywała się w ideę państwa organicznego i zarazem kładła fundament pod wolności członków wspólnoty politycznej. Jej brak stanowił zaprzeczenie tej idei i w prostej linii kontynuację oświeceniowej koncepcji państwa. W dodatku skupienie całej władzy prawodawczej w rękach jednego organu prowadziło do systematycznego eliminowania z prawa, degradowanego przez ów organ do roli narzędzia jego społeczno-politycznej inżynierii, konserwatywnych treści, do redukcji prawa do „chwilowych przepisów, zależnych od zmiennego kaprysu woli państwowej” wypranych całkowicie z „poczucia etycznego” – co chciałoby się określić mianem pozytywizmu prawniczego stosowanego.

Identyfikując źródła ujemnych przemian ustrojowych w Europie i poddając je krytyce, obok oświeceniowej koncepcji państwa autor „Konfederacji i rokoszu” wskazywał na doktryny demokratyczne. Polemizował z rozpowszechnianymi także i dzisiaj twierdzeniami, jakoby demokracja w jakikolwiek sposób wyrastała z przeszłości, istniała od czasów starożytnej Hellady. Wskazywał, iż w rzeczywistości powstała ona w opozycji do przeszłości, „po wielkiej rewolucji, niwecząc wszelkie dawne stosunki i wpływy, zaprowadziła jedną kardynalną zmianę: zastąpiła dawne stosunki i wpływy nowymi ilościowymi. Obecnie ilość wszędzie panuje i o czymkolwiek jest mowa, na pierwsze miejsce występuje cyfra ››pojedynków‹‹.” Prądy demokratyczne wypływały wprost z „nauki rewolucyjnej” z jej hasłami „oderwanej wolności i równości”. Uderzały w same podstawy organicznego ładu politycznego, bowiem żądały oddania najwyższej władzy w państwie ciału parlamentarnemu wyłanianemu nie w oparciu o porządek grup społecznych, stanów i innych naturalnych wspólnot, lecz wyłącznie o większość ujednoliconej masy wyborców, czyli, jak się wyrażał, „bydło wotujące”. Demokratyczni doktrynerzy kierowali się przekonaniem, że w świecie doczesnym da się stworzyć ustrój doskonały, o ile w życie zostanie wcielona idea politycznego egalitaryzmu, podnoszona przez nich „niby czcza abstrakcja” – i w tym celu należy zniszczyć istniejące dotychczas, historyczne tradycje ustrojowe. W ocenie Rembowskiego realizacja ich postulatów prowadziła w pierwszej kolejności do ruiny najważniejszej funkcji władzy państwowej – funkcji wykonawczej, w ładzie organicznym zastrzeżonej tradycyjnie dla monarchicznej głowy państwa.

Warszawski zachowawca odrzucał Monteskiuszowską teorię „o podziale władzy państwowej”, przekonując, że władza w państwie „musi być jednolita i że rozdział jest tylko formalny, spowodowany naturalną potrzebą podziału pracy” – podobnie jak w każdym organizmie żywym zachodzi zróżnicowanie funkcji pomiędzy jego częściami, choć zarazem jako całość działa on w sposób jednolity. Jaką pozycję zajmowała w tym kontekście głowa państwa? Rembowski zaliczał się do monarchistów, niemniej zaprzeczał, jakoby „władza monarchiczna” miała być „źródłem, z którego mogą począć żywot organa reprezentacyjne i wszelkie swobody indywidualne”. Organa państwowe przeznaczone do realizowania poszczególnych funkcji władzy – zwłaszcza funkcji prawodawstwa i reprezentacji politycznej – miały w jego ocenie genezę odrębną i niezależną od woli króla, podobnie, jak w organizmie żywym poszczególne organy nie powstawały drogą utworzenia ich przez centralny ośrodek, ale z drugiej strony tak samo, jak one, pozostawały z nim sprzężone i musiały z nim harmonijnie współpracować. Według autora „Konfederacji i rokoszu” w organicznym porządku politycznym monarcha „niepodzielnie” piastował jedynie „władzę wykonawczą”; jako na modelowy przykład myśliciel ten wskazywał na Konstytucję 3 Maja, czyniącą króla „sterownikiem rządu i naczelnym organem władzy wykonawczej”. Dodawał jednak, iż znaczenie monarchy na tym się nie wyczerpuje, gdyż ponadto władca „uosabia zwierzchnictwo polityczne, reprezentuje państwo na zewnątrz i wewnątrz”, w związku z czym „powinien być uważany za najwyższego strażnika i politycznego piastuna dobra publicznego w państwie”. Monarcha to najwyższy symbol państwa i jego jedności, a w społeczeństwach tradycyjnych symbole są źródłami siły, podstawami ładu. Należyte spełnianie sobie właściwej roli przez panującego, zwłaszcza w tym ostatnim zakresie, wymagało więc zachowania żywego związku pomiędzy nim a poddanymi – „serdecznego węzła łączącego naród z monarchą”. Rembowski pisał: „(…) to wysokie polityczne posłannictwo monarchizmu w państwach konstytucyjnych nabierało jeszcze więcej jednoczącej oraz dobroczynnej siły, jeżeli tytuł samoistności i niezawisłości władzy królewskiej nie opierał się wyłącznie na uprawnieniu historycznym, lecz na zasłudze politycznej, zdobywającej dla władcy serca całego narodu.” Utrzymanie żywej więzi monarchy z całością wspólnoty politycznej poprzez bezpośrednie, czynne realizowanie przezeń wykonawczej funkcji władzy państwowej (spełnianie nakazu troski o dobro wspólnoty) stanowiło jeden z ważnych elementów organiczności ustroju politycznego.

Warszawski zachowawca uznawał za konieczne w organicznym, hierarchicznym ładzie państwowym zachowanie ciał pośredniczących „między tronem a narodem”, które są jednocześnie „piastunem monarchicznych idei i strażnicą swobód narodowych”. Dlatego przekonywał o potrzebie istnienia organu „rzetelnie reprezentującego najważniejsze składowe państwa”, gdzie głos miałyby nie same tylko „interesy uprzywilejowanych warstw”, ale warstw wszystkich (tj. wszystkich, nierównych sobie, części organizmu) – gdzie „egoizm stanowy” (części) zostałby przezwyciężony na rzecz „dobra państwowego” (całości). Organ taki musiał w jego ocenie przybrać postać dwuizbową, o zróżnicowanych sposobach kształtowania składu izb. Izba niższa mogła pochodzić z wyborów, choć nie powszechnych – Rembowski przewidywał, iż wprowadzenie powszechnego prawa wyborczego, wbrew demagogicznym obietnicom demokratów, nie tylko nie przyczyni się do poprawy położenia warstw niższych, bo nie „złagodzi cierpień socjalnych”, ale wręcz je pogorszy, ponieważ nałoży na nie nowe obowiązki, jakim „ubogie masy” długo nie będą umiały sprostać. O ile izbie niższej przeznaczał funkcję reprezentacji politycznej narodu, o tyle izba wyższa reprezentować miała „interes państwa”, w związku z czym wyłanianie jej składu drogą wyboru byłoby nieuzasadnione; prowadziłoby wręcz do stopniowego zlania się izb w jeden organ, zdominowany przez pierwiastek niższy. Autor „Konfederacji i rokoszu” uzasadniał to następująco: „(…) instytucje są wytworem narodowego zwyczaju, niemniej wszakże oddziaływają i one ze swej strony na zwyczaj i labo go przeinaczają lub zachowują, albo go rozwijają lub stłumiają (…). (…) obie izby, uosabiające pierwiastki narodowe, realne i pozytywne, (winny się) opierać na zasadach najzupełniej odmiennych i od siebie niezależnych. Wybory zawierają tymczasem ukrytą groźbę dla systemu dwuizbowego w tym mianowicie, że jeśli nie są jedynie wspólną formą dla dwóch pierwiastków zupełnie odmiennych, stwarzają zazwyczaj jeden organ polityczny podzielony na dwie sekcje (…).” Dotyczyło to każdej procedury wyboru – także wyboru przez monarchę, tj. nominacji, dlatego myśliciel sprzeciwiał się wzorowanych na amerykańskich rozwiązaniach ustrojowych pomysłach wprowadzenia do izby wyższej królewskich nominatów. Odmienna jakościowo od niższej, izba wyższa powinna się początkowo składać z „arystokracji rzeczywistej”, z członków „warstw posiadających ożywionych tradycją wysługi politycznej”, a więc przede wszystkim ziemian, następnie zaś uzupełniać swój skład sama, przez kooptację. Proces kooptacji w historycznym rozwoju doprowadziłby zaś do wykształcenia z członków izby wyższej specyficznej „warstwy korporacyjnej”, poświęconej służbie dobru wspólnoty politycznej. Kooptacja wnosiłaby „dziedziczność moralną i zbiorową w miejsce dawnej fizycznej i indywidualnej”, tak, że „każdy z nowych parów” winien się „uważać za ogólnego dziedzica korporacji, która go mianowała, a nie za spadkobiercę krzesła po swoim poprzedniku”, uwalniając się od politycznego egoizmu i przywiązania do interesów partykularnych. Gdy „dziedziczenie osobiste zamieni się w korporacyjne, fizyczne zaś w duchowe”, trudniej się będzie spodziewać po członkach izby wyższej „wyzyskiwania prawodawstwa na rzecz własnego pożytku” czy kierowania się „egoizmem kastowo-rasowym”, skoro jej skład „rekrutowałby się nieustannie z łona samego narodu, i to ze wszystkich jego stopni hierarchicznych i klas społecznych”. Zdaniem Rembowskiego należało raczej przewidywać, iż gdy „nowe ciało arystokratyczne czerpałoby szlachetne żywioły z łona mas demokratycznych”, stałoby się „szczerą i pełną reprezentacją narodu”, złożoną z ludzi „przejętych duchem uosabiającym myśl państwową, kierujących krokami ludu i torujących mu drogę do postępowego rozwoju” – będących paternalistycznymi „opiekunami ludu”.

Aleksander Rembowski odszedł do Pana na progu XX wieku. Ewolucja państw zachodnich w tym stuleciu przebiegła dokładnie według zdiagnozowanych przezeń, ujemnych tendencji ustrojowych. Współczesny ustrój demoliberalny, stanowiący jej wytwór, realizuje mechanistyczny model państwa, którego korzenie tkwią w epoce „oświecenia”. W ustroju tym, opartym na ideologii demokratycznej (z jej skrajnym indywidualizmem oraz abstrakcyjnymi kategoriami rzekomej ogólnoludzkiej wolności i równości) dominuje jednostronnie parlament, zdeformowany przez rozdęte do granic powszechne prawo wyborcze i przez to niezdolny do wypełniania funkcji rzetelnej reprezentacji politycznej narodu. Demokratyczny parlament zawłaszcza dla siebie wszelkie funkcje władzy państwowej. Za fundament demokracji uchodzi zwłaszcza brak niezależności od parlamentu organów piastujących funkcję wykonawczą. Na tym tle, w erze całkowitego owładnięcia państwem przez „bydło wotujące”, rozważania prawno-polityczne warszawskiego jurysty wydają się wybitnie zasługiwać na wydobycie z niepamięci.