FALANGA

Oficjalny blog publicystyczny Falangi

Przeszukaj blog

Ładuję...

czwartek, 28 stycznia 2010

Sąd nad agentem

   Zygmunt Kaczkowski (1825-1896) zalicza się do „wielkich nieobecnych” polskiej literatury. Poczytność jego utworów jest obecnie zerowa; trudno sobie wyobrazić, by któryś z nich mógł trafić na listę lektur szkolnych. Jedną z przyczyn tego stanu rzeczy może być ujawniający się w nich głęboki konserwatyzm poglądów autora.   Opus magnum Kaczkowskiego stanowi złożony z wielu powieści i opowiadań cykl literacki „Ostatni z Nieczujów”, rozpoczęty w 1851 r. opowiadaniem „Bitwa o chorążankę” (opublikowanym na łamach „Czasu” – organu prasowego krakowskich zachowawców) i kontynuowany przez kilkadziesiąt lat. Popularność zyskała zwłaszcza wchodząca w jego skład powieść „Murdelio” (1852), w której pisarz połączył elementy kilku gatunków: powieści historycznej, sensacyjnego romansu, powieści gotyckiej oraz szlacheckiej gawędy w stylu „Pamiątek Soplicy” (1839) pióra innego konserwatysty, Henryka hrabiego Rzewuskiego (1791-1866). „Ostatni z Nieczujów” to epicka podróż w świat Sarmacji, zmierzchający z wolna w epoce rozbiorów. To zarazem tętniący życiem opis ładu społecznego, w którym podstawową rolę odgrywa szlachta (przede wszystkim średnia i drobna) – warstwa będąca duszą narodu, odznaczająca się umiłowaniem tradycji i troską o jej przechowanie, przywiązaniem do zasad religijnych i etosu rycerskiego oraz żarliwie patriotycznym duchem. Do najważniejszych dzieł Kaczkowskiego spoza cyklu należy m.in. monumentalna powieść „Olbrachtowi rycerze” (1889), napisana w odpowiedzi na trylogię Sienkiewicza, za którego konkurenta na polu literatury historycznej pisarz ów w swoich czasach uchodził.
   Spotyka się opinię, iż autor „Ostatniego z Nieczujów” został jeszcze przed wojną celowo zepchnięty w zapomnienie – z zupełnie innego powodu, niż jego tradycjonalizm. Chodzi mianowicie o udowodnioną mu działalność szpiegowską na rzecz jednego z państw zaborczych. Kaczkowski przez szereg lat pozostawał agentem wywiadu cesarskiej Austrii (o pseudonimie „Heubauer”), czynnym w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych XIX wieku, kiedy to rozpracowywał dla niego konspirację powstańców styczniowych. Miał się w ten sposób walnie przyczynić do rozbicia ich siatki na terenie zaboru austriackiego. Sam został przy tym zdekonspirowany, a powstańczy Rząd Narodowy wydał nań wyrok za zdradę. Pisarz jednak wytrwale zaprzeczał oskarżeniom o agenturalność – czyli po prostu kłamał – dopóki nie przekonał władz powstania do anulowania wyroku. Charakter jego pracy dla wywiadu został ujawniony dopiero w okresie międzywojennym, po tym, jak polski historyk Eugeniusz Barwiński odnalazł i przebadał jego teczkę podczas kwerendy w archiwach służb nieistniejącego już wówczas Cesarstwa.
   Znany i słusznie ceniony historyk, dr Sławomir Cenckiewicz, na łamach bulwarowego tygodnika „Wprost” expressis verbis odsądził Kaczkowskiego od czci i wiary jako zdrajcę, jurgieltnika i perfidnego konfidenta. Czy aby na pewno jest to sprawiedliwa ocena? Powstanie roku 1863 zakończyło się klęską, którą zakończyć się musiało, ściągając na Polaków pod zaborem rosyjskim (a więc na najliczniejszą część narodu) wieloletnie represje, na obszarze byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego przybierające wręcz postać polityki eksterminacyjnej. Ludwik Mierosławski, wyznaczony na jego dyktatora, słynął z militarnego niedołęstwa (zademonstrowanego w Polsce i Niemczech podczas „wiosny ludów” 1848 r.) równie szeroko, co z rewolucyjno-lewicowych poglądów. Już kilka lat wcześniej, w 1859 r., przed zgubnością jego insurekcyjnych zapędów ostrzegali konserwatyści Julian Klaczko (1825-1906) w książce „Katechizm nierycerski” oraz Walerian Kalinka (1826-1886) w artykule „O konspiracjach i działaniu jawnym”. Rewolucyjne koncepcje Mierosławskiego i jemu podobnych znajdowały w Kraju najszerszy oddźwięk w grupie najbardziej podatnej na manipulacje – wśród młodzieży szkolnej, dlatego już w przeddzień wybuchu powstania emigracyjni publicyści z kręgu umiarkowanie konserwatywnego Hôtel Lambert pisali o „konspiracji dzieci”, przewidując jej katastrofalne skutki.
   Działalność stronnictwa insurekcyjnego przybrała szczególnie mroczne oblicze w zaborze austriackim, obejmującym m.in. ziemię sanocką – ojczyznę Kaczkowskiego. Zachowawca Antoni Zygmunt Helcel (1808-1870), naoczny świadek tamtych wydarzeń, podaje, iż w samym Krakowie spiskowo-powstańcze podziemie popełniło w latach 1863-1864 trzynaście morderstw politycznych, których sprawców nigdy nie ujęto. Dla przykładu, Józef Aleksander Miniszewski (1821-1863), konserwatywny publicysta pisujący do krakowskiego „Czasu”, w 1861 r. protestował przeciw wykorzystywaniu przez stronnictwo insurekcyjne kościołów do urządzania manifestacji politycznych. W roku wybuchu powstania został zasztyletowany.
   Kto zatem istotnie szkodził swojemu narodowi – rewolucjoniści z 1863 roku czy inwigilujący ich Kaczkowski? Stawiając to pytanie, wypada zarazem podkreślić, że w naszej ocenie nie rysuje się żadna paralela pomiędzy działalnością agenta „Heubauera” i peerelowskich TW – jak zapewne chcieliby ci, którzy usiłują usprawiedliwiać kolaborację z komuną, porównując komunę do władz zaborczych, a kolaborację z nią do dziewiętnastowiecznej polityki lojalizmu. Casusu wybitnego pisarza nic nie łączy z przypadkami wszelkiej maści „Ketmanów”, „Bolków”, „Greyów”, „Filozofów”, „Historyków”, „Pedagogów”, „Jankowskich”, „Henryków” itd. Władza państw zaborczych – takich, jak Austria, dla której wywiadu pracował autor „Ostatniego z Nieczujów”, została Polakom narzucona, lecz, z drugiej strony, chroniła ich, ponieważ państwa te miały charakter chrześcijański, w latach sześćdziesiątych XIX stulecia niewątpliwie wciąż konserwatywny i przez to reprezentowały element ładu w świecie coraz bardziej podkopywanym przez radykalne (liberalne i demokratyczne) rewolucje. O żadnej z tych cech nie można mówić w stosunku do zdegenerowanych form państwowych stworzonych przez Stalina po II wojnie światowej jako narzędzia realizacji rewolucji komunistycznej – jałtańskich bękartów, takich, jak PRL. Służąc tej ostatniej, sykofanci komunistycznej bezpieki służyli sile politycznej, która nią rządziła, a pośrednio także ideologii, która tą siłą kierowała. Jeśli coś konserwowali, to rządy czerwonych.
   W 1863 r. „czerwoni” stali jednak nie na czele państwa, lecz powstania.

                                                                                                                     Adam Danek

Przemyślenia po dyskusji "Czym jest legitymizm ?" *

27 stycznia br. w warszawskiej restauracji „Świętoszek” odbyła się dyskusja prof. prof  Jacka Bartyzela i Adama Wielomskiego Czym jest legitymizm ? Dyskusja była kolejną odsłoną ciągnącego się od pewnego czasu sporu o treść i zasadność legitymizmu, którą toczą obydwaj adwersarze, a w który zaangażowane jest też szersze środowisko monarchistyczne.

Spotkanie rozpoczęło się wprowadzeniem Jacka Bartyzela, w którym przedstawił on interpretację legitymizmu opartą na ustaleniach poczynionych w doktrynie hiszpańskiej i francuskiej a rozróżniającej pomiędzy legitymizmem wykonywania i legitymizmem pochodzenia, czy też legitymizmem teologicznym a legitymizmem naturalnym, które to rozróżnienia łączą się, najogólniej rzecz ujmując, odpowiednio z treścią władzy i wyłonieniem jej podmiotu w zgodzie z historycznie ukształtowanymi prawami zwyczajowymi danego narodu. Obydwa wymiary legitymizmu, zdaniem Jacka Bartyzela, pozostają ze sobą integralnie związane nadając w równym stopniu treść temu pojęciu, przy czym reguły określające sukcesję władzy pozostają w służbie zasad wskazujących na powinności władców.

Adam Wielomski zakwestionował tak szeroką definicję legitymizmu, argumentując że jest ona oparta na bezzasadnym przeniesieniu w realia polskie siatki pojęciowej specyficznej dla języka hiszpańskiego i zachowującej sens tylko w jego ramach. Zdaniem prezesa KZ-M, rozróżnienie na legitymizm teologiczny i naturalny w nauce francuskiej jest stosunkowo nowe, sięga najprawdopodobniej nieledwie roku 2006, gdy ukazał się drukiem Manifest legitymistyczny , będący zbiorowym opracowaniem teoretyków związanych z Unią Kręgów Legitymistów Francji, nie znajduje jednak uzasadnienia w całościowo traktowanej tradycji francuskiego legitymizmu, którego praktyka kazałaby raczej skonstatować przyznawanie w nim pierwszeństwa zasadzie „pochodzenia” niż „treści” władzy przy określaniu jej prawowitości. W przypadku tradycji hiszpańskiej, dopuszczającej pozbawienie praw do tronu władcy niewypełniającego powinności nakładanych nań przez dziedziczenie korony, istotnym momentem jest iż – w przeciwieństwie do języka polskiego – w języku hiszpańskim, dużo mniej popularne jest rozróżnienie pomiędzy „legitymowalnością” władzy, którą Wielomski utożsamia z hiszpańskim pojęciem „legitymizmu wykonywania”, a prawowitością jej pochodzenia, dla której określenia używa z kolei, podpierając się przy tym definicją Bartyzela podaną w opracowaniu jego autorstwa Legitymizm. Historia i teraźniejszość, właśnie terminu legitymizm. Argumentując następnie służebność tak zawężonego pojęcia legitymizmu wobec legitymowalności czy też prawowitości wykonywania władzy, odmówił Wielomski bycia rzeczywistym legitymistą każdemu zajmującemu podobne stanowisko, a więc również sobie samemu, prof. Bartyzelowi i przywoływanym przez niego a określającym się mianem legitymistów, hiszpańskim tradycjonalistom-karlistom, niejako domyślnie ograniczając tym samym zjawisko legitymizmu do tradycji francuskiej.

Z konkluzją taką nie z godził się Jacek Bartyzel, stwierdzając ze legitymizm można pojmować zarówno jedynie jako ustalone prawem zwyczajowym i specyficzne dla danego narodu zasady sukcesji tronu, jak i szerzej – w powiązaniu z wartościami, które winny przyświecać panującym i służba którym winna być kryterium uznania ich władzy za prawowitą.

Obydwaj dyskutanci zgodzili się, że niecelowa byłaby uniwersalizacja konkretnych dla danego narodu reguł sukcesji tronu, gdyż te nawarstwiają się stopniowo w procesie rozwoju historycznego i zazwyczaj odpowiadają szczególnym warunkom i tradycji, w środowisku których,przyszło im się kształtować. Obaj zgodzili się także w swym odrzuceniu politycznego konstruktywizmu, w przypadku legitymizmu mogącego przybierać formę „dekretowania” reguł następstwa tronu, nie będących wówczas tworem historii i tradycji w które wciela się „mądrość narodowa”, lecz efektem swoistego rodzaju inżynierii. Odpowiadając na jedno padłych z sali pytań, Jacek Bartyzel poczynił rozróżnienie pomiędzy zasadami określającymi dziedziczenie a zasadami przekazywania czy tez sukcesji tronu, elementów tych pierwszych doszukując się w polskiej tradycji z czasów panowania władców z dynastii piastowskiej. Obydwu dyskutantów, w pewną konfuzję wprawiło zagadnienie „prawa do oporu” i wskazanie podmiotu uprawnionego do przesądzania o tym, czy w danym przypadku, doszło już do naruszenia praw Boskich i praw królestwa, a zatem czy władca stał się tyranem przeciw któremu można zastosować „prawo do oporu”. Dla prof. Wielomskiego autorytetem uprawnionych do rozstrzygania w podobnych sytuacjach może być Kościół katolicki (z czym, jak się należy domyślać, zgadza się oczywiście prof. Bartyzel), ani jednak on ani jego adwersarz, nie odpowiedzieli jednoznacznie, jak należy oceniać przypadki, gdy panujący zostaje uznany uzurpatorem i pozbawiony praw do tronu decyzją świeckiego ciała zbiorczego uzasadniającego swą decyzję łamaniem przez uznanego pozbawionym praw do tronu spisanych lub ujętych w tradycji narodowej  praw królestwa, czy nawet – jak niekiedy się to zdarzało – zagrożenia stwarzanego przez niego dla racji stanu. Żaden z uczestników dyskusji nie wyjaśnił przekonująco, jak uniknąć w takim kontekście subiektywizmu i czym właściwie podobna sytuacja różni się od klasycznego demokratycznego głosowania.

Jeśli miałbym się pokusić o własne przemyślenia na ten temat, to wskazałbym chyba na szczególnego rodzaju ograniczenia wyobraźni i percepcji, którym podlega choćby nawet mający konserwatywne czy tradycjonalistyczne przekonania współczesny politolog lub w ogóle osoba zainteresowana polityką. Dla większości z nas, świat Tradycji znany jest jedynie z nielicznych dostępnych pism samych tradycjonalistów, częściej zaś z poświęconych ich myśli opracowań lub z dzieł historycznych. Naszą codziennością jest społecznie zatomizowany świat demoliberalny, w którym tradycyjne pojęcia dobra wspólnego, powinności, Tradycji, nawet narodu czy społeczeństwa pozbawione zostały znaczenia oddającego organiczny, wspólnotowy, ukierunkowany ku sacrum charakter ich rzeczywistych desygnatów. Terminami tymi zaczęto opisywać „nie-rzeczywistość” demoliberalną, co sprawiło że tradycyjnie uformowane społeczeństwo wraz z duchową konstytucją i mentalnością ludzi żyjących w składających je wspólnotach, stały się dla nas w dużym stopniu niezrozumiałe. To z kolei sprawia, iż ahistorycznie przenosimy mentalność i mechanizmy społeczne miotające współcześnie żyjącymi wypranymi z kultury i zbuntowanymi przeciw Tradycji masami, na żyjące dawniej w ideowym kosmosie Tradycji społeczności Starej Europy. Oczywiście, jak w przypadku każdej ustrukturyzowanej wewnętrznie grupy,  także trwałość tamtych społeczeństw uwarunkowana była funkcjonalnością i adaptacyjnością spajających je instytucji, jednak właśnie wielość i długotrwałe oddziaływanie tych instytucji, wywierało skutek, iż społeczeństwa takie, nawet w wypadku przejściowych owych instytucji zaburzeń, a takim mogło być pojawienie się na tronie uzurpatora, niejako siłą inercji, na zasadzie homeostazy, powracały do pierwotnego stanu uporządkowania relacji pomiędzy ich elementami. Społeczeństwo tradycyjne, interpretowane przez pryzmat teorii systemowej, byłoby więc systemem samo organizującym się, czyli zdolnym do utrzymania i podnoszenia stopnia swego uporządkowania, także w obliczu zaburzeń procesów transformacji, za które uznać by należało pojawienie się na tronie uzurpatora. W praktyce człowiek Tradycji, którego świat ideowy i sposób myślenia nasiąknięte były ową Tradycją, będącą jedyną znaną mu rzeczywistością, działał konstruktywnie,  porządkując i ukierunkowując swoją aktywność tak, by przybliżała do Ładu zarówno jego samego jak i cały znany mu świat, którego to Ładu obraz odciśnięto w jego duszy.  Zupełnie inaczej zachowuje się człowiek współczesny, nie znając już ani idei Ładu, ani też nie rozumiejąc Tradycji, kieruje się ideologicznymi złudzeniami, partykularnymi interesami lub mniej lub bardziej uświadamianymi sobie instynktownymi popędami. Oczywiście, także ludzie  Tradycji nie byli wolni od takich słabości, gdyż skłonność do grzechu istnieje w człowieku zawsze in potentia, tym niemniej w rzeczywistości, w której wciąż żywą była kultura, ubezpieczała ona człowieka przed aktualizacją tej potencji. Dlatego właśnie, wszystko to, co we współczesnym społeczeństwie jest trudne do wyobrażenia, czyli na przykład wystąpienie jakiejś korporacji czy innego rodzaju ciała zbiorczego w obronie zagrożonych praw i porządku, w świecie Tradycji w ograniczonym stopniu staje się możliwe. W wypadku ewentualnej restauracji monarchicznej,  obdarzenie współczesnych parlamentów czy jakiejkolwiek zorganizowanej zbiorowości „prawem do oporu”, byłoby czynnikiem zdecydowanie zagrażającym stabilności królestwa, podczas gdy w rzeczywistości niespustoszonej jeszcze niszczycielskim huraganem Rewolucji, mogło ono , będąc obwarowanym stosownymi zastrzeżeniami, spełniać funkcję  regulacyjną.

Na koniec tej części wywodu warto wyciągnąć więc konsekwentnie narzucający się w nim wniosek; w warunkach restaurowania czy też kształtowania na powrót uprzednio zniszczonego  (w sferze materialnej rzecz jasna wyłącznie, gdyż w sferze idealnej trwa on niewzruszenie) Ładu, konieczna staje się nieograniczana ani „prawem do oporu”, ani żadną podobną barierą , „dyktatura królewska”, która dopiero wraz ze stopniowym porządkowaniem społeczeństwa, ewolucyjnie mogłaby przekształcać się w spajaną zasadami legitymizmu tradycyjną monarchię stanową, jaką znamy z podręczników historii i która wówczas byłaby oczywiście ograniczana przez nawarstwiające się z upływem lat kolejne  pokłady odkrywanej na nowo Tradycji.

Po wysłuchaniu dyskusji, nasuwają mi się jeszcze dwa pytania, zadowalających odpowiedzi na które nie usłyszałem. Z obydwoma tymi kwestiami w zasadzie skierować się powinienem raczej do prof. Wielomskiego, gdyż to jego wypowiedź, będąc krytyczno-polemiczną wobec koncepcji legitymizmu, zobowiązuje go poniekąd do wyjaśnienia rodzących się w związku z tym problemów. Z tego właśnie powodu, nie chciałbym, aby spotkanie będące inspiracją dla napisania tego tekstu, zakończyło dyskusję o legitymiźmie.

Otóż po pierwsze, jeśli przyjmiemy definicję legitymizmu proponowaną przez Adama Wielomskiego, czyli ograniczającą go do określonych zwyczajem praw następstwa tronu, to czym on się w zasadzie będzie różnił od legalności ? Można oczywiście odpowiedzieć, że władza legitymistyczna to władza wyłoniona w zgodzie z prawem zwyczajowym, podczas gdy władza nielegitymistyczna, czyli nie dająca się uzasadnić prawem zwyczajowym, może być zarazem legalna w świetle prawa pozytywnego, pozostającego rozłącznym lub sprzecznym z prawem naturalnym i mogącego być stanowionym na przykład przez organ nie posiadający do tego stosownych uprawnień lub powstały na sposób samozwańczy. Byłby jednak taki wniosek chyba powierzchownym, bo cóż jeżeli prawo zwyczajowe okaże się sprzeczne z prawem naturalnym, zaś prawo narzucane „odgórnie” i z pominięciem partykularnej tradycji danej wspólnoty z nim zgodne ? Czy legitymizm nie jest więc w przyjętej przez prof. Wielomskiego interpretacji, jedynie legalnością odnoszoną do sfery następstwa tronu ? Idąc tropem argumentacji samego prof. Wielomskiego, czy w takim wypadku jest sens „mnożyć byty ponad potrzebę” i wprowadzać pojęciowy zamęt zastępując w tym jednym konkretnym przypadku termin „legalność”  terminem „legitymowalność” ?

Kolejne zagadnienie, chciałem podnieść nie tyle w formie pytania ile zastrzeżenia. Tak więc pozostając na gruncie zawężającej znaczenie legitymizmu definicji prof. Wielomskiego, i tak nie sposób, jak zrobił to kilkukrotnie jej Autor, nazwać tego zagadnienia „nieistotnym”, „mrzonką” czy „chimerą”. Jeżeli bowiem myślimy poważnie o restauracji monarchii dziedzicznej – a jako dla monarchistów-tradycjonalistów powinno być to dla nas celem – nie da się pominąć rozstrzygnięcia koniecznego dla trwania takiej monarchii zagadnienia następstwa tronu. Nie potrafię wyobrazić sobie dziedzicznego monarchy, który wobec perspektywy następstwa tronu po swojej śmierci nazywałby legitymizm „mrzonką” i choćby sam przed sobą traktował go jako coś zupełnie nieistotnego. Z tego samego powodu, trudno mi zrozumieć monarchistę, który w swojej publicystyce wyśmiewa się z legitymizmu. Jak zatem prof. Wielomski wyobraża sobie restaurację monarchii dziedzicznej, która pozbawiona swego legitymistycznego rdzenia (czyli wedle własnej interpretacji Wielomskiego, historycznie wykształconych w prawie zwyczajowym danego ludu reguł następstwa tronu) nie przeszłaby do historii wraz ze śmiercią pierwszego władcy ?  Czym taka monarchia różniłaby się od konserwatywnych autorytaryzmów, spełniających, podobnie jak ona, warunek „legitymowalności”, lecz podobnie jak owe dyktatury, nie wykształciwszy zasad sukcesji władzy ?

Choćby więc z powodu wskazanych wyżej komplikacji rodzących się przy kwestionowaniu zasadności legitymizmu, ja sam uważam legitymizm za nieodzowną komponentę prawdziwego monarchizmu i osobiście za legitymistę się uznaję, podporządkowując oczywiście to, co Jacek Bartyzel nazywa "legitymizmem pochodzenia", temu co nazywa on "legitymizmem wykonywania", zaś co Adam Wielomski woli nazywać "legitymowalnością" .


Ronald Lasecki


* Z góry przepraszam za ewentualne przeinaczenia lub nieścisłości w przywoływanych wypowiedziach obydwu Dyskutantów. Przebieg spotkania odtworzyć mogę niestety wyłącznie z pamięci, nie dysponując notatkami ani nagraniem.

czwartek, 21 stycznia 2010

Falanga Zielona Góra w hołdzie gen. Piotrowi Krasnowowi

Falangizm i idee pokrewne

Celem niniejszego szkicu jest wskazanie orientacji ideowo-politycznej, do jakiej w opinii piszącego zbliża się, bądź też powinna się zbliżać, polska organizacja Falanga, określająca siebie mianem prawicy integralnej. W swej symbolice nawiązuje ona między innymi do utworzonej w latach trzydziestych XX wieku Falangi Hiszpańskiej (Falange Espańola)* – z czego krytycznie nastawieni komentatorzy czynili jej zresztą zarzut. To nawiązanie nie jest ani przypadkiem, ani też powierzchownym naśladownictwem. Hermeneutyka symboli pozostaje niezwykle ważna dla rozwoju tożsamości ideowej – stanowi jedną z nici zapewniających łączność i ciągłość między projektem politycznym a ożywiającymi go tradycjami z przeszłości.
Falanga Hiszpańska powstała w 1933 r. Momentem najdonioślejszym dla określenia jej charakteru ideowo-politycznego był jednak 17 kwietnia 1937 roku – utworzenie przez gen. Francisco Franco (1892-1975) Hiszpańskiej Falangi Tradycjonalistycznej (Falange Espańola Tradicionalista). Tą decyzją Caudillo zostały ujęte w jedną, państwową strukturę organizacyjną wszystkie żywioły reakcyjne, monarchistyczne, konserwatywne, nacjonalistyczne, narodowo-radykalne i faszystowskie (czy też faszyzujące).
W kręgu idei rozwijanych w FET na czoło szybko wysunął się hiszpański faszyzm. Jego centrum koncepcyjnym stał się powstały we wrześniu 1939 r. Instytut Studiów Politycznych (Instituto de Estudios Politicos). Hiszpańscy myśliciele faszystowscy Juan Beneyto Perez (1907-1994) i José Costa Serrano (1905-1970) w programowej pracy p.t. „Partia” (1939) zdiagnozowali chaos współczesnego świata, jego postępującą wielopłaszczyznowo dezintegrację, jako finalny owoc reformacji. W XVI wieku, we wczesnej nowożytności, chrześcijańska wspólnota religijno-polityczna rozpadła się na frakcje wyznaniowe, które zaczęły toczyć ze sobą bezwzględne walki. Współczesną kontynuację owego procesu stanowiło w ocenie autorów grupowanie się obywateli państwa w partie i ich nieprzerwana wojna polityczna, która paraliżuje państwo oraz degraduje je do roli areny walki i zarazem łupu. Inny myśliciel faszystowski, Francisco Javier Conde (1908-1975), wskazywał sposób przezwyciężenia tego stanu w eseju „O aktualnej sytuacji Europejczyka” (1949). Odnajdywał je także we wczesnej nowożytności, kiedy to narodził się nowy typ państwa, oparty o „Władzę zdolną położyć kres nieładowi, objawiającemu się pod postacią permanentnej wojny.” W nowym porządku politycznym państwo musiało dysponować wszelkimi środkami potrzebnymi do poskromienia elementów wywrotowych, zagrażających istnieniu wspólnoty, włącznie ze środkiem ostatecznym – możliwością zastosowania terroru politycznego. Ten ostatni Conde przedstawiał, idąc za konserwatywnym historiozofem Jakobem Burckhardtem (1818-1897), jako wynalazek renesansu – ponieważ „terror (…) wynika z sekularyzacji i profanacji starego porządku europejskiego”. Hiszpańscy faszyści dążyli do ponownej unifikacji państwa, rozpadającego się pod wpływem demoliberalizmu, i w tym celu chcieli wyposażyć je w moc pozwalającą poskromić wszystkie partykularne siły odśrodkowe.
Myśl Hiszpańskiej Falangi Tradycjonalistycznej miała zatem charakter statokratyczny. Pojęcie statokratyzmu wprowadził do języka polskiej nauki toruński politolog prof. Roman Bäcker. Statokraci ponad kłębowisko szarpiących się ze sobą o władzę partii, grup interesu, klas, ruchów pragną ponownie wydźwignąć państwo pojmowane jako całość (gr. hólon) – całość wyposażona w ośrodek kierowniczy dysponujący prerogatywami dostatecznymi, by móc podejmować oraz egzekwować decyzje polityczne ukierunkowane wyłącznie na dobro całości i nie potrzebować ubiegania się w tym celu o poparcie jakichkolwiek partykularnych części społeczeństwa. Do wyrażenia ich poglądów pojęcie statokratyzmu (co na język polski można przełożyć jako „państwowładztwo”) nadaje się znacznie lepiej od znanego w tradycji polskiej terminu „idea państwowa” czy stosowanego w literaturze zachodnioeuropejskiej terminu „etatyzm”, ponieważ w przeciwieństwie do tych wieloznacznych, dość bezkrwistych określeń kładzie ono wyraźny nacisk na państwo jako ośrodek mocy politycznej, podmiot panowania – a więc na odczuwalną obecność w porządku państwowym podmiotu władzy. Taki też był zasadniczy rys ideowy statokratyzmu, który wykrystalizował się jako reakcja na demontaż siły państwa, zachodzący w Europie w wyniku ekspansji reżimu demoliberalnego po I wojnie światowej i związanego z nim rozbicia (bądź rozproszenia) ośrodka władzy państwowej. Wzywał do odtworzenia silnego centrum władzy jako warunku odbudowy silnej wspólnoty politycznej, będącej przeciwieństwem „stanu trwałej półsuwerenności”, „politycznej formy bezsiły i upokorzenia”, „politycznego eunucha”, „fasady, za którą kryje się dyktatura związków zawodowych”, „społeczeństwa zorganizowanego jako państwo, w którym parlament jest organem partyjnej spółki z ograniczoną odpowiedzialnością” – jak ustrój demoliberalny nazywali (czy raczej wyzywali) reprezentanci niemieckiej Rewolucji Konserwatywnej, z reguły również stojący na pozycjach statokratycznych.
Prof. Bäcker jako trzy klasyczne przypadki statokratyzmu wymienia hiszpański frankizm, włoski faszyzm oraz polską sanację. Istotnie, gdy w Hiszpanii falangiści podnosili wspomniane wcześniej idee, a we Włoszech Giovanni Gentile na gruzach rozpasanej demokracji ustanawiał żelazną zasadę „wszystko w państwie, nic poza państwem, nic przeciwko państwu”, głosy statokratów podnosiły się także nad Wisłą, głównie – choć nie wyłącznie – w obozie piłsudczykowskim. Poszukując ideału utraconego ośrodka władczego i silnej struktury państwowej, zwrócili oni swe zainteresowania ku państwu sprzed epoki „inwazji społeczeństwa na państwo” (jak trafnie nazwał ją rewolucyjny konserwatysta prof. Arnold Gehlen, 1904-1976) i tym samym rozdarcia go pomiędzy dziesiątki szarpiących je w swoją stronę, egoistycznych interesów partykularnych – ku państwu oczernianemu przez liberalną publicystykę i historiografię (czy raczej propagandę) jako absolutne. Wdali się przy tym w polemikę z manierą używania pojęcia państwa absolutnego w sensie pejoratywnym. Związany (choć raczej luźno) z sanacją konserwatysta dr Stanisław Bukowiecki (1867-1944) pisał: „(…) każde społeczeństwo musi przede wszystkim mieć na względzie interes tej zbiorowości, która dla niego jest zbiorowością naczelną, a tą jest państwo. Zbiorowości są różnorodne, a jedna z nich musi być postawiona ponad wszystkie inne, w rzeczywistości historycznej państwo jest zawsze takim absolutem zbiorowości. Temu absolutowi muszą być podporządkowane wszystkie inne zbiorowości mniejsze, wszelkiego rodzaju zrzeszenia, stowarzyszenia charakteru prawno-publicznego i prawno-prywatnego, czy nadbudowy większe, obejmujące zbiorowości i zgromadzenia ponadpaństwowe. Wszystkie zjawiska historyczno-polityczne muszą być poddane pod kryterium użyteczności ich dla państwa – jako absolutnej zbiorowości. Tak było zawsze i być musi, bo instynkt zbiorowości ludzkiej musi mieć jeden naczelny wyraz.” Konserwatywny piłsudczykowski myśliciel prof. płk Wacław Makowski (1880-1942) bronił „państwa klasycznego”, czyli „absolutnego”. Pochwałę „państwa absolutnego”, wywodzonego z tradycji starożytnego Rzymu, głosił również konserwatysta prof. Antoni Wereszczyński (1878-1948) w pracy „Państwo antyczne i jego renesansy” (1934). Autor ów uważał jednak, iż pierwotnie zdrowy model państwa, jakim był „konstruktywny absolutyzm” uległ wpływom bizantyjskim i zaczął degenerować się we wschodni despotyzm, wydając w XVIII wieku owoc swego rozkładu – „państwa despotyczno-policyjne” takie, jak Prusy Fryderyka II oraz Austria Marii Teresy i Józefa II. Warto podkreślić, że polski obóz narodowy dość długo otwarcie odrzucał statokratyzm, ponieważ ideowy prym dzierżyli w nim intelektualiści zapatrzeni jednostronnie w państwo demoliberalne (by wymienić tak skądinąd znakomitych uczonych, jak prof. Wacław Komarnicki, prof. Feliks Koneczny, prof. Roman Rybarski czy prof. Bohdan Winiarski). W latach trzydziestych również on jednak zaczął przechodzić na pozycje statokratyczne, co znalazło wyraz m.in. w myśli Związku Młodych Narodowców (późniejszego Ruchu Narodowo-Państwowego).
Do spuścizny ideowej wszystkich tych formacji – falangistów, faszystów, piłsudczyków, narodowców, konserwatystów – pragnie twórczo nawiązywać Falanga. Pomimo upływu lat wypracowane przez nie pojęcia zaskakująco dobrze dają się zastosować do opisu rzeczywistości Republiki Okrągłego Stołu – zwłaszcza zaniku mocy politycznej i ogólnej państwowej atrofii, jakimi pozostaje ona dotknięta.

Adam Danek

* FE – hiszp. „wiara”.

piątek, 15 stycznia 2010

Wokół Odsieczy Wiedeńskiej 1683 r.

Patrzcie, jak dymem austriackie tleją
Wsi, miasta, osady, zamki i pałace,
Jak winogrady, pola. Jałowieją.
Z obywatelów wygnańcy, tułacze,
Krwawych łez szturmem przenikają nieba !
Boże ! Polskiego orła tu potrzeba !


(Stanisław Wojciech Chrościński)



12 września 1683 r. wojska chrześcijańskiej Europy dowodzone przez króla polskiego Jana III (1674-1696) rozgromiły oblegającą cesarski Wiedeń osmańską armię pod dowództwem wielkiego wezyra Kara Mustafy (1676-1683). Zwycięstwo liczących sobie w dniu bitwy około 70 tys. żołnierzy wojsk chrześcijańskich nad blisko 60 tysięczną (nie licząc 20 tys. oblegających Wiedeń janczarów) armią osmańską odbiło się szerokim echem w Europie. Jeden z trzech najważniejszych w ówczesnym świecie ośrodków politycznych islamu (obok Persji i Państwa Wielkiego Mogoła) poniósł przełomową w swej historii klęskę militarną, po której został zepchnięty do politycznej defensywy nie mogąc już dłużej zagrozić światu chrześcijańskiemu. Jak się wówczas wydawało, droga do wyzwolenia Bałkanów i Ziemi Świętej stanęła otworem.

Kampanię zwieńczoną porażką swych wojsk pod Wiedniem rozpoczęli Osmanowie wymarszem znad Sawy 24 maja 1683 r. w kierunku granicy węgierskiej z zamiarem opanowania części tego kraju znajdującej się pod panowaniem Habsburgów wraz z jego główną twierdzą w Jawarynie. W trzy dni po wymarszu dołączyły do nich posiłkowe oddziału chana krymskiego Murada Gereja a już 30 czerwca przekroczono granicę posiadłości austriackich Habsburgów.

Tymczasem na odbytej 7 maja naradzie wojennej dowództwo austriackie postanowiło użyć trzonu swych sił dowodzonego przez księcia Karola Lotaryńskiego do obsadzenia twierdzy w Komarom a następnie podjęcia w oparciu o nią działań zaczepnych przeciw posiadłościom osmańskim w Górnych Węgrzech i operującym tam węgierskim powstańcom Emeryka Thokoly'ego (kurucom). Plan zakładał zdobycie osmańskich twierdz w Ujvar i Ostrzyhomiu, wzmocnienie załogi Jawaryna i wreszcie obronę przed nadciągająca wyprawą Kara Mustafy przepraw na Dunaju i Rabie. Rozpoczęte 5 czerwca austriackie oblężenie Ujvar zostało przerwane już po upływie trzech dni na wieść o zbliżaniu się osmańskiej odsieczy. Wojska cesarskie wycofały się w stronę Komarom i Jawaryna osiągając ten drugi 23 czerwca. Tutaj część sił rozlokowano nad Rabą przeznaczając je do obrony przepraw, część natomiast pozostawiona na Słowacji miała osłaniać lewe skrzydło Austriaków przed uderzeniami kuruców. Mając przeciw sobie całą potężną wyprawę osmańską, zagrożony otoczeniem książę Karol Lotaryński musiał wycofać się wraz z 12 tysiącami swoich żołnierzy znad Raby przesuwając kawalerię w stronę Wiednia, piechotę zaś pozostawiając Jawarynie dla wzmocnienia jego obrony. Do 7 lipca Osmanowie sforsowali przeprawy ruszając ku Wiedniowi. Do blokady Jawaryna pozostawiono 20 tysięczny korpus pod dowództwem Ibrahima paszy, podczas gdy dla opanowania Preszburga i Nitry wielki wezyr wysłał liczący sobie 6 tysięcy żołnierzy z pogranicza oraz 10 tysięcy kuruców oddział pod dowództwem Abazy Husejna paszy.14 lipca siły Kara Mustafy stanęły u wrót cesarskiej stolicy, w samym sercu Europy. Wobec odmowy kapitulacji i nawrócenia się na islam przez obrońców, tego samego dnia rozpoczęto oblężenie.

Przy ponaglających próśbach austriackich o udzielenie pomocy, król Jan III oczekujący w Krakowie na pełną koncentrację wojsk polskich i litewskich, nie czekając spóźniających się Litwinów, wymaszerował 15 sierpnia na czele ponad 26 tysięcy wojsk koronnych. W tym samym czasie, operujący na Słowacji korpus Husejna paszy próbując uderzyć na stacjonujące pod Wiedniem wojska ks. Karola Lotaryńskiego zajął Preszburg, rozpoczął oblężenie tamtejszego zamku i budowę mostów na Dunaju. Dowiedziawszy się o tym przedsięwzięciu, wódz austriacki uderzył na Osmanów 29 lipca zadając im dotkliwe straty i zmuszając do odwrotu. Następnie wojska cesarskie rozłożyły się pod Angern nawiązując kontakt z siłami Jana III, który w tym czasie wyznaczył miejsce koncentracji swej armii w Kerms, około 60 km. na północ od Wiednia. By uniemożliwić połączenie się Austriaków z wojskami polskimi Husejn pasza skierował się na tą miejscowość, lecz w bitwie pod Bisambergiem 24 sierpnia został ponownie pokonany przez siły ks. Karola. Miejsce koncentracji armii chrześcijańskiej przeniesiono tymczasem bliżej Wiednia, do miejscowości Tulln.

Bitwa decydująca o powodzeniu odsieczy rozpoczęta została rozkazem naczelnego wodza wojsk sprzymierzonych Jana III 12 września o godzinie trzeciej nad ranem. Jako pierwsze atakowały wzdłuż Dunaju oddziały piechoty i dragonii austriackiej i szwabskiej, zdobywając do godziny ósmej Nusdorf, zaś do południa Heiligenstadt. W związku z groźbą uderzenia na lewe skrzydło całej armii osmańskiej, jeszcze zanim dogodną pozycję do szarży zajmą wciąż przedzierające się przez wzgórza Lasu Wiedeńskiego jazda polska wraz ze wspierającą ją piechotą i artylerią, dowodzący ze wzgórza Kahlenberg król Jan III wydał rozkaz powstrzymania natarcia wojsk austriackich i niemieckich na Dobling. Po dotarciu piechoty oraz dowodzonej przez gen. Marcina Kątskiego artylerii, rozpoczęto ostrzał i szturmowanie obsadzonych przez Osmanów winnic, wąwozów i murów oddzielających trzon sił polskich od okalającej Wiedeń doliny, w której obozem rozłożył się Kara Mustafa wraz ze swymi siłami. Zamiarem króla było uderzenie na obóz, zniszczenie przemieszczonych na front armii polskiej głównych sił muzułmańskich i odcięcie drogi ucieczki pozostałym wojskom, przeciw którym natarcie kontynuować miał ks. Karol Lotaryński, któremu to kazano wznowić marsz ku cesarskiej stolicy. Do godziny piętnastej wszystkie przeszkody na drodze polskiego natarcia zostały usunięte, wówczas też do ataku poderwano kilka chorągwi pancernych pod dowództwem strażnika koronnego Michała Zbrożka. Szarża przeniknęła głęboko w szeregi nieprzyjacielskie w końcu jednak atakujący zostali zmuszeni do odwrotu, ponosząc straty wysokości czwartej części składu osobowego chorągwi. Atak spełnił jednak swoją rolę pozwalając królowi rozpoznać, że teren nadaje się do uderzenia, którego wojska Kara Mustafy nie będą w stanie powstrzymać. Szarżę rozpoczęto około godziny dziewiętnastej rzucając do boju 20 tys. jazdy, wśród niej zaś 2500 husarii. Za nimi postępowały wojska austriackie i niemieckie. Uderzenie zmiotło skrzydłowe oddziały osmańskie, podczas gdy stojące w centrum wraz z samym Kara Mustafą broniły się jeszcze przez pewien czas w obozie osłaniając ucieczkę pozostałej części wojsk, do czasu gdy i one opuściły pole walki. Wojska chrześcijańskie nie ścigały pokonanych sił osmańskich, które przedostały się ostatecznie przez osłanianie przez Siedmiogrodzian ks. Michała Apafiego mosty i skierowały w stronę sił Ibrahima paszy. Armii Kara Mustafy nie udało się więc ostatecznie zniszczyć, jak chciał tego król, jednak zadano jej duże straty sięgające piętnastu tysięcy zabitych. Po stronie chrześcijańskiej padło 3,5 tysiąca zabitych w tym 1,3 tysiąca Polaków. Warto wspomnieć, że tuż przed bitwą z pola walki zrejterowali Tatarzy chana Murada Gereja (1678-1683), przy Osmanach zaś pozostało jedynie sześciuset z nich dowodzonych przez Hadży Gereja (1683-1684), późniejszego następcę złożonego z tronu przez Wysoką Portę splamionego wiedeńską dezercją Murada Gereja.

Dalszy przebieg kampanii, obejmujący poprowadzone przez wojska sprzymierzonych uderzenie na linii Ujvar-Ostrzyhom, dwie kolejne bitwy pod Parkanami (7 i 9 października), zdobycie i obsadzenie Ostrzyhomia, zaś wreszcie powtórne przekroczenie przez wojska polskie granicy i powrót do ojczyzny (13 grudnia), wymaga interpretacji w kontekście nakreślenia kierunków polityki polskiej w Europie Środkowej, co postaram się poniżej uczynić.

Od czasu śmierci Ludwika Jagiellończyka (1516-1526) w bitwie pod Mochaczem, na Węgrzech rozgorzała wojna domowa pomiędzy zwolennikami a przeciwnikami objęcia tronu przez Habsburgów. W toku rozdzierającego państwo konfliktu, stolica Węgier w Budzie została w 1541 r. zajęta wraz z całą centralna częścią kraju przez Imperium Osmańskie, podczas gdy resztki Królestwa znalazły się bądź to w granicach mającego od 1571 r. status księstwa Siedmiogrodu, bądź też w pozostającym pod panowaniem habsburskim tzw. Królestwie Węgierskim, rozciągającym się od Chorwacji po Spisz i Orawę i obejmującym niewielkie obszary nad Wagiem oraz w górnym biegu Sawy i Drawy.

Znajdujące się pod władzą Habsburgów ziemie węgierskie poddane zostały centralistycznej polityce dworu wiedeńskiego, szczególnie dokuczliwej za panowania cesarza Leopolda I (1657-1705), gdy podjęto bardzo energiczne próby zlikwidowania prowadzącego przez Chorwację dochodowego węgierskiego szlaku handlu bydłem, który zamierzano skierować przez ziemie austriackie. Próba zniszczenia węgierskiego kupiectwa zjednoczyła przeciw Habsburgom zarówno coraz liczniejszą i niechętną kontrreformacyjnej polityce dworu szlachtę kalwińską, jak i zainteresowaną dochodowym handlem wielka magnaterię wyznającą katolicyzm. Na czele partii narodowej, niechętnej zarówno Habsburgom jak i panowaniu osmańskiemu, stanął wkrótce ban chorwacki Mikołaj Zrinyi (1620-1664), już w 1651 r. opracowawszy plan wyzwolenia Królestwa spod dominacji obydwu jego ciemiężycieli.

Bezpośrednią przyczyną wojny nie stały się jednak plany Zrinyiego, lecz rywalizacja autriacko-ottomańska o dominację nad pozostającym formalnie lennem sułtana Siedmiogrodem. Po nieudanym (i nieuzgodnionym z dworem sułtańskim) ataku księcia siedmiogrodzkiego Jerzego II (1648-1658) Rakoczego na Polskę, został on odsunięty od władzy przez wielkiego wezyra Mehmeda paszę Köprülü, który też wyniósł na jego miejsce nie roszczącego sobie pretensji do politycznej samodzielności Akosa Barcsaya (1658-1660). Jerzy II bezskutecznie próbował odzyskać stracony tron, zaś po jego śmierci przeciw Barcsayowi wystąpił wspierany przez cesarza Leopolda I jeden z wodzów pokonanego księcia János Kemény (1660-1662). Przy pomocy wojsk cesarskich Keményemu udało się pokonać Barcsaya i zdobyć władzę, sam jednak został w niewiele czasu później jej pozbawiony interwencją ottomańską, która zmiotła również stacjonujące w Siedmiogrodzie oddziały austriackie na tronie książęcym osadzając Michała Apafiego I (1661-1690). .

Po zwycięstwie odniesionym w Siedmiogrodzie, Osmanowie kontynuowali marsz na Węgry w 1663 r. zdobywając szereg mocno ufortyfikowanych pogranicznych twierdz, wśród których znalazły się Ujvar, Wielki Waradyn, Novigrad i Nitra. Dowodzone przez Rajmunda Montecuccolego wojska austriackie skoncentrowały się na obronie rdzennych ziem austriackich Węgry wydając na pastwę najeźdźcy. Szlachtę węgierską ogarnęła panika. Jedynie na południu kraju, w Chorwacji, dzięki talentom taktycznym i operacyjnym Zrinyiego udawało się powstrzymywać ofensywę muzułmańską. Wreszcie jednak również dowodzone przez Montecuccolego połączone wojska francusko-niemiecko-austriackie odniosły zwycięstwo w sześciodniowej bitwie pod twierdzą Świętego Gottharda w sierpniu 1664 r. Chociaż jednak zwycięstwo 60-tysięcznych oddziałów cesarskich nad przeszło 100-tysięczną armią Fazyla Ahmeda paszy miało charakter przytłaczający i zmusiło muzułmanów do odwrotu, Austriacy zupełnie nie wykorzystali sukcesu zawierając pospiesznie pokój na bardzo dogodnych dla Osmanów warunkach. W położeniu politycznym Węgier wojna nic nie zmieniła.

W tej sytuacji, niechętna dworowi wiedeńskiemu szlachta węgierska starała się powiązać sprawę swego kraju bądź to z polityka króla francuskiego Ludwika XIV (Mikołaj Zrinyi, który jednak zginął na polowaniu w czasie rokowań z posłem francuskim), bądź też oprzeć się na zbliżeniu z Istambułem.

Te ostatnie sympatie były tym bardziej zrozumiałe, że na Węgrzech od XVI wieku począwszy, wielu zwolenników zdobyła reformacja. Najpopularniejszym jej nurtem okazał się być kalwinizm przyjęty na synodzie w Debreczynie w 1567 r.. Pomimo działalności kontrreformacyjnej zakonu jezuitów sprowadzonego na Węgry w 1561 r., zaś do Siedmiogrodu w 1580 r., kalwinizm zyskał sobie pozycję „religii narodowej” węgierskiej średniej i drobnej szlachty, szczególnie wielu wyznawców znajdując w zróżnicowanym etnicznie Siedmiogrodzie, zwłaszcza od czasu rządów Gábora Bethlena (1613-1629).

Tymczasem wykryty został kolejny antyhabsburski spisek na Węgrzech, zaś jego przywódcy skazani w 1671 r. przez sąd cesarski na karę śmierci. Wykrycie spisku zwanego od nazwiska swego przywódcy „spiskiem Wesseleny'ego”posłużyło Leopoldowi I za pretekst do zaostrzenia polityki wobec stanów węgierskich oraz nasilenia działań kontrreformacyjnych, to z kolei sprawiło, ze rzesze protestantów wywodzących się z chłopstwa, mieszczaństwa, pogranicznych żołnierzy zwolnionych ze służby, wielkich i drobnych obszarników wreszcie, schroniły się na terenie Siedmiogrodu by zorganizowawszy się tam, wtargnąć już w 1672 r. na teren Górnych Węgier i wzniecić tam powstanie. Toczona równocześnie przez Austrię wojna z Francją (1673-1679) umożliwiła zwanym kurucami węgierskim powstańcom dowodzonym od 1678 r. przez zdolnego dyplomatę i organizatora Emeryka Thököly, na odnoszenie licznych sukcesów.

Właśnie wówczas splotła się po raz pierwszy sytuacja wewnętrzna na Węgrzech i polityka imperialna króla polskiego Jana III. W wojnie koalicji państw europejskich z Francją i wspierająca ją Szwecją, Jan III zamierzał związać się z obozem francuskim, odzyskując tą drogą dla Polski tereny Pomorza Zachodniego i ewentualnie Śląska. Ponadto dążył król polski do wzmocnienia swojej władzy i konsolidacji państwa przez zapewnienie swemu synowi dziedziczności tronu. Prowadzić do tego miały antybrandeburski tajny układ z Francją podpisany w czerwcu 1675 r. w Jaworowie, mający podobny sens układ ze Szwecją podpisany w Gdańsku 1677 r. oraz poprowadzona w tym samym roku akcja dywersyjna przeciw Habsburgom na Węgrzech. Jan III nie tylko ułatwił kurucom zaopatrzenie w broń i rekruta, lecz także umożliwił sformowanie kilkutysięcznego oddziału pod dowództwem Hieronima Lubomirskiego, który podążył na pomoc powstańcom. Nieco wcześniej kuruce zaoferowali tron węgierski najstarszemu synowi Jana III, królewiczowi Jakubowi, z którym król polski wiązał nadzieje dynastyczne. Orientacja profrancuska władcy polskiego napotkała jednak wówczas silny sprzeciw szlachty zainteresowanej raczej odzyskaniem ziem utraconych na wschodzie w konfliktach z Wysoką Portą i z Rosją niż w urzeczywistnianiu planów dynastycznych Sobieskiego lub w przyłączaniu słabo już wówczas związanych z Polską ziem śląskich i pomorskich. Właśnie dlatego sejm 1678 r. zakazał zaciągów polskiego wojska w szeregi powstańców węgierskich, zaś stronnictwo sprzyjające wznowieniu wojny z Imperium Ottomańskim szukało wówczas w Austrii sojusznika.

Polityka węgierska Jana III uzyskała jednak dogodne warunki wznowienia po zwycięstwie wiedeńskim; pobita armia osmańska wycofała się w kierunku Jawaryna, następnie zaś do Budy, gdzie przeprowadzono jej koncentrację i skąd główne siły Kara Mustafy cofnęły się do Belgradu na leże zimowe. Na Węgrzech pozostawiono silny korpus jazdy pod dowództwem bejlerbeja Kara Mehmeda i umocnione załogi twierdz pozostających w rekach Osmanów, wśród nich zaś Ujvaru i Ostrzychomia. Król polski planował tymczasem kontynuowanie działań zaczepnych jeszcze przed nastaniem zimy i uderzenie prosto na Budę by tam ostatecznie zniszczyć armię ottomańską. Miało to umożliwić Janowi III opanowanie środkowych Węgier, wzdłuż biegu Cisy i Dunaju, co w połączeniu z kontrolowanymi przez kuruców terenami na wschód od Nitry dawałoby mu dogodną pozycję do zabiegania o zjednoczenie pod swym berłem całych Węgier. Scenariusz taki był tym bardziej prawdopodobny, że jesienią 1683 r. stosunki pomiędzy kurucami a Polakami stały się bodaj najbliższe, zaś przywódcy kuruców, w tym sam Emeryk Thokoly, słali do króla polskiego poselstwa z zapewnieniami poddaństwa i posłuszeństwa, sami Węgrzy natomiast licznie zaciągali się pod królewskie sztandary. Opanowanie środkowych Węgier i zapewnienie dziedziczenia węgierskiego tronu królewiczowi Jakubowi, wzmocniłoby szanse tegoż na objęcie także tronu polskiego, zaś przed polityką połączonych osobą wspólnego władcy królestw otworzyłoby perspektywy oddziaływania w kierunku Siedmiogrodu, Banatu, następnie zaś także Wołoszczyzny, Mołdawii, Budziaku i całych Bałkanów wraz z wybrzeżem czarnomorskim, które mogłyby zostać wówczas wyzwolone spod władzy sułtańskiej i zorganizowane w zgodzie z interesami i koncepcjami polskimi.

Kłóciły się te plany z koncepcjami geopolitycznymi cesarza Leopolda I dążącego do stłumienia powstania kuruców i podporządkowania sobie siłą całych Węgier, zaś następnie skierowania ekspansji w górę rzeki Morawy, ku Serbii. Będąc świadomym słabości zaplecza gospodarczego i finansowego polskich sił, cesarz Leopold pragnął odciągnąć je od ofensywy na środkowe Węgry i skierować ku północy, tak by nie osiągnąwszy założonych celów politycznych, Jan III musiał się wycofać w granice swego królestwa. Równocześnie, kręgi dworskie Wiednia zaczęły sondować możliwość jednostronnego ułożenia się z Osmanami. Obawiając się podpisania przez Austrię separatystycznego pokoju, który pozostawiłby Polskę osamotnioną w obliczu wciąż silnego i władającego Podolem aż po Dniepr Imperium Osmańskiego, król polski zdecydował się kontynuować wojnę według sugestii austriackich, byleby tylko nie dopuścić do pacyfikacji austriacko-osmańskiej i izolacji politycznej swego państwa.

Po zakończeniu wzmiankowanej kilka akapitów wyżej kampanii, w toku której przełomem okazała się być druga bitwa pod Parkanami stoczona 9 października i zakończona rozbiciem korpusu Kara Mehmeda oraz zdobyciem twierdzy przez połączone siły chrześcijańskie pod dowództwem Jana III, jednostki austriackie miały udać się na leże zimowe w zachodniej Słowacji, podczas gdy mocno już stopniała armia polska w Słowacji wschodniej. Plany króla zakładały wznowienie działań na węgierskim teatrze wojny wiosną następnego roku, wyparcie Osmanów daleko na południe lub zmuszenie ich do podpisania dogodnego układu pokojowego, w konsekwencji zaś wzmocnienie znaczenia polityki polskiej na Węgrzech. Zamiary te pokrzyżowali hetmani wielki litewski Kazimierz Sapieha oraz polny Jan Ogiński dowodzący 10-tysięcznym korpusem wojsk litewskich, którzy nie zdążywszy stawić się pod Wiedniem zaś 4 października 1683 r. na rozkaz królewski przekroczyli ze swym wojskiem granicę węgierską by połączyć się z armią polską. Pojawienie się tak licznych wojsk mogło znacząco wpłynąć na sytuację operacyjną na Słowacji paraliżując garnizony twierdz osmańskich i wpływając na postawę kuruców. Z tymi ostatnimi, po odrzuceniu przez Leopolda I żądań wysuniętych przez Thokoly'ego, Jan III prowadził negocjacje w sprawie zawiązania unii polsko-węgierskiej. Ze względu na niezdecydowanie strony polskiej negocjacje od początku szły bardzo opornie, jednak wejście armii litewskiej, która na wyraźną sugestię niechętnych królowi magnatów zaczęła grabić i plądrować Orawę i przyległe tereny słowackie, doprowadziło do ostatecznego zerwania rozmów przez stronę węgierską zaś wśród ludności słowackiej roznieciło nastroje antypolskie. Wyczerpane i pozbawione perspektyw politycznego sukcesu oddziały królewskie, targane na domiar złego obstrukcją hetmanów i towarzyszących wojsku senatorów, w grudniu powróciły w granice Polski.

Niepowodzenie planów królewskich z 1683 r. w zasadzie przekreśliło szanse związania Węgier z Polską, dalsze zaś posunięcia polskie wymierzone w Imperium Ottomańskie skierowane były ku południowemu wschodowi a więc Podolu, Jedysanowi, Budziakowi i Mołdawii. Wyparty politycznie i strategicznie z Węgier, nie rezygnował król polski z ekspansji na południe oraz ze starań o tron książęcy dla swojego syna, tym razem jednak kierunek jego polityki, inaczej niż w przypadku wcześniejszego zainteresowania Prusami i Śląskiem oraz kierunku węgierskiego – przynajmniej do czasu – zgodny był z zainteresowaniami szlachty.

Początki konfliktów w tym regionie sięgały połowy lat 60-tych, gdy w miarę pomyślnego dla Stambułu dobiegania końca walk z Wenecją o Kretę, zaktywizował on swoją politykę wobec Ukrainy, na prawa do której mógł powoływać się od czasu poddania mu tego kraju przez Bohdana Chmielnickiego w 1650 r. Gdy więc w 1666 r. sułtan usunął z tronu krymskiego przychylnego Rzeczypospolitej chana Mohammeda Gereja, jego następca wszedł w porozumienie z hetmanem kozaków lewobrzeżnej Ukrainy Piotrem Doroszenką, po czym połączone siły tatarsko-koazackie zmiotły jesienią tego roku wojska koronne stacjonujące na Naddnieprzu. W następnym roku, siły kozackie i tatarskie podjęły uderzenie na Lwów, jednak zatrzymane zostały pod Podhajcami, gdzie na czele ośmiotysięcznych oddziałów polskich stawił im czoła ówczesny hetman koronny a przyszły król polski Jan Sobieski. Po dwóch tygodniach bezskutecznie powtarzanych szturmów, w sytuacji gdy obecność wojsk koronnych pod Podhajcami zagrażała szlakom zaopatrzeniowym atakujących, Tatarzy zdecydowali się odnowić przymierze z Polską, zaś kozacy Doroszenki uznać na powrót zwierzchnictwo polskiego monarchy. Zbiegło się to z abdykacją Jana Kazimierza (1648-1668), po którym na tron polsko-litewski wstąpił syn osławionego wodza z czasów wojen kozackich Jeremiego Wiśniowieckiego, nieudolny w najwyższym stopniu Michał Korybut Wiśniowiecki (1669-1674).

Pod panowaniem nowego władcy wzmogły się walki frakcyjne i zamęt na Ukrainie, gdzie Piotr Doroszenko nie ustawał w zabiegach by zjednoczyć pod swą władzą hetmańską prawo- i lewobrzeżne Naddnieprze. Wysunięta przez niego propozycja związania z Rzeczpospolitą całej Ukrainy, jednak poprzez nadanie jej niemal zupełnej niezależności, została odrzucona z inspiracji podkanclerzego Andrzeja Olszowskiego, po czym Doroszenko pozbawiony został buławy hetmańskiej przekazanej wygodniejszemu dla strony polskiej lecz zupełnie pozbawionemu posłuchu wśród kozaków Michałowi Chanence. Doroszenko odwołał się wówczas do pomocy Tatarów i Osmanów, jednak ofensywa tatarska podjęta w 1671 r. rozbita została w dwóch kolejnych bitwach przez Sobieskiego, zaś sam Doroszenko wyparty z Bracławszczyzny. W następnym roku Imperium Osmańskie oficjalnie wypowiedziało wojnę Rzeczypospolitej, po czym padyszach Mehmed IV wkroczył na czele blisko 200 tysięcznej armii osmańsko-tatarskiej na Podole, szybko zajmując broniony przez nieledwie tysiąc osobową załogę Kamieniec. Trzon sił sułtańskich rozpoczął następnie marsz ku Lwowowi, podczas gdy czambuł tatarski pustoszył kraj aż po rzekę San. Rzeczpospolita nie miała wystarczająco licznych sił by przeciwstawić się najazdowi sułtańskiemu (choć przeciw Tatarom skutecznie kontratakował spod Krasnegostawu na południe Jan Sobieski), stąd już w październiku 1672 r. podpisano w Buczaczu rozejm. Warunki tegoż były dla strony polskiej upokarzające i na dłuższą metę niemożliwe do utrzymania przekazując Osmanom województwo podolskie wraz z Kamieńcem, a także bracławskie i pozostałą przy Polsce część kijowskiego (były to rozległe ziemie rozciągające się pomiędzy środkowym Dniestrem a środkowym Dnieprem, pod obydwu stronach Bohu, na północ od granicy z Jedysanem, zaś na południe od rzeki Roś). Już w następnym roku sejm odmówił ratyfikowania traktatu i uchwalił wysokie podatki na wystawienie 50-tysięcznej armii, na czele której Jan Sobieski wkroczył wkrótce do Mołdawii i zadał tam dotkliwą klęskę Osmanom niszcząc w listopadzie 1673 r. pod Chocimiem 30-tysięczny korpus ich wojsk pod dowództwem Husejna baszy. Zwycięstwo nie zostało jednak przez stronę polską zagospodarowane, gdyż po wypowiedzeniu posłuszeństwa przez hetmana litewskiego Michała Paca, Sobieski zmuszony był zrezygnować z planowanej akcji na Dunaj po czym wycofać swoje siły.

Talent wojskowy Sobieskiego zadecydował o wyniesieniu go na tron polski zaraz po śmierci Michała Korybuta. Panując jako Jan III kontynuował walkę przeciw Osmanom. Już w 1674 r. podejmuje uderzenie na bracławszczyznę odciążając wojska rosyjskie opierające się oddziałom osmańskim idącym na odsiecz obleganemu przez Rosjan w Czechryniu Doroszence i zarazem podporządkowując sobie to województwo. W 1675 r. niszczy idące na Lwów wojska tatarskie podczas gdy załoga broniąca się w Trembowli powstrzymuje główne siły osmańskie do czasu nadejścia królewskiej odsieczy, na wieść o której oblężenie zostaje zwinięte zaś ofensywa zaniechana. Wreszcie w 1676 r. spada na Pokucie najazd osmański kierowany przez Ibrahima Szejtana, odparty pod Żurawnem przez dwukrotnie mniejsze siły Jana III. Zawarty po dwóch tygodniach oblężenia, przy pośrednictwie francuskim rozejm, pozostawiał przy Wysokiej Porcie wszystkie ziemie zdobyte przez nią w 1672 r.

W związku z niespełnionymi nadziejami polskimi na poprawę stosunków polsko-rosyjskich po rozejmie w Andruszowie, zakończenie wojny z Osmanami próbowano wykorzystać do zbliżenia politycznego z Istambułem. Z misją dyplomatyczną do wielkiego wezyra udał się wojewoda chełmiński Jan Gniński nie zyskawszy jednak niczego ponad formalne zrzeczenie się haraczu, do wypłacania którego Rzeczpospolita zobowiązała się rozejmem buczackim, lecz faktyczne zwolnienie z którego wywalczyła już do czasu rozejmu żórawińskiego. Pozostałe postanowienia ratyfikowanego ostatecznie w 1678 r. traktatu mówiły o przekazaniu Polsce Pawołoczy i Białej Cerkwi, podczas gdy strona polska miała zobowiązać się do niepopierania żadnego z nieprzyjaciół sułtana, podobnie jak do nieudzielania schronienia żadnemu z jego zbuntowanych poddanych z Siedmiogrodu, Mołdawii lub Wołoszczyzny. W tej sytuacji, Polska ponowiła (po raz pierwszy podjętą po rozejmie w Andruszowie) próbę zbliżenia z Rosją, jednak wysłana w tym celu do Moskwy w 1679 r. misja dyplomatyczna referendarza litewskiego Cypriana Brzostowskiego zakończyła się całkowitym niepowodzeniem. Z kolei późniejszy o dwa lata traktat rosyjsko-osmański stał się dowodem zdecydowania Rosji do pozostania przy swych zdobyczach na Rzeczypospolitej z lat 1654-1667. Istniała jednak jeszcze jedna możliwość wzmocnienia się wobec Imperium Ottomańskiego, mianowicie przez sojusz z Austrią, któremu cesarz Leopold I stał się szczególnie przychylny po poddaniu się przez powstańców Thokoly'ego protekcji osmańskiej i zajęciu Strasburga przez Francję w 1681 r. Dyplomacja wiedeńska starająca się o przymierze zaczepno-obronne z Polską znalazła zrozumienie u Jana III obawiającego się konsekwencji geopolitycznych, jakie dla Polski miałoby opanowanie całych Węgier a być może także Czech i Austrii przez Osmanów.

Podczas wyprawy wiedeńskiej Jana III, na jesieni 1683 r. Podole stało się pobocznym teatrem wojny polsko-osmańskiej. W końcu września, kasztelan Andrzej Potocki wyruszył przeciw nieprzyjacielowi na czele kilkunastu chorągwi jazdy wyzwalając Jazłowiec zaś niebawem łącząc swe siły z niewielką grupą jazdy stolnika bełskiego Andrzeja Sierakowskiego, który wcześniej rozbił silną eskortę osmańską osłaniająca transport żywności dla Kamieńca Podolskiego i zdobył sam transport. Następnie Polacy gromią pustoszący Wołyń zagon tatarski, rozbijają nowe posiłki zmierzające do Kamieńca, wreszcie odbierają Osmanom szereg miejscowości na Podolu tak iż ich załogi ostają się jedynie w Kamieńcu Podolskim, w Barze i Międzybożu. Przeciw władającemu z ramienia sułtana terenami między Dniestrem a Dnieprem hospodarowi mołdawskiemu Jerzemu Duce wybucha powstanie czerni ukrainnej, zaś mianowany przez króla hetmanem kozackim nobilitowany szlachcic Kunicki mobilizuje kozaków do walki z Portą, odbiera jej Niemirów, Bar i Międzybóż, do końca listopada zaś podporządkowuje sobie wszystkie ziemie nad Dniestrem i wprowadza swoje wojska do Mołdawii. Wraz z nim do kraju nad Prutem i Seretem wkroczył obalony przed laty a znajdujący poparcie na dworze polskim hospodar Stefan Petryczejko (1672-1674, 1684). Wzywając Mołdawian do walki z Osmanami i ich lennikiem Duką znalazł szerokie poparcie , zaś połączone siły polsko-kozacko-mołdawskie szybko wyzwoliły całe księstwo i w grudniu ruszyły na Budziak by zniszczyć tamtejsze koczowiska ordy tatarskiej pustoszącej w minionych latach zarówno Mołdawię, jak Podole i Ukrainę. 5 grudnia wojska Kunickiego pobiły doraźnie zorganizowane siły tatarskie, następnie spustoszyły siedziby ordy, jednak już na początku stycznia poniosły porażkę w bitwie pod Janyk Hissar nad Dniestrem ze strony powracających spod Wiednia na Krym sił Hadży Gereja. Kunicki pod osłoną taboru wycofał się do Jass, następnie zaś, po przejściu Mołdawian na stronę Tatarów, przekroczył Dniestr i uszedł na Ukrainę. Osamotniony Petryczejko zwrócił się o pomoc do polskiego króla, ten jednak, rozłożony ze swym wojskiem na leżach zimowych, nie mógł jej udzielić. W lutym 1684 r., po przejściowych sukcesach, Petryczejko uległ połączonemu uderzeniu osmańsko-tatarskiemu na Mołdawię i uciekł do Polski, podczas gdy na tronie w Jassach osadzony został posłuszny Wysokiej Porcie Dymitr Cantacuzino (1674-1675, 1684-1685) . W kwietniu tego samego roku, połączone siły osmańsko-tatarskie uderzyły na Podole wzmacniając załogę Kamieńca oraz odbierając Polakom wiele twierdz zdobytych przez nich w kampanii jesiennej poprzedniego roku.

Pozornie niewiele politycznie znacząca awantura mołdawska zwróciła uwagę króla i szlachty na to księstwo. Stosunkowo łatwe opanowanie Mołdawii obudziło wśród dowódców polskich przekonanie, że kraj ten można będzie przekształcić w buforowe i poddane protekcji polskiej państewko, odgraniczające Rzeczpospolitą od bezpośredniego najazdu osmańskiego od południa. Król Jan III liczył z kolei na tron hospodarski dla swojego syna zwiększający jego szanse elekcji w Polsce. Plany te nałożyły się na powojenny entuzjazm szlachty pragnącej nie tylko wyzwolenia spod despotii osmańskiej terenów południowo-wschodniej Europy ale też Grobu Pańskiego w Palestynie. Jan III, będąc przekonanym że tylko dalsze błyskotliwe sukcesy militarne zapewnią dostateczne poważanie jego rodowi by wynieść na tron królewski Jakuba, parł nie tylko do wyzwolenia Podola i Ukrainy, lecz także Mołdawii i Wołoszczyzny oraz oparcia granic na Morzu Czarnym i Dunaju by z tej pozycji walczyć o wpływy na Węgrzech.

Dla przeprowadzenie swoich planów poczynił król szeroko zakrojone staranie dyplomatyczne; w styczniu dla idei wojny z Imperium Ottomańskim pozyskał Wenecję, 5 marca 1684 r. w Linzu podpisano zaś układ polsko-wenecko-austriacko-papieski o powołaniu Ligi Świętej do wojny z Osmanami. Zgodnie z poczynionymi ustaleniami, Polska miała zdobyć uznane za jej strefę wpływów Mołdawię i Wołoszczyznę, Austria zająć Węgry, gdy tymczasem Wenecja opanować miała Moreę i Kretę, zaś jej flota odciąć Istambuł od odstaw żywności i blokować wybrzeża Azji Mniejszej.

Przedmiotem zabiegów dyplomatycznych stała się także rządzona przez regentkę Zofię i jej faworyta kniazia Wasyla Golicyna (formalnie pod panowaniem carów Iwana i Piotra) Rosja. Golicyn, zdając sobie doskonale sprawę z korzyści jakie może przynieść Rosji klęska Osmanów pod Wiedniem, warunkiem włączenia się do Ligi Świętej czynił ostateczna zgodę Polski na zatrzymanie Kijowa oraz wszystkich ziem zdobytych na niej przez Rosję w latach 1654-1667. Takie stanowisko przedstawione zostało posłom cesarza Leopolda I, w odpowiedzi na co, dyplomacja austriacka i papieska poczęły wywierać nacisk na Jana III (również za pośrednictwem jego spowiednika ojca Voty), by ten zgodził się na warunki rosyjskie. Po dwóch latach żmudnych negocjacji prowadzonych w Andruszowie, w czasie których delegacja rosyjska nie zgodziła się na żadne ustępstwa, polskie poselstwo z wojewodą poznańskim Krzysztofem Grzymułtowskim udało się do Moskwy, gdzie 6 maja 1686 r. podpisany został „wieczny pokój”, zgodnie z warunkami którego, Polska godziła się na pozostanie w granicach Rosji ziem smoleńskiej, siewierskiej i czernichowskiej, kilku znaczących twierdz w witebskiem oraz Kijowa wraz z okręgiem. Pod wyłączne wpływy Moskwy przechodziło Zaporoże pozostające dotychczas kondominium polsko-rosyjskim (zgodnie z postanowieniami kończącego wojnę rosyjsko-osmańską traktatu w Bakczysaraju z 1681 r. nominalnie będące pod władzą sułtana). Można chyba pokusić się o stwierdzenie, że „pokój Grzymułtowskiego” był bodaj największą strategiczną polską klęską polityczną tamtych czasów przesądzając – jak się miało okazać ostatecznie – na korzyść Rosji rywalizację o preponderencję w Europie Wschodniej.

Król polski poczynił też szereg starań o pozyskanie przychylności władców Europy Zachodniej oraz pozaeuropejskich sąsiadów Imperium Osmańskiego. Poselstwa wysłano między innymi do Arabii, Abisynii, Indii i Persji. Było to o tyle uzasadnione, że XVII-wieczne Imperium Ottomańskie rozciągało swe granice na ogromnej przestrzeni wokół Morza Czarnego, Azowskiego, Egejskiego, Adriatyckiego, wschodniej części Śródziemnego, wreszcie wokół Morza Czerwonego sięgając też Zatoki Perskiej zaś przejściowo także Morza Kaspijskiego. W granicach państwa Osmanów znalazły się dorzecza tak znaczących geopolitycznie rzek jak Nilu w jego dolnym biegu, nawadniających Mezopotamię i Kurdystan Eufratu i Tygrysu, uchodzących do Morza Kaspijskiego i nawadniających Gruzję, Armenię, Azerbejdżan i Szyrwan Araksu i Kury, ponadto zaś ujścia w zasadzie wszystkich rzek wpadających do Morza Czarnego a więc Kubania, Donu, Dniepru, Bohu, Dniestru i Dunaju wraz z jego dopływami w średnim i dolnym biegu, spośród których za znaczące można uznać Cisę, Maruszę, Seret i Prut. Posiadłości te nie tylko pozwalały Osmanom kontrolować życie gospodarcze wielu różnorodnych krain i ludów, ale też czyniły ich niekiedy uciążliwym sąsiadem organizmów politycznych konkurujących z Wysoką Portą o wpływy i panowanie w różnych regionach świata. Świadomość tego faktu skłoniła króla polskiego do próby pozyskania dla Ligi Świętej sojuszników zarówno w Europie, jak też w Azji i Afryce.

Najpoważniejszy charakter przybrały zabiegi dyplomatyczne króla wobec Persji pozostającej wówczas pod panowaniem Sulejmana I (1666-1694) Do Isfahanu kilkakrotnie jeździł Syryjczyk znany w Polsce jako Konstanty hr. de Siri-Zgórski, następnie zaś Ormianin Teodor Mironowicz, żadnemu jednak nie udało się przekonać perskiego szacha do wzięcia udziału w wojnie przeciw tradycyjnemu rywalowi Persji (niewykorzystanie przez Persję słabości Osmanów po bitwie pod Wiedniem odbiło się niekorzystnie na stosunkach obydwu państw umożliwiając opanowanie przez drugie z nich na początku XVIII wieku takich krajów spornych jak Luristan, Azerbejdżan, wschodnia Gruzja i Szyrwan).

Wszystkie działania dyplomatyczne, zarówno Polski jak i równolegle podejmowane przez Rosję, zakończyły się ostatecznie niepowodzeniem i w wojnie wzięli udział jedynie „członkowie-założyciele” Świętej Ligi oraz Rosja.

Ze strony polskiej wojna rozpoczęła się w sierpniu 1684 r. gdy król na czele 22-23 tysięcy żołnierzy wyruszył na Podole wyzwalając wkrótce Jazłowiec i docierając nad Dniestr. Wtedy jednak w obozie polskim pojawiła się opozycja przeciwko królewskim planom uderzenia na Mołdawię, zarazem zaś powiększeniu uległy siły osmańskie, podczas gdy oddziały polskie były nękane przez głód i choroby. Nie doczekano się także pomocy ze strony walczących na Węgrzech sił austriackich, gdyż te utknęły pod Budą, zarazem zaś Leopold I nie zamierzał respektować ustaleń uznających Mołdawię i Wołoszczyznę za strefę wpływów polskich i pragnął ich przyłączenia do posiadłości habsburskich. W tej sytuacji zarządzono odwrót nie osiągnąwszy granic księstw naddunajskich. Również podjęta w następnym roku wyprawa hetmana Jabłonowskiego zakończyła się niepowodzeniem. Kluczowa dla rozwiania się szans na włączenie pod wpływy polskie księstw naddunajskich okazała się jednak dopiero wyprawa Jana III podjęta w 1686 r. na czele blisko 36 tysięcy żołnierzy. Nękana wojną szarpaną przez nieliczną partyzantkę mołdawską i tatarską, maszerując w trudnych warunkach terenowych i wśród niespotykanej posuchy, armia królewska wkrótce wycofała się nie zdoławszy rozbić broniących kraju sił bejlerbeja sylistryjskiego Mustafa paszy.

W okresie polskich wypraw, Mołdawia toczona była przez zacięta rywalizację zorientowanego na Polskę rodu Costinów oraz pozostającego przy Imperium Ottomańskim rodu Rosetich. Początkowo, w 1685 r. górę wzięło stronnictwo propolskie, gdy pod jego naciskiem hospodar Konstanty Cantemir (1685-1693) powołał na stanowisko kanclerza przewodniczącego tej frakcji Mirona Costinę, jednak po niepowodzeniu drugiej wyprawy Jana III przewagę uzyskał ród Rosetich i Cantemir zdecydował się pozostać przy Istambule. Również hospodar wołoski Serban Cantacuzino (1678-1688) zainteresowany był poddaniem swego kraju wpływom polskim i choć żaden z władców księstw naddunajskich nie poparł otwarcie Jana III w 1686 r. obawiając się jego planów dynastycznych (oznaczających wszak detronizację książąt), to jednak wysoko rozwinięta kultura polskiego Baroku oraz popularność stanowych wolności szlacheckich, czyniła zarówno z Mołdawii jak i Wołoszczyzny dogodny teren polskiej ekspansji politycznej, zaś stany tamtejsze i władców przychylnymi Polsce. Zmieniać się to poczęło dopiero w 1686 r., kiedy to Cantacuzino nawiązał kontakty z dworem wiedeńskim i zaoferował mu uznanie cesarskiego zwierzchnictwa w zamian za zgodę Austrii na przejęcie przez niego władzy absolutnej i dziedzicznej w Wołoszczyźnie oraz przyłączenie do niej Banatu. Leopold I odmówił, wobec czego Cantacuzino podjął próbę zbliżenia politycznego z Rosją. Jego następca, Konstantyn Brincoveanu (1688-1714), zaniepokojony rosnącymi wpływami austriackimi, wezwał na pomoc wojska tatarskie, z których pomocą wyparł Austriaków z granic księstwa. Brincoveanu popierał także wiernych Osmanom powstańców Thokoly'ego, gdy jednak przekonał się o słabnięciu Imperium Ottomańskiego, nawiązał bliższe kontakty z carem Piotrem I. Nie udało się także stronie polskiej pozyskać przychylności panującego w Siedmiogrodzie księcia Michała Apafiego, ostateczny zaś kres istnieniu stronnictwa propolskiego w Mołdawii położyła śmierć jego przywódcy Mirona Costiny, straconego przez zwolenników Wysokiej Porty w 1691 r., po niepowodzeniu kolejnej wyprawy Jana III do tego kraju.
Założonego celu nie przyniosła również wyprawa królewicza Jakuba na Kamieniec Podolski w 1687 r, które to niepowodzenie skłoniło skądinąd króla polskiego do próby wyprowadzenia Rzeczypospolitej z Ligi Świętej. W prowadzonych w 1689 r. negocjacjach strona polska zażądała przekazania jej Podola wraz z Kamieńcem, przesiedlenia Tatarów do Azji, przyłączenia Mołdawii i Wołoszczyzny oraz części stepów czarnomorskich. W swoich roszczeniach rumuńskich, Jan III napotkał jednak przeciwdziałanie dworu wiedeńskiego, gdzie planowano poddanie obydwu księstw zwierzchności habsburskiej. Ostatecznie rokowania zostały zerwane, zaś zgoda cesarza Leopolda I na małżeństwo królewicza Jakuba ze spokrewnioną z Habsburgami księżniczką neuburską Jadwigą Eleonorą zadecydowała o pozostaniu Rzeczypospolitej w Lidze Świętej i podjęciu wspomnianej już wyprawy na Mołdawię w 1691 r. Wycofując się i w tym roku z Mołdawii, Polacy zdołali jedynie pozostawić swe załogi w kilku zdobytych twierdzach. W rok później pojawiła się kolejna szansa zakończenia wojny, gdy poseł tatarski zaproponował w imieniu chana i sułtana pokój na warunkach zakładających zwrot Polsce wszystkich ziem zagarniętych w 1672 r. Sejm na którym miano rozpatrzyć tą propozycję został jednak w styczniu 1693 r. zerwany przez przekupionych przez Wiedeń stronników austriackich, zaś sułtan wycofał się ze swoich propozycji i Rzeczpospolita musiała kontynuować wojnę. Ostatnia polska wyprawa na Mołdawię miała miejsce już po śmierci Jana III (zm. 17 czerwca 1696 r.), za panowania Augusta II (1697-1704, 1709-1733) w 1698 r. Doskonale przygotowana kampania skończyła się jednak nie dalej niż pod Podhajcami, zarazem zaś w styczniu kolejnego roku podpisany został pokój kończący wojnę Ligi Świętej z Imperium Ottomańskim. Polska na mocy jego postanowień odzyskała Bracławszczyznę i Podole z Kamieńcem.

Przyczyn niskiej skuteczności wysiłków militarnych Rzeczypospolitej przedsiębranych już po bitwie wiedeńskiej należy upatrywać w słabości gospodarczej i organizacyjnej państwa. Już podczas przygotowywania kampanii wiedeńskiej zaplecze finansowe armii musiano początkowo improwizować z prywatnych zasobów króla, magnackich dowódców i subsydiów cesarskich i papieskich. W toku kampanii król kilkakrotnie musiał zmagać się z magnacką opozycją we własnym obozie, zaś obstrukcja dowódców armii litewskiej, która dołączyła do królewskiej jesienią 1683 r. na Słowacji, była oczywista. Niewydolność finansowa państwa, słabość hierarchii dowódczej oraz powodująca uzależnienie od armii austriackiej strukturalna asymetria sił polskich, w których największy udział miały husaria i różne rodzaje jazdy, uniemożliwiły Janowi III realizację jego ambitnej węgierskiej i rumuńskiej strategii. Można się w tym kontekście zastanawiać, czy zaniechanie przez króla tych planów i natychmiastowe podpisanie po zakończeniu kampanii wiedeńskiej odrębnego układu pokojowego z Osmanami, wymuszającego na pobitym przeciwniku zwrot ziem utraconych na Podolu i Ukrainie, nie byłby dla Polski korzystniejszy chroniąc ją przed udziałem w uciążliwej, ciągnącej się 15 lat wojnie ? Niewykluczone, że tak właśnie by było, jednak czy ówczesna sytuacja międzynarodowa, w której potężne do niedawna Imperium Ottomańskie poniosło tak dotkliwą klęskę, gdy skierowały się przeciw niemu równocześnie wojska Wenecji, Austrii, następnie zaś Rosji i gdy ludy bałkańskie burzyły się przeciw jego władzy zwracając zarazem swe nadzieje ku Polsce, nie uzasadniała bardziej ofensywnej postawy ? Chyba jednak uzasadniała i właśnie dlatego, rozległość imperialnej perspektywy Jana III należy pochwalić, podczas gdy źródeł niepowodzeń upatrywać w strukturalnej i instytucjonalnej słabości szlacheckiego państwa stanowego.

Na koniec warto wskazać jeszcze faktyczne skutki geopolityczne wyprawy wiedeńskiej. Austria już w 1686 r. zdobyła Budę, w 1687 r. jej wojska rozbiły Osmanów pod Mohaczem, w 1688 r. zdobyły Belgrad, w 1689 r. pokonały ponownie siły osmańskie pod Niszem. Wobec sukcesów wojsk austriackich sejm węgierski obradujący w Pozsony w latach 1687-1688 zrzekł się prawa elekcyjności tronu i prawa do rokoszu uznając zarazem dziedziczną władzę Habsburgów w kraju. W tym samym 1687 r. Józef Habsburg, najstarszy syn cesarza Leopolda rozpoczął panowanie na Węgrzech (oraz w Czechach) jako Józef I (1687-1711). Tak więc Węgry, zamiast znaleźć się w orbicie wpływów polskich, przeszły pod trwałą władzę Habsburgów, którzy wyzwalając w 1716 r. Banat, zjednoczyli ostatecznie pod swym berłem wszystkie ziemie Królestwa. Granica posiadłości austriackich na początku XVIII wieku oparta więc była na Dunaju na południu (za wyjątkiem należącej do Habsburgów przejściowo w latach 1718-1739 Serbii), na Alucie zaś i na paśmie Karpat na wschodzie. Granica posiadłości habsburskich z Polską uległa więc wydłużeniu obejmując od tej pory także Górne Węgry i Księstwo Siedmiogrodzkie aż po Bukowinę (przyłączoną przez Habsburgów w 1775 r.). Niekorzystnemu wydłużeniu uległa także przejściowo granica polsko-rosyjska, Rosja bowiem, pomimo niepowodzeń dwóch kolejnych wypraw księcia Golicyna w 1687 i 1689 r. (za pierwszym razem wojska rosyjskie nie zdołały sforsować spalonego przez Tatarów stepu, za drugim nie udało im się zdobyć położonej u nasady Półwyspu Krymskiego twierdzy w Perekopie), dzięki śmiałości Kozaków dońskich zdobyła w 1696 r. Azow, zaś w traktacie karłowickich przyłączyła zarówno ten port jak i całe Zaporoże (utrzymane do 1711 r.) uzyskując też prawa żeglugi na Morzu Czarnym. Rosja uzyskała więc ujście Donu i środkowy bieg Dniepru sięgając aż po Targowicę i Czerkasy, uzyskując tym samym dogodne pozycje do ekspansji zarówno kosztem Rzeczypospolitej jak i Chanatu Krymskiego.


Ronald Lasecki