FALANGA

Oficjalny blog publicystyczny Falangi

Przeszukaj blog

Ładowanie...

wtorek, 15 lutego 2011

Infoanarchizm: nieszkodliwe wynaturzenie w przestrzeni przepływów, czy uderzenie w establishment?

Postęp technologiczny determinuje zmianę naszych wyobrażeń nawet na tak fundamentalne sprawy, jak pojęcie czasu i przestrzeni. Przestrzeń rozumiana jako płaszczyzna działań społecznych wydaje się najszybciej ulegać redefinicji, w symboliczny sposób wymykając się nawet prawom fizyki.

Nowe uniwersum

Dotychczas pojęcie przestrzeni było związane z silnym poczuciem miejsca, a działalność społeczna w tejże przestrzeni ze zlokalizowanym kontaktem w którym dochodzi do bezpośrednich interakcji pomiędzy ludźmi.(1) Wraz z wynalezieniem i upowszechnieniem Internetu, doszło do rewolucyjnego, nie tylko z punktu widzenia socjologii, wysadzenia relacji społecznych z kontekstów lokalnych i odtwarzania ich w niezmierzonych obszarach czasu i przestrzeni. Za sprawą istnienia zdematerializowanej przestrzeni Internetu, grupy społeczne coraz rzadziej opierają się o bezpośrednie styczności. Wykonywanie wspólnej czynności nie warunkuje już podzielania wspólnej przestrzeni. W równoległej, lecz abstrakcyjnej i niematerialnej rzeczywistości, zawierane są zarówno nowe przyjaźnie, jak i milionowe kontrakty. Powstają grupy sprzeciwu, grupy poparcia, wreszcie internetowe grupy społeczne – wirtualne społeczności, które pomimo tego, iż wymykają się tradycyjnym definicjom, tworzą przecież wspólne plany, przewidywania na przyszłość, dzielą wspólne nadzieje i lęki. Handel, praca, socjalizacja, rozrywka – wszystkie te procesy zachodzą w cybernetycznym świecie, który nie tylko silnie oddziałuje na „tradycyjną” rzeczywistość, ale wręcz zaczyna się z nią przenikać. Nikt już nie kwestionuje tego, że na naszych oczach powstało alternatywne uniwersum, oparte o przepływ informacji w abstrakcyjnej przestrzeni, w której przepływy definiuje się jako celowe, powtarzalne i programowalne sekwencje wymiany i interakcji między fizycznie rozłączonymi pozycjami zajmowanymi przez aktorów społecznych(2).

Systemowa reglamentacja informacji


Prawdziwy problem tzw. głównego nurtu polega na tym, że w przestrzeni przepływów jego przewaga nie jest tak miażdżąca, jak w telewizyjnych i prasowych środkach masowego przekazu. Kapitalistyczny establishment stara się jednak bronić przed posądzaniem go o uprawianie inżynierii społecznej. Choć czołowym teoretykom masowego komunikowania, takim jak Denis McQuail (1934), nieuchronna wydaje się konstatacja, że brak nam metodologii, by skutecznie udowodnić społeczne, polityczne i kulturowe oddziaływanie mediów(3), to empiryczne doświadczenie wynikające z ogólnej obserwacji procesów socjologicznych mających swą główną inspirację w mediach każe przypuszczać, że ich wpływ na kształtowanie postaw moralnych, wydaje się być dominujący. Postępujący rozkład instytucji Rodziny w łonie mieszczańskiej cywilizacji doprowadził do sytuacji, w której media są głównym dostawcą wzorców moralnych i schematów postępowania. Odgrywają także znaczącą rolę w procesie socjalizacji, oferując modele życia i wzory zachowań, zanim widz spotka je w realnym życiu. Dokonują one wartościowania postaw na zasadzie prezentowania „nagród” i „kar” za określone zachowania. Denis McQuail w swej publikacji „Mass Comunication Theory” (1984) stara się częściowo negować doniosłość tego zjawiska uznając, że optyka mediów jest odzwierciedleniem najbardziej popularnego wśród społeczeństwa paradygmatu. Trudno się z tym zgodzić, zwłaszcza z polskiej perspektywy, czy w zasadzie każdej „nie-anglosaskiej”. Polskie społeczeństwo na płaszczyźnie medialnej, jak i wielu innych, zmuszone jest bowiem egzystować na zasadach neokolonialnych. Większość polskojęzycznych tytułów prasowych posiada przewagę obcego kapitału, zaś w telewizji nadawane są przede wszystkim zagraniczne produkcje. Jeśli dodać do tego bardziej uniwersalne argumenty w postaci stwierdzenia, że za korporacjami medialnymi zawsze stoją wpływowe grupy interesu w postaci wielkiej finansjery, show-biznesowej burżuazji i politycznej klasy rządzącej, to nie sposób zgodzić się z McQuailem – w innym wypadku należałoby uznać, że wymieniona powyżej wąska kasta pasożytów, posiada podobne standardy moralne i wzorce postępowania, jak tradycyjne społeczeństwo. Bliższe prawdzie wydają się być jednak dalsze konstatacje autora, kiedy to powołując się na teorie Noama Chomsky’ego (1924), zawarte w publikacji „What Makes Mainstream Media Mainstream” (1997) uznaje on, że media są de facto zaangażowane w utrzymanie status quo. Celowe wydaje się uzupełnienie, że chodzi przede wszystkim o utrzymanie „establishmentowego”, politycznego status quo, co zresztą sam McQuail niedwuznacznie sugeruje.

Poza kontrolą

Niezmierzoną przestrzeń przepływów, Internet, można natomiast przyrównać do znanego z westernów Dzikiego Zachodu, lub każdej innej nieokiełznanej jeszcze przestrzeni, nad którą nie sposób sprawować kontroli. Pośród dzikich pól istnieją ośrodki objęte systemową cenzurą, w rodzaju dużych portali informacyjnych, czy społecznościowych – lecz nawet tam w sposób otwarty promują się grupy, które są nieskutecznie zwalczane przez „główny nurt”.

Grupy dążące do radykalnej zmiany systemowej są, z oczywistych powodów, najbardziej represjonowane przez główno-nurtowy system dystrybuowania informacji. Najczęściej nie posiadają one środków potrzebnych do tworzenia i utrzymywania własnych mediów, w rodzaju prasy, radia, czy telewizji; nie stoją za nimi żadne wpływowe lobby, które mogłyby takie przedsięwzięcia sfinansować, tudzież w sztuczny, keynesistowski sposób napędzać popyt na pozaestablishmentowe produkty medialne. Dzieje się dokładnie na odwrót – tuby liberalnej „neutralności światopoglądowej” starają się wyeliminować, ośmieszyć, bądź zniesławić potencjalne zagrożenia dla swojego infomonopolu. Grupy „niepoprawne” nie są również w stanie emitować własnych spotów na systemowych antenach – a już na pewno nie w takim zakresie, w jakim mogą to robić grupy współtworzące „salon”, będące najczęściej w posiadaniu własnych, popularnych kanałów. Konsekwencją takiego stanu rzeczy jest sytuacja, w której środowiska znajdujące się poza „głównym nurtem” nie mogą przeprowadzić żadnej „kampanii społecznej”, bądź swojej odpowiedzi na to zjawisko, które pod nieco zagadkową nazwą, kryje demoliberalną inżynierię społeczną i zwykłą ofensywę propagandową.

W wirtualnej przestrzeni przepływów, która coraz bardziej wypiera tradycyjne media (prasa, radio, telewizja), przewaga Policjantów Myśli przestaje być wyraźna. W sieci największą popularnością cieszy się marketing wirusowy (ang. viral marketing), oraz marketing partyzancki (ang. guerilla marketing), czyli formy wielowarstwowego i nieskoncentrowanego rozprzestrzeniania informacji. Niskim nakładem środków można wyemitować informację, której intensywność ma tendencję do lawinowego narastania, poza czyjąkolwiek kontrolą – jej rozprzestrzenianiem jest bowiem zainteresowana większość osób, która utożsamia z zawartą w jej treści optyką, lub została nią w jakiś sposób poruszona. Informacja zaczyna być rozprzestrzeniana na zasadzie „poczty pantoflowej”, lecz bez tradycyjnych ograniczeń w postaci zlokalizowanego kontaktu odbiorcy i adresata, czy przestrzennej odległości pomiędzy nimi, ponieważ swoje zastosowanie mają w tej materii prawa przestrzeni przepływów. Pomimo pozornej bezwładności i chaotyczności, wirusowe rozprzestrzenianie informacji skuteczniej trafia w „target” (docelową grupę do której ma dotrzeć informacja w zamyśle jej pierwotnego nadawcy) aniżeli tradycyjne formy propagandy – pasy transmisyjne przebiegają głównie między jednostkami potencjalnie zainteresowanymi otrzymaniem informacji, ponieważ osoba, która decyduje się na przekazanie informacji dalej, najczęściej emituje ją w te rejony przestrzeni przepływów, gdzie jej treść spotka się z zainteresowaniem. Wszelkie próby całościowego cenzurowania informacji przez policjantów myśli nie mogą tu mieć, rzecz jasna, zastosowania. Mechanizmy infopartyzantki nowego uniwersum mogą zostać wykorzystane przez każdą siłę polityczną, przeciwko dowolnemu rodzajowi establishmentu.

Status użytkownika: „zastrzelony”.


Czasy, kiedy to o doniosłym znaczeniu przestrzeni przepływów toczono jedynie teoretyczne dyskusje na wysokim poziomie abstrakcji, bezpowrotnie zakończyły się w latach 2010-2011. Spektakularnym preludium była próba obalenia rządów prezydenta Mahmuda Ahmedineżada po czerwcowych wyborach w Iranie (2010). Opozycja wspierana przez amerykański wywiad, rozpoczęła w Internecie szeroką, antypaństwową kampanię. Prócz poczty elektronicznej, czy blogów, głównym narzędziem organizującym „powstanie”, okazał się portal społecznościowy „Facebook”. Na manifestacjach zainicjowanych za jego pośrednictwem zginęło, według różnych szacunków, od 30 do 150 osób. Z uwagi na świetne przygotowanie państwowych służb bezpieczeństwa, oraz błyskawiczną odpowiedź wiernych premierowi informatyków, „powstanie” zostało stłumione w zalążku. Jak długo uda się prezydentowi utrzymać pokój? W dużej mierze jest to zależne od tego, jaki wynik przyniesie wojna w przestrzeni przepływów pomiędzy zwolennikami, a przeciwnikami Ahmedineżada.

Uderzenie w establishment

Prawdziwa burza, zainicjowana przez infopartyzantkę, miała jednak dopiero nadejść - mowa tu o skandalu, który w swych dalekich konsekwencjach na zasadzie „efektu motyla”, stał się bezpośrednią przyczyną śmierci kilkuset osób, oraz kryzysu czterech różnych rządów, z których jeden został już krwawo obalony, a drugi walczy o przetrwanie strzelając do demonstrantów. Chodzi oczywiście o ujawnienie poufnej korespondencji dyplomatycznej największego światowego mocarstwa, USA, przez portal „Wikileaks”. Wyłaniające się z poufnych depesz, szczegółowe, miejscami bardzo plastyczne opisy stosunku administracji Stanów Zjednoczonych do reszty uczestników stosunków międzynarodowych, informacje dotyczące sprzedaży nielegalnej broni Izraelowi, czy cały szereg innych, problematycznych kwestii takich jak kontrowersyjne dane amerykańskiego wywiadu o sytuacji polityczno-gospodarczej kilku państw trzecich, zmusiły przepełniony pychą fundament światowego establishmentu do tłumaczenia się z faktów opublikowanych przez małą grupę dysydentów. Przeciek w ciągu kilku chwil rozlał się niepowstrzymaną falą po całej przestrzeni przepływów, czyniąc potężną wyrwę w demoliberalnym infomonopolu. Taka sytuacja nie mogła nie spotkać się ze zdecydowaną reakcją policjantów myśli. Przewodniczący amerykańskiego Komitetu ds. Bezpieczeństwa Narodowego wysunął projekt uznania „Wikileaks” za organizację terrorystyczną. Rozpoczęto dramatyczne poszukiwania „haków” na jednego z głównych administratorów portalu, a demoliberalni politycy znani z pierwszych stron gazet, publicznie rozważali konieczność postawienia go przed sądem z zarzutami zdrady stanu i orzeczenia wyroku śmierci, lub nawet zabicia w zamachu(4). Zablokowano też kanały za pośrednictwem których inicjatywa „Wikileaks” była finansowana (PayPal), a na portalach społecznościowych usuwano grupy, które ów kanał starały się zastąpić. W wyniku hackerskich kontrataków, najczęściej przy pomocy DDoS(5), infopartyzanci zablokowali kilka portali stosujących cenzurę. Ich administratorzy, zdając sobie sprawę z grozy sytuacji (każda chwila zawieszenia wielkiego portalu generuje równie wielkie straty), zaprzestali swoich działań, a jeden z serwisów, „Twitter”, nawet przeprosił za swoje wcześniejsze postępowanie! Establishment, pomimo swojej wściekłej reakcji i zrzucenia maski „neutralnego obserwatora” kosztem ujawnienia prawdziwej natury agresywnego policjanta myśli, w problematycznej sprawie „Wikileaks” nie wygrał absolutnie nic – z ciemnych, niekontrolowanych przez niego zakamarków przestrzeni przepływów, wciąż wypływają niecenzurowane przez nikogo przecieki danych, które tworzą małe, lecz systematycznie powiększające się szczeliny w światowym porządku opartym na kłamstwie i spreparowanych informacjach. „ Jesteśmy zwiastunem maszerującego ruchu oporu. Mamy dość dezinformacji, mamy dość korupcji. Mamy dość wojen prowadzonych z bezpiecznej odległości i tajemnic. Wolność to zaciskająca się pętla dla tego status quo.” – głosi manifest anonimowych uczestników wojny informacyjnej nowego typu.

Powiew rewolucji.

Uderzenie infopartyzantów miało jednak pociągnąć za sobą znacznie poważniejsze konsekwencje, aniżeli wywołanie nerwowych reakcji światowego supermocarstwa, popsucie jego stosunków z niektórymi państwami trzecimi, kompromitacja na arenie międzynarodowej, czy obnażenie jego bezsilności w obliczu przełamania infomonopolu w przestrzeni nowego uniwersum. W depeszach amerykańskiej dyplomacji znalazła się również charakterystyka tunezyjskiej administracji prezydenta Zina Al-Abidina Ben Alego, jako rządów skrajnie nepotycznych i skorumpowanych. Zła sytuacja w kraju wydająca się potwierdzać te zarzuty, skłoniła pewnego młodego handlarza do próby samospalenia przed budynkiem lokalnych władz. Wydarzenia te zapoczątkowały ogromną mobilizację na portalach społecznościowych, gdzie zaczęto inicjować wystąpienia antyrządowe, które przerodziły się w regularne napady na posterunki policji i przedstawicielstwa władz – podpalono siedzibę Zgromadzenia Demokratyczno-Konstytucyjnego, powrót z emigracji ogłosił przywódca islamskich fundamentalistów, Raszid Ghannuszi . Rząd próbował opanować sytuację przy użyciu wojska; obok informacji o nieudolności Ben Alego, oraz terminów kolejnych wystąpień antyrządowych, po sieci w sposób wirusowy zaczęły krążyć materiały filmowe z akcji pacyfikacyjnych. Ostatecznie, Ben Ali został zmuszony do ucieczki z Tunezji.

Za przykładem Tunezyjczyków poszli Egipcjanie, którzy także za pośrednictwem portali społecznościowych umawiają się na ogromne, wielosettysięczne demonstracje. Islamskie organizacje bojowe przejęły kontrolę nad niektórymi regionami kraju, ulicami Kairu, z którego wycofała się policja, rządzi tłum zorganizowany wirtualnej przestrzeni przepływów. W ciągu tygodnia zginęło ponad 100 osób. Wszystko wskazuje na to, że Egipt dołączy do wydłużającej się listy państw, w których zmiana systemowa została zapoczątkowana na „Facebooku” i „Twitterze”.

Staliśmy się świadkami nastania nowej epoki, w której nowoczesne technologie komunikowania międzynarodowego i wewnątrz-narodowego, determinują kształt całości tych stosunków, oraz bezpośrednio wpływają na najbardziej doniosłe wydarzenia polityczne. To, co jeszcze do niedawna pozostawało tylko teorią, na naszych oczach stało się twardą rzeczywistością. Historia ostatnich miesięcy jednoznacznie wskazuje, że infoanarchistyczna działalność („Wikileaks”), sprzężona z „marketingiem” partyzanckim i wirusowym wykorzystywanym przez różne grupy dysydentów niezależnie od ich zabarwienia politycznego (od liberalnych demokratów po islamskich fundamentalistów), potrafi w bardzo krótkim czasie skutkować zupełnie nieprzewidywalnymi efektami. Choć w środowiskach establishmentowych, czy stricte lewicowych, dominuje raczej entuzjastyczne podejście do wydarzeń w Tunezji, czy Egipcie, jako „czwartej fali demokratyzacji”, czy „arabskiej Wiosny Ludów”, lecz trudno oprzeć się wrażeniu, iż jest to raczej myślenie życzeniowe i zaklinanie rzeczywistości. Nikt tak naprawdę nie wie, co przyniesie naruszenie politycznego status quo w Tunezji, czy Egipcie, lub ewentualne rozlanie się destabilizacji na cały region. Autorytarni „prezydenci”, którzy wbrew swojej woli znaleźli się nagle na scenie nowej „Wiosny Ludów”, posiadają/posiadali zdecydowanie prozachodnią orientację i proweniencję; zostali wyniesieni do władzy jako zapora przed fundamentalizmem islamskim, zaś geopolitycznie sprzyjali „amerykańskiemu szatanowi”, wbrew wyraźnej woli swoich narodów. Nienawidzi ich arabska ulica, demaskując jako agentów USA, nienawidzą ich islamscy przywódcy religijni, wprost wzywający do walki o nowy porządek. Nienawidzą ich całe rzesze bojowników, którzy pójdą za ich głosem i sięgną po karabiny, jeśli wyborcze urny nie przyniosą upragnionego odrodzenia. Widzimy zatem, że w porewolucyjnych państwach arabskich nastanie „wolności, demokracji i praw człowieka” nie jest jedynym możliwym, ani nawet najbardziej prawdopodobnym scenariuszem wydarzeń. Brzask nowego porządku, który wyłoni się sponad ruin obalonych satrapów Waszyngtonu, może bardzo zadziwić entuzjastów arabskiej „Wiosny Ludów”.

Rewolucja w Tunezji, Egipcie, być może także w Arabii Saudyjskiej i Jordanii, gdzie zbliżają się zainicjowane w Sieci „Dni Gniewu”, rosnące ceny ropy, widmo zablokowania Kanału Sueskiego, panika na giełdach, straty banków, które dopiero co podniosły się po niedawnym kryzysie finansowym… Plony wojny informacyjnej i buntu zrodzonego w obszarze nowego uniwersum trafiły na podatny grunt. Płomień destabilizacji w przestrzeni przepływów spłynął bezpośrednio na rzeczywistość polityczną, która może zaowocować poważnym demontażem części amerykańskiej strefy wpływów i ogólnym upadkiem ekspozytur atlantyzmu w regionie. Trudno przewidzieć, czy jego płomień nie dotrze w jakiejś formie także i do nieodległej przecież Europy, choćby pod postacią nowego, dotkliwszego jeszcze kryzysu – dotkliwszego, bo następującego tuż po poprzednim. Wielka Depresja niewątpliwie przyczyniłaby się do tąpnięcia europejskiego establishmentu pod jego własnym ciężarem. Wolność to zaciskająca się pętla dla tego status quo.

Bartosz Bekier

(1) M. Castells, „Społeczeństwo sieci”, PWN, Warszawa 2007

(2) Tamże

(3) D. McQuail, „Teoria masowego komunikowania”, PWN, Warszawa 2008

(4) http://www.msnbc.msn.com/...ks_in_security/

(5) DDoS (ang. Distributed Denial of Service) – atak na system komputerowy lub usługę sieciową w celu uniemożliwienia działania poprzez zajęcie wszystkich wolnych zasobów, przeprowadzany równocześnie z wielu komputerów (np. zombie).

niedziela, 13 lutego 2011

Adam Danek: O potrzebie pisarstwa heroicznego

Do ogólnego nastroju przenikającego tak zwane społeczeństwa rozwinięte, a także panującego w życiu naszego własnego Kraju (raz zaliczanego do rozwiniętych, a raz nie) doskonale pasuje określenie użyte niegdyś przez Ernsta Jüngera (1895-1998) dla scharakteryzowania życia republiki weimarskiej – „atmosfera bagna”. Wokół siebie obserwujemy bezprecedensowy co do głębi i skali rozkład więzi wspólnotowych – dotykający wspólnoty wszelkiego szczebla: religijne, państwowe, narodowe, lokalne, zawodowe, a nawet rodzinne. Jego najważniejszym symptomem jest zanik etosów właściwych dla poszczególnych rodzajów wspólnot. A przy tym ów rozpad jakby nikogo nie obchodzi. Systemy moralne i ideowe wydają się nie wywoływać już żadnych poruszeń w obracającej się stopniowo w kompost ludzkiej masie. Tylko jedna wizja ciągle potrafi skłonić ludzi do znoszenia niewygód, do samozaparcia i poświęcenia – wizja dobrobytu, ale pojmowanego jednowymiarowo, spłaszczonego do jego najniższego aspektu: sytości materialnej. Od całej reszty współcześni chcą mieć święty spokój i złoszczą się na każdego, kto próbuje ich przekonywać, że człowiek powinien się poświęcać dla (i w imię) czegoś innego, niż pełen garnek czy portfel. Kwestie, które jeszcze trzy pokolenia temu budziły troskę przynajmniej najlepszej części każdej z warstw społecznych – takie, jak moralność publiczna, kondycja narodu, wychowanie następnej generacji i konieczne dla niego wzorce, niepodległość państwa, jego bezpieczeństwo, prestiż na arenie międzynarodowej, jego siła, dająca oparcie narodowi – zobojętniały dziś do tego stopnia, że kompletnie nie istnieją w świadomości społecznej. Zdumienie i kpiące uśmiechy wywołuje sam fakt, iż można się nimi interesować, zamiast zajmować się „prawdziwym życiem”.

Oto więc społeczeństwo dzisiejszej doby: bezkształtna, chorobliwie bezbarwna zbieranina atomów kręcących się wokół samych siebie, kierowanych jedynie egoistycznymi popędami. W ślad za wyczuwalnymi i obserwowalnymi trendami epoki podąża, jak zwykle, literatura. Społeczeństwa rozwinięte, jak same się chlubią, osiągnęły niespotykany nigdy wcześniej poziom alfabetyzacji, dzięki czemu ich członkowie mogą być w każdym roku budżetowym zalewani tysiącami bełkotliwych powieści-produkcyjniaków o sprawach na czasie: życiu „singli”, życiu „trzydziestolatków”, życiu dorosłych niedojrzałych do własnego wieku (kidultów), życiu „gejów”, życiu prostytutek, życiu alkoholików, życiu meneli, życiu „zbuntowanych nastolatków”, życiu japiszonów, życiu samobójców, życiu narkomanów, życiu rozwodników… i tak dalej. Tonami literackiego wypełniacza pozbawionego jakiejkolwiek myśli, jakiejkolwiek treści poza mniej lub bardziej (lub wcale) skrywaną fascynacją zepsuciem. A to jeszcze produkcyjniaki wyrabiane dla tej części sproletaryzowanego mentalnie „rynku”, która chce we własnych oczach uchodzić za czytelników literatury ambitnej. Kto zaś zliczy sensacyjne, przygodowe i romansowe chałtury wypluwane przez aparat marketingu i reklamy dla większości nowoczesnego proletariatu, która nawet takich „ambicji” nie przejawia?

Czy jednak polska literatura na początku dwudziestego wieku stała przed łatwiejszym zadaniem, niż na początku dwudziestego pierwszego? Na arenie międzynarodowej sprawa polska uchodziła wtedy od dłuższego czasu za szczęśliwie pogrzebaną, ku uldze niemal wszystkich liczących się rządów i ich dyplomatów. W ówczesnej kulturze panowała moda na upajanie się wyziewami własnego gnicia, nie mniej ostentacyjne niż dzisiaj. Wtedy także opatrywano tę żałosną skłonność mądrymi nazwami: modernizm, dekadentyzm, „wiek nerwowy”, fin de sičcle, podobnie jak dzisiaj do znudzenia gada się o „postmodernizmie”. Nastroje w polskim społeczeństwie nie skłaniały do triumfalizmu. Myli się ten, kto sądzi, że postpolityka, owo poddawanie się nurtowi wydarzeń połączone z niechęcią do grzebania się w jakichkolwiek ideach i koncepcjach politycznych, została wynaleziona dopiero po II wojnie światowej. W Polsce dawało się wyczuć pragnienie wielkich przemian – przy równie odczuwalnej niechęci do zrobienia czegokolwiek na ich rzecz. Działalność mniejszościowych środowisk, które postulowały wywołanie tych mgliście oczekiwanych przez ogół zmian, w praktyce często wywoływała u rodaków zaniepokojenie lub rozdrażnienie zamiast oczekiwanego oddźwięku. I wynikało to nie tyle z konserwatyzmu Polaków, z jakiegoś świadomego przywiązania do ładu zapewnianego przez trzy monarchie, ile raczej z prozaicznej ludzkiej skłonności do przyzwyczajania się do tego, co istnieje obecnie bez szukania sobie dodatkowych problemów. Domorośli politycy wyżywali się w kawiarnianych, piwiarnianych i imieninowych dyskusjach, w publicystyce frazes patriotyczny był jak zawsze w cenie, ale poza przysłuchiwaniem i udzielaniem się w pierwszych czy lekturą drugiego w gazetach trzeba było pracować i robić interesy, zajmować się prawdziwym życiem, a nie myśleć o głupotach.

Na przełomie stuleci senny bulgot nadwiślańskiego bagna przeciął nagle ostry głos surm, za którym wdarł się marszowy brzęk pancerzy i rycerskich ostróg: Wyspiański. Czym dla obudzenia mózgu narodu było prowadzone w cieniu już od szeregu lat dzieło Józefa Piłsudskiego (1867-1935), Romana Dmowskiego (1864-1939) i Władysława Studnickiego (1867-1953), to dla zbudzenia ducha narodu uczynił „piąty Wieszcz”, prostując im ścieżki do serc Polaków. Przebudzenie jednak rzadko bywa przyjemne. W dwóch genialnych dramatach narodowych, „Weselu” (1900) i „Wyzwoleniu” (1902), Wyspiański dał porażający obraz polskiego społeczeństwa: paraliżu woli, duchowego rozkładu, zatracenia się w prywatnym wygodnictwie, marazmu, zniewieścienia, tromtadrackiej pozy zastępującej myślenie polityczne, rozbuchanych, choć niekonkretnych marzeń o zmartwychwstaniu Polski zmieszanych z obojętnością na własną niemoc; analogiczną diagnozę postawił później Wacław Berent (1873-1940) w poświęconej tym samym zagadnieniom znakomitej powieści „Ozimina” (1911). A przecież, mimo całej ostrości sądu, obaj wielcy literaci nie konstatowali po prostu ze smutkiem pogodzenia się Polaków z rolą tworzywa historii, lecz szukali z niej drogi wyjścia; nie załamywali tylko rąk nad polską niezdolnością do akcji, lecz wzywali do jej przezwyciężenia. Obok partykularnej sprawy polskiej zajmowali się także bardziej uniwersalnym problemem nurtującego Europę kryzysu normatywnego, rozrostem dekadencji i zwątpienia. W ich utworach jako odpowiedź na kryzys kultury wydawało się rozlegać wołanie o heroiczny Czyn dla wspólnoty narodowej, odradzający ją w działaniu. Jednocześnie i Wyspiański, i Berent ukazali z całą jaskrawością, że społeczeństwo jest wiecznie niegotowe do Czynu, wiecznie wczorajsze. Swoje przesłanie adresowali więc zapewne nie do szerokich rzesz narodu, ale do jego awangardy, chcąc, by wcieliła się w Spenglerowski los, co wlecze za sobą w przyszłość oporną większość.*

Tradycjonaliści i koła konserwatywne nie wykazali wówczas zainteresowania obmyślaniem i przygotowywaniem Czynu. I w tym sensie zawiedli, nie wyczuwając doniosłości momentu historycznego, co dziwi tym bardziej, że właśnie konserwatyści odznaczali się zawsze najgłębszym rozumieniem historii i największą przywiązywali do niego wagę w swej myśli politycznej. Nigdy się nie dowiemy, jak potoczyłaby się historia Polski podczas „wojny powszechnej ludów” i jakie oblicze ideowe przyjęłaby odbudowana polska państwowość, gdyby we właściwym czasie podjęli owo zadanie. Skoro jednak omieszkali to uczynić, sztandar heroicznego Czynu podnieśli pisarze lewicowi, związani z narodowym skrzydłem ruchu socjalistycznego. Proces przebudzenia „żołnierza politycznego” rewolucji, próby, przez jakie musiał on przejść, jego zmagania z konformizmem większości rodaków i tragiczne często konsekwencje życiowe jego walki przedstawiali Gustaw Daniłowski (1871-1927) w powieściach „Z minionych dni” (1902) i „Jaskółka” (1907), Stanisław Brzozowski (1878-1911) w powieści „Płomienie” (1908) czy Andrzej Strug (wł. Tadeusz Gałecki, 1871-1937) w cyklu opowiadań „Ludzie podziemni” (1908) i powieści „Dzieje jednego pocisku” (1910). W pewnej mierze kontynuowali oni tradycję pisarską tworzącego wcześniej Józefa Atanazego Rogosza (1844-1896), kombatanta powstania styczniowego i demokratycznego radykała, autora utworów poświęconych galicyjskim spiskom niepodległościowym z lat czterdziestych XIX wieku, m.in. powieści „Marzyciele” (1881) i „Dla idei” (1885). Lewicowe poglądy społeczne, artykułowane w dziełach tych socjalistycznych pisarzy, można odsunąć na bok, doceniając je jako pierwsze od dawna przejawy zainteresowania polskiej literatury dynamiką Czynu i procesem jego narodzin, dalekie przy tym od idealizacji, jakiej temat ów poddawano w epoce romantyzmu. W Polsce niepodległej literatura przyzywająca nowe pokolenie do Czynu przestała stanowić domenę patriotycznego skrzydła lewicy. To czas, kiedy związany z ONR katolicki pisarz Władysław Jan Grabski (1901-1970) tworzy trylogię opisującą drogę „żołnierzy politycznych” narodowego radykalizmu, złożoną z powieści „Bracia” (1934), „Kłamstwo” (1935) i „Na krawędzi” (1936); czas, kiedy znany działacz i publicysta obozu narodowego Jędrzej Giertych (1903-1992) wydaje thriller polityczny „Zamach” (1938), opowiadający o walce nacjonalistycznej konspiracji z żydowskimi siłami lewicowego przewrotu.

Okrąg wieku się zamknął. Dziś, na początku XXI stulecia, znów otacza nas wszechobecne zwątpienie, wzbiera anomia, nabrzmiewa ropniem kryzys kultury. Raz jeszcze nastała, opisana niegdyś przez narodowego mesjanistę Jerzego Brauna (1901-1975), „ginąca era”. Nasz czas gnije. Ale wyziewy tego, co gnije, niekiedy okazują się zapalne. Znów potrzeba pisarstwa heroicznego, porywającego dusze czytelników, zwłaszcza młodego pokolenia – literatury, która wołałaby o Czyn, nawet gdyby początkowo miała wołać na puszczy – iskry w zapalnej atmosferze. Współczesna produkcja literacka szerzy modę na zniewieściałą „wrażliwość” oraz na upajanie się własną niekontrolowaną emocjonalnością. Jednak człowiek prawdziwie wrażliwy musi w końcu odnaleźć w sobie dziedzictwo przodków, którego dogłębne odczucie i przeżycie zakorzenia go we wspólnocie narodowej. Drogę tę przebył francuski pisarz nacjonalistyczny Maurice Barrčs (1862-1923), streszczając ją później w formule: „Kocham nade wszystko mój świat wewnętrzny, ale w nim odkrywam świat narodowy – staję się przeto dzieckiem narodu.” Ukazać tę drogę – to zadanie dla młodszych polskich pisarzy, często utalentowanych i umiejących trafić do czytelnika, lecz grzęznących w banalnej, bezideowej komercji. Przymusowa „powszechna edukacja” rzekomo zapewnia dziś wszystkim, niezależnie od miejsca urodzenia i statusu rodziny, bezprecedensowo swobodny rozwój zdolności. Gdzie zatem są prozaicy dzisiejszej doby na miarę Gustawa Daniłowskiego, Stanisława Brzozowskiego, Władysława Jana Grabskiego, Jędrzeja Giertycha, Juliusza Kaden-Bandrowskiego (1885-1944), Leonarda Fursa-Żyrkiewicza (1900-1965, ppłk dypl.), Andrzeja Trzebińskiego (1920-1942), gdzie poeci pokroju Edwarda Słońskiego (1872-1926), „Barda Czwartaków” Władysława Orkana (1875-1930), legionowego żołnierza zwiadu Stanisława Długosza (1891-1915), Bolesława Niemiry, Aleksandra Sygryca, Stanisława Szarskiego? W społeczeństwie zdominowanym, przynajmniej medialnie, przez skarlałe lub złamane charaktery, potrzeba jak nigdy literatury, która będzie wychowywać i inspirować ludzi Czynu. Nie słabeuszowskiej kultury, która fascynuje się własnym rozkładem, nie głosu duszy, która upaja się smrodem własnego gnicia, lecz literatury, która ponownie zwiąże zerwaną nić, łączącą współczesnych z minionymi generacjami. I zamieni tę nić w lont.

Adam Danek

* Chodzi o zaczerpniętą z pism Seneki sentencję „Ducunt fata volentem, nolentem trahunt” (łac. chcących losy prowadzą, niechętnych wloką), którą rewolucyjno-konserwatywny filozof Oswald Spengler (1880-1936) zamknął swe epokowe dzieło „Zmierzch Zachodu” (1918-1922). Kilka lat wcześniej od Spenglera użył jej do podsumowania swych rozważań inny rewolucyjny myśliciel – Lenin, w pracy „Oportunizm i krach II Międzynarodówki” (1916).