FALANGA

Oficjalny blog publicystyczny Falangi

Przeszukaj blog

środa, 29 września 2010

Powrót polskiej geopolityki

W Polsce, podobnie, jak w wielu państwach świata, można obecnie zaobserwować renesans zainteresowania geopolityką. Zainteresowanie to, jak zwykle w przypadku popularnych tematów, ma jednak w większości charakter powierzchowny. W mediach papierowych i elektronicznych wszelakiego autoramentu używa się na co dzień terminów „geopolityka” i „geopolityczny” w rozbrajająco wręcz dowolny sposób. Pomimo owego medialnego szumu oryginalny dorobek polskiej geopolityki, rozwijany od drugiej połowy XIX wieku, pozostaje raczej nieznany, wyjąwszy wąskie środowiska akademickie i eksperckie – paradoksalnie, bo jego twórcy zazwyczaj adresowali swe dzieła do szerokich rzesz czytelników.

Oczywiście, należy brać pod uwagę, iż w okresie rządów komunistycznych prace polskich geopolityków z reguły nie mogły się ponownie ukazać ze względu na cenzurę ideologiczną; przemknął się przez nią jedynie wybór pism Włodzimierza Wakara (1885-1933), wydany w 1984 r. pod tytułem „Polski korytarz czy niemiecka enklawa”. Dwie dekady to jednak wiele czasu, by nadrobić tego rodzaju zaległości. Tymczasem w ciągu dwudziestu lat po (rzekomym) „upadku komunizmu” w (rzekomo) „wolnej Polsce” wznowiono (dwukrotnie – w 1994 i 2009 r.) zaledwie jedno z kanonicznych dzieł polskiej geopolityki: „Między Niemcami a Rosją” (1937) autorstwa Adolfa Bocheńskiego (1909-1944), a ponadto niektóre z mniejszych pism Włodzimierza Bączkowskiego (1905-2000).

Na tej wydawniczej pustyni prawdziwe uznanie powinna wzbudzić inicjatywa prawicowego wydawnictwa Antyk. Oddało ono niedawno do rąk czytelników naraz cztery prace wybitnego geopolityka Władysława Studnickiego (1867-1953) – książki: „Rosja w Azji Wschodniej” (1904), „Sprawa polska” (1910), „Kwestia Czechosłowacji a racja stanu Polski” (1938) i „Wobec nadchodzącej II-ej wojny światowej” (1939).

Studnicki – monarchista, konserwatysta i nacjonalista – przed I wojną światową był czołowym teoretykiem antyrosyjskiej irredenty; jako jeden z pierwszych zaczął promować ideę tworzenia polskich formacji zbrojnych do walki z Rosją. W 1914 r. postulował budowę na drodze wojennej „państwa polskiego, złączonego unią realną lub dynastyczną z Austrią i Węgrami”. Odrodzone państwo polskie miało odznaczać się daleko wysuniętymi wschodnimi granicami, opartymi na linii Dźwiny i Berezyny lub nawet górnego Dniepru. Studnicki przewidywał włączenie do niego Wołynia, ziemi kowieńskiej oraz części Łotwy. W jego wizji Lipawa miała stać się polskim miastem portowym, zapewniającym Polsce geoekonomiczny dostęp do Bałtyku. Przez wiele lat utrzymywało się powszechne przekonanie, iż to właśnie ten proniemiecko nastawiony myśliciel i polityk doprowadził do wydania przez cesarzy Wilhelma II i Franciszka Józefa I w 1916 r. Aktu 5 Listopada, odtwarzającego Królestwo Polskie (którego stopniową likwidację, rozłożoną w czasie na wiele lat, sukcesywnie prowadził carat w odwecie za powstanie styczniowe). W okresie międzywojennym Studnicki propagował projekt budowy bloku państw Europy Środkowej i Wschodniej, zrzeszonych pod egidą Niemiec (z opcjonalnym udziałem Francji), w którym drugie co do ważności miejsce zajęłaby Polska. Koncepcja ta wywołała dyskusję we francuskim parlamencie, a także nerwowe reakcje władz ZSRS, zaniepokojonych jej antysowieckim ostrzem. Podczas II wojny światowej Studnicki wielokrotnie próbował – za przyzwoleniem władz Państwa Podziemnego lub wręcz na ich polecenie – wyjednać u niemieckiego rządu wstrzymanie zbrodniczej względem Polski polityki masowych represji, prześladowania ludności i niszczenia dóbr narodowej kultury. Próby te przypłacił internowaniem w Niemczech (1940) oraz więzieniem na Pawiaku (1941-1943).

Większość z wydobytych z niepamięci przez Antyk geopolitycznych prac Studnickiego wznawiana jest po raz pierwszy od czasów pierwotnej publikacji. Wyjątek stanowi książka „Wobec nadchodzącej II-ej wojny światowej”, wznowiona już wcześniej przez toruńską oficynę Adam Marszałek w wydawanym w latach 2000-2002 czterotomowym wyborze pism myśliciela. Oddając toruńskiemu wydawnictwu należną zasługę przywrócenia postaci i spuścizny Studnickiego polskiemu czytelnikowi, wypada zauważyć, iż nie zachowało ono przy tym integralności tekstów, które obfitowały w opuszczenia. Przygotowane przez Antyk wydanie dzieł niepokornego konserwatysty ma natomiast charakter reprintu, dając czytelnikowi możliwość bezpośredniego obcowania z oryginalnym ich tekstem, bez żadnych ingerencji ze strony wydawcy.

Radując się z powrotu polskiej geopolityki na półki księgarń, czekamy teraz na wznowienia prac geopolitycznych prof. Eugeniusza hr. Romera (1871-1954), prof. Jerzego Smoleńskiego (1881-1940), prof. Stanisława Pawłowskiego (1882-1940), płk Henryka Bagińskiego (1888-1973), płk Ignacego Matuszewskiego (1891-1946), Stanisława Cata-Mackiewicza (1896-1966), doc. Konstantego Grzybowskiego (1901-1970), kpt. Jerzego Niezbrzyckiego (1902-1968), prof. Marii Kiełczewskiej-Zaleskiej (1906-1980), geostrategicznych mjr Romana Umiastowskiego (1893-1982), geohistorycznych prof. Oskara Haleckiego (1891-1973) i prof. Zygmunta Wojciechowskiego (1900-1955). Posiadanie przez naród żywej i zarazem samodzielnej myśli geopolitycznej, geostrategicznej i strategicznej jest warunkiem sine qua non realizowania przez niego samodzielnej polityki zagranicznej i strategii. Współczesna Polska, zupełnie pozbawiona samodzielności w tych ostatnich dziedzinach, nie odzyska jej nigdy bez intensywnej pracy nad rozwojem tej pierwszej.



Adam Danek

wtorek, 24 sierpnia 2010

Przemówienie rzecznika prasowego Falangi, Ronalda Laseckiego w rocznicę wejścia w życie Traktatu waszyngtońskiego

24 sierpnia 1949 roku wszedł w życie Traktat północnoatlantycki, co dało początek dzisiejszej Organizacji Paktu Północnoatlantyckiego. Zarówno sam fakt historyczny jak i powstała w jego konsekwencji NATO zasługują na ocenę negatywną. Poniżej postaram się wskazać krótko, dlaczego tak uważamy.

Polityka zagraniczna i międzynarodowy rozkład sił pozostają w ścisłym związku z występowaniem określonej ideologii na danym obszarze, poddanym dominacji konkretnego ośrodka siły. Nietrudno zauważyć, że międzynarodowe oddziaływanie komunizmu współzależało z możliwościami projekcji siły przez państwa będące jego instytucjonalnymi wehikułami. Wcześniej, żywotność idei konserwatywnych i tradycjonalistycznych wiązała się z siłą państw i instytucji stojących na ich straży. Stare europejskie monarchie zrzeszone w Świętym Przymierzu broniły i same były emanacją idei Restauracji. Od tamtych czasów nic się nie zmieniło i wciąż możliwość uporządkowania życia doczesnego na wzór określonego porządku idei zależy od siły, sprawności i zaplecza tych, którzy zadania tego uporządkowania się podejmują.

Mając to właśnie spostrzeżenie na uwadze, należy wskazywać na historyczne i geopolityczne konsekwencje podporządkowania Europy amerykańskiemu hegemonowi w ramach NATO. Hegemonia Stanów Zjednoczonych ma bowiem wymiar militarny, którego wyrazem jest właśnie NATO, do wymiaru tego jednak się nie ogranicza. Realizuje się także poprzez oddziaływanie ideologiczne i kulturowe, przekształcając świadomość Europejczyków tak, że poczuwają się oni do wspólnoty z Amerykanami i identyfikują z ich wartościami, ideologią i punktem widzenia. W ten sposób, zależność przestaje być czymś wymuszanym, staje się natomiast stanem akceptowanym, naturalnym i pożądanym. Dostrzegając tą podstępną naturę amerykanizmu, włoski myśliciel tradycjonalistyczny Julius Evola (1898-1974)pisał w 1945 r. „z dwóch wielkich niebezpieczeństw zagrażających Europie – amerykanizmu i komunizmu – pierwsze z nich jest bardziej zdradliwe. Zagrożenie komunistyczne przybiera bowiem formę brutalną i katastrofalną; oznacza bezpośrednie przejęcie władzy przez komunistów. Tymczasem amerykanizacja postępuje metodą stopniowej indoktrynacji, wiążącej się ze zmianami mentalności i przekształceniami na poziomie drugorzędnej sfery obyczajowości, czego skutkiem jest zasadniczy przewrót i rozkład, którym przeciwdziałać można tylko prowadząc walkę wewnętrzną.” Wskazując na walkę prowadzoną we wnętrzu własnej duszy jako na jedyny sposób oparcia się amerykanizacji, Evola nie miał racji. Amerykanizm bowiem karmi się siłą gospodarczą, medialną i wojskową Stanów Zjednoczonych i ich państw klienckich. Zależność wojskowa powoduje zależność polityczną, ta zaś przekłada się na konkretne posunięcia w polityce wewnętrznej, w gospodarce, w oświacie. Zalew amerykańskich filmów, kreskówek, komiksów, seriali, literatury, amerykańskich zabawek, wzorowanych na amerykańskim, stylu bycia, sposobów organizacji rozrywki i spedzania czasu wolnego, możliwe są w warunkach liberalnej, dopuszczającej swobodny przepływ idei, towarów, usług i osób, polityki prowadzonej przez rządzące oligarchie, legitymizujące swoją władzę przy pomocy odpowiednio przetworzonej w Stanach Zjednoczonych ideologii demoliberalnej. Państwa zachowujące niezależność od Stanów Zjednoczonych, bez różnicy czy są to tradycjonalistyczny Iran, komunistyczna Kuba lub Korea Północna, socjalistyczna Wenezuela, Boliwia lub Ekwador, mniej lub bardziej konsekwentnie izolują też i tym samym, przy pomocy stosowanego przez siebie protekcjonizmu, chronią swoje własne społeczeństwa od zalewu amerykańskiej zgnilizny.

Państwa takie jak wymienione, podobnie jak inne ośrodki siły autonomiczne wobec Stanów Zjednoczonych lub tylko do takiej roli aspirujące, wśród których wymienić można zarówno tradycjonalistycznych islamskich integrystów z Hamasu lub Hezbollahu jak i latynoamerykańskich populistów i lewicowych nacjonalistów jak bracia Ollanta i Antaure Humala z Peru, osłabiają monopol ideologiczny i polityczny Stanów Zjednoczonych, pluralizują stosunki międzynarodowe, podważają monocentryczny charakter porządku światowego, obiektywnie przyczyniają się do rozproszenia, tak więc również do bardziej równomiernego rozłożenia sił politycznych. Dlatego właśnie mnożenie się tego rodzaju inicjatyw poszerza możliwości działania wszelkich podmiotów kontestatorskich, kruszy i rozbija demoliberalny monolit współczesnej globalizacji, demaskuje kłamstwo demokratyczno-prawoczłowieczego nowego, wspaniałego świata.

Przeciwna tendencję reprezentuje NATO, z jednej strony utrwalające amerykańską dominację nad Europą oraz umożliwiające Amerykanom swobodne korzystanie z europejskich zasobów, z drugiej zaś, służące do wyprowadzania zeń uderzeń w ośrodki amerykanizacji się opierające, choćby tak, jak miało to miejsce w przypadku Serbii, podczas wojny w Bośni i Hercegowinie, gdy NATO w latach 1992-1995 udzielało pomocy przeciwnikom Serbii, lub podczas wojny o Kosowo, pomiędzy marcem a kwietniem 1999 r. Jednostki i potencjał europejskich państw członkowskich NATO zostały także użyte do pacyfikacji przez Stany Zjednoczone okupowanych przez nie Afganistanu i Iraku. Użycie NATO poza jego obszarem traktatowym możliwe stało się w wyniku szeregu decyzji podjętych w 1992 r. przez naczelny organ kierowniczy Sojuszu w postaci Rady Północnoatlantyckiej, oraz braku prawnomiędzynarodowej autoidentyfikacji NATO jako „porozumienia regionalnego” w dającym mu początek Traktacie waszyngtońskim.

NATO jest zatem instrumentem umacniania, konserwowania i rozszerzania monocentrycznego porządku międzynarodowego, sprzyjającego inwazji kolejnych krajów przez amerykanizm. Amerykanizm jest niczym innym jak wyzuciem z tożsamości i odcięciem od przeszłości. Amerykański self-made man to istota bez historii, przeszłości i tradycji. Jest przekonany, że może zostać, kimkolwiek zechce, pod warunkiem nabycia odpowiednich kwalifikacji. Różnice między ludźmi, podobnie jak pojęcia dystansu i szacunku tracą w tym przypadku wszelki sens. Zniesione zostają osobowość i różnorodność. Należący do bezkształtnego świata ilości indywidualizm zastępuje wśród Amerykanów nieznane im i niezrozumiałe dla ich prymitywnych umysłów pojęcie osobowości. Amerykanin to istota wykorzeniona, której wizerunku nie stanowi twarz, lecz maska. Amerykanin zmienia maski, w zależności od zewnętrznej presji, której go się poddaje, wewnątrz jednak jest pusty, przypomina zombie. Hołdując materializmowi, Amerykanin żyje, by się bogacić. Stan posiadania i sukces materialny są dla niego miarą wartości człowieka. Nie zna zakorzenienia w czasie i historii, nie zna powinności, honoru, tradycji. Patriotyzm wywodzi z przyznanych sobie konstytucyjnie swobód i praw politycznych, w obliczu podwyżki podatków nic dla niego nie znaczy wierność swemu monarsze i jego dynastii. Amerykanin nie rozumie, że człowiek żyje na ziemi nie po to, by się bogacić, lecz by osiągnąć wyższy wymiar egzystencji, czyli stan ducha, który jest dla Amerykanów nieosiągalny. Cywilizacja amerykańska zastępuje organicyzm mechanicyzmem. Przyroda, krajobraz, nie są tam depozytem, który należy troskliwie pielęgnować i traktować z miłością i szacunkiem należnym pięknemu i kunsztownemu dziełu stworzenia, lecz rabunkowo eksploatowanym źródłem zasobów. Amerykanin nie zna miłości – tamtejsze kobiety oddają się byle komu i byle jak, pozwalają obłapiać po powierzchownym jedynie zapoznaniu, ponieważ intymność ma dla nich rangę tą samą, co podrapanie się po głowie. Oziębły, wyprany z uczuć i pozbawiony duchowej głębi Amerykanin jest nieodrodnym synem epoki nowożytnej – czasu liczb, maszyn, kursów walutowych, telefonów komórkowych, „cybersexu”, hamburgerów i sieci barów szybkiej obsługi, kłamliwie i bezpodstawnie nazywanych niekiedy „restauracjami”. Amerykanin jest bękartem protestantyzmu i liberalizmu. Po swych wiarołomnych rodzicach odziedziczył syfilis egalitarnej demokracji i hedonistycznego materializmu, któremu nadał imię „Cywilizacji Zachodniej” i którym chce zarazić ludy i narody reszty świata, by stały się podobnie duchowo oszpecone i zdegenerowane, jak on sam.

To umocnieniu i zapewnieniu dominacji takiej właśnie „Cywilizacji Zachodniej” ma służyć Sojusz Północnoatlantycki. Będzie to handlowa i komercjalna cywilizacja kupców i bankierów, w której nawet powierzchnia nieba zostanie rozparcelowana i wydzierżawiona na reklamy papieru toaletowego i proszków do prania. Ameryka to Sea Power, talassokracja – świat płynny i bezkształtny, wciąż zmienna, zarazem zaś przerażająco monotonna otchłań. Otchłań ta – oddana już w samej nazwie Organizacji Paktu Północnego Atlantyku – pochłonęła Europę, topiąc w swych czeluściach jej niepowtarzalną kulturę. Rozlewa się na cały świat, sięgając dziś nawet archaicznych plemion Azji Środkowej.

Przeciwstawić się NATO i amerykanizmowi - tej czarnej dziurze, w którą ludy, narody, rasy, religie, plemiona i tradycje wciągane są przez potężne siły konsumpcjonistycznego i popkulturowego przyciągania, następnie zaś przez nie rozrywane na nieodróżnialne od siebie "jednostki", we wnętrzu której to czarnej dziury przestają obowiązywać dotychczasowe, znane zasady organizujące narody kulturalne, otwiera się zaś być może, przejście do przyszłego „świata na opak”, odmiennego we wszystkich swych cechach od naszego świata - należy mobilizując każdą możliwą przeciw nim opozycję. Czy będzie to muzułmański terrorysta taranujący samolotem pasażerskim wieżowce World Trade Center, czy chiński lub koreański komunista grożący Ameryce i jej lokajom użyciem rakiet z głowicami nuklearnymi, czy latynoamerykański guerrillero strzelający do Gringos, czy wreszcie europejski faszystowski lub lewacki (a niekiedy czerpiący z obydwu tych nurtów równocześnie) terrorysta podkładający bomby pod amerykańską ambasadą. Tradycjonaliści i komuniści, „czarni” i „czerwoni”, muszą dziś wystąpić wspólnie przeciw demoliberalnej amerykańskiej „międzynarodówce lodówek”.

Przeciwstawić się NATO i amerykanizmowi, znaczy dzisiaj sformułować najszerszą platformę porozumienia ruchów kontestacyjnych, przez stworzenie przeciwieństwa ideałów wyłożonych w pracy amerykańskiego politologa Karla Poppera „Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie”, na kartach której przedstawiony został logicznie dopełniony amerykanizm. Tak więc wspólny program minimum antysystemowej i antyamerykańskiej opozycji powinien zawierać elementy takie jak resakralizacja państwa, życia, i świata, totalizm, antyliberalizm i antyindywidualizm, kastowość, społeczny organicyzm i konserwatyzm, kult śmierci i terroryzm. To będzie nasza rewolucja – jak napisał rosyjski tradycjonalista integralny Aleksander Dugin (ur. 1962 r.), „ostatnia rewolucja, dzieło acefała, bezgłowego nosiciela krzyża, sierpa i młota, ukoronowanego wieczną swastyką słońca”.

Ronald Lasecki

(Przemówienie wygłoszone pod Ambasadą USA w Warszawie 22 sierpnia A.D. 2010)

piątek, 23 lipca 2010

Filozofia i służby specjalne

W 1999 r. ukazał się nietypowy artykuł poświęcony myśli wybitnego konserwatywnego filozofa polityki Leo Straussa (1899-1973). Nosił on tytuł „Leo Strauss i świat wywiadu” i został napisany przez dwóch amerykańskich autorów – Abrama Shulsky’ego i Garry’ego Schmitta. Shulsky, sam z wykształcenia filozof, studiował u Straussa i pod jego kierunkiem przygotował swą pracę doktorską. Znany stał się jednak nie tyle dzięki swym osiągnięciom na polu filozoficznym, ile jako dyrektor istniejącego w latach 2002-2003 Biura Planów Specjalnych – amerykańskiej komórki wywiadowczej, która brała czynny udział w przygotowaniu inwazji USA na Irak. Następnie kierował Zarządem d.s. Iranu – instytucją utworzoną w 2006 r. do walki z irańskim wywiadem. Drugi z autorów, Garry Schmitt, na początku lat osiemdziesiątych zasiadał w komisji do spraw wywiadu przy senacie USA. W latach 1984-1988 zajmował stanowisko dyrektora Prezydenckiego Komitetu Doradczego d.s. Wywiadu Zagranicznego; później pracował między innymi w Konsorcjum Studiów w Grupie Roboczej d.s. Reformy Wywiadu oraz jako doradca w amerykańskim Departamencie Obrony. Shulsky i Schmitt przekonywali, iż założenia filozofii politycznej Straussa mogą być z powodzeniem zastosowane w metodach analiz używanych przez amerykańskie centra wywiadowcze, co pozwoli skorygować pewne słabości dotychczasowej pracy analitycznej tych ostatnich.
Wiązanie ze sobą dziedzin tak, zdawałoby się, rozbieżnych, jak filozofia i działalność służb specjalnych, to oryginalny i z pozoru ekscentryczny punkt widzenia. Niemniej – chyba nie bezpodstawny, skoro, jak pokazuje powyższy przykład, myśl filozoficzna Straussa zaprowadziła jego ucznia na wysokie stanowiska w pionie analitycznym amerykańskiego wywiadu. W rzeczywistości, adepci filozofii niejednokrotnie sprawdzali się na polu służby informacyjnej, kładąc na nim ciche, lecz niewątpliwe zasługi dla swoich ojczyzn. Zaliczał się do nich sławny angielski historiozof Arnold Toynbee (1889-1975), który podczas I wojny światowej służył w Departamencie Wywiadu Politycznego i Departamencie Informacji brytyjskiego MSZ (gdzie zajmował się głównie problemami Azji Zachodniej, ale okresowo również np. Polski). Podobnych przypadków nie brak i na naszym rodzimym gruncie. Piłsudczykowski myśliciel polityczny Adam Skwarczyński (1886-1934), absolwent wydziału filozoficznego Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, z początkiem sierpnia 1914 r. objął funkcję zastępcy komendanta Biura Wywiadowczego (znanego też jako Oddział Wywiadowczy) I Brygady Legionów Polskich i pełnił ją nieprzerwanie do zlikwidowania tej instytucji w maju 1915 r. Filozofię studiował też Stanisław Baczyński (ojciec Krzysztofa Kamila Baczyńskiego), w trakcie I wojny światowej dowódca oddziału wywiadowczo-dywersyjnego w Polskiej Organizacji Wojskowej. W 1919 r. Baczyński został oddelegowany do służby w II Odziale Sztabu Generalnego WP – rodzących się wojskowych służbach specjalnych niepodległej Polski. W jej ramach kierował działaniami dywersyjnymi strony polskiej podczas III powstania śląskiego. Warto wreszcie wspomnieć o wybitnym piłsudczyku, mistrzu konspiracji* Henryku Józewskim (1892-1981). Józewski w latach 1917-1919 współtworzył tajną Komendę Naczelną III POW, mieszczącą się w Kijowie. Początkowo odpowiadał za jej wywiad polityczny, następnie dowodził całością jej działań. Podczas wyprawy kijowskiej zajmował stanowisko wiceministra spraw wewnętrznych w popieranym przez Państwo Polskie ukraińskim rządzie Semena Petlury. W 1924 r. opublikował pod pseudonimem pracę „Hamlet”, poświęconą m.in. filozoficznym aspektom dramatu i sztuki teatralnej. Po 1945 r. kierował antykomunistyczną organizacją wywiadu politycznego, która dostarczała informacje polskim władzom na wychodźstwie aż do 1948 r.
Pytanie, czy przygotowanie filozoficzne (czy, szerzej, z zakresu humanistyki) może odgrywać rolę w pracy służb informacyjnych państwa, brzmi na pozór dziwacznie w dobie, wydawałoby się, przytłaczającej dominacji elektroniki i wysokich technologii w takich dziedzinach. Próbując na nie odpowiedzieć, Schmitt i Shulsky we wspomnianym artykule wskazywali, iż w początkowym okresie „zimnej wojny” amerykańskie instytucje wywiadowcze zachłysnęły się (coraz bardziej wówczas modnymi) metodami badawczymi nowoczesnych (neopozytywistycznych) nauk społecznych, postrzeganymi przez nie jako nad wyraz użyteczne do analizowania zebranych informacji oraz, zwłaszcza, prognozowania przyszłych decyzji i działań obcych państw. Z tego powodu zaczęły zaniedbywać zarówno wiedzę zdobywaną metodami ściśle operacyjnymi, typowo wywiadowczymi (tzw. „czarny wywiad”), jak i wiedzę o przeciwniku czerpaną z krytycznej, umiejętnej analizy materiałów pochodzących ze źródeł jawnych (tzw. „biały wywiad”). W rezultacie skuteczność amerykańskiego wywiadu obniżyła się, a wiele jego przewidywań opartych na nowatorskim podejściu okazywało się w następnych latach nietrafnymi. I tu właśnie pojawia się filozofia. Filozofia jest w znacznej mierze nauką o poznaniu rzeczywistości (epistemologią), a więc również o ułomnościach i ograniczeniach sposobów jej poznawania dostępnych dla człowieka, o rzeczywistościach fałszywych, mylnych pozorach, fikcjach udających rzeczywistość, ułudach, oszustwach i zwodzicielach, a także metodach ich rozpoznawania, o chytrych pułapkach na ludzki umysł, pozornych faktach, wreszcie o prawdach ukrytych i trudno dostrzegalnych. Filozofia uczy, jak nie dać się łatwo nabrać na rzeczywistość pozorowaną, nie wyciągać pochopnych wniosków na niedostatecznej podstawie. O trudnościach z trafnym rozpoznawaniem rzeczywistości, złudnej i pozostającej w nieustannym ruchu, oraz o poruszaniu się na jej pełnych sideł ścieżkach, pisał w swych filozoficznych rozważaniach Henryk Józewski, doświadczony szpieg i emisariusz polityczny, którego poglądy tak streszcza jego amerykański biograf prof. Timothy Snyder: „Działanie, utrzymywał, przyjmuje rzeczywistość taką, jaką ona się wydaje w danej chwili, akceptując przekonującą iluzję wynikającą z natłoku informacji zmysłowej. Osoba, która podejmuje działanie, zmienia w niedostrzegalny sposób nieskończenie wiele aspektów rzeczywistości, podobnie jak kamień wpadający do morza wywołuje fale pod jego powierzchnią. Kontemplacja bierze pod uwagę rzeczywistość, niesie jednak z sobą natychmiastową świadomość własnych ograniczeń. Osoba kontemplująca dostrzega granice swojego pojmowania, definiuje powierzchnię, poza którą oko nie sięga. Józewski twierdził jednak, że właśnie te granice umożliwiają rozumne postrzeganie zdarzeń.” ** Przywoływani wcześniej analitycy Wspólnoty Wywiadowczej USA w podobnym duchu podkreślają walory metody filozoficznej Leo Straussa, tkwiące „w jego subtelności, jego zdolności koncentrowania się na szczegółach, jego konsekwentnych sukcesach w zaglądaniu pod powierzchnię i czytaniu między wierszami, i jego pozornym zdystansowaniu”. Do najbardziej znanych osiągnięć Straussa należały przecież odkrycie sztuki „ezoterycznego” pisania dzieł i sformułowanie nauki o docieraniu do ich prawdziwego, zakrytego dla postronnych przekazu – co można określić mianem filozoficznej kryptologii.
Jakkolwiek paradoksalnie by to nie brzmiało, pewne przygotowanie z zakresu filozofii, czy w ogóle humanistyki, może okazać się wskazane w specyficznej pracy wykonywanej przez służby informacyjne państwa. W opinii piszącego te słowa (ma się rozumieć – dyletanckiej), w analizie źródeł oraz prognozowaniu działań innych ośrodków siły mogłaby na przykład znaleźć zastosowanie dziedzina tak ważna dla nauk humanistycznych, jak hermeneutyka. W swej istocie nie jest ona przecież niczym innym, niż teorią rozszyfrowywania prawdziwych znaczeń dokumentów, prześwietlania kontekstów, w jakich one się pojawiają, rekonstruowania sposobów myślenia i rozumowania obcych ludzi – nauką o przenikaniu z zewnątrz do środka cudzych umysłów. A to w sztuce wywiadowczej i kontrwywiadowczej kwestia pierwszorzędna.

Adam Danek

* Przez czternaście lat bez przerwy (1939-1953) prowadził działalność konspiracyjną w Kraju i nigdy w tym czasie nie został schwytany.

** Przeł. Bartłomiej Pietrzyk.

środa, 14 kwietnia 2010

Panteon republiki koleżków

Jesteśmy karłami, którzy wspięli się na ramiona olbrzymów.

Bernard z Chartres

W dniu, kiedy powstaje niniejsza wypowiedź, ogłoszona została decyzja – wedle wszelkiego prawdopodobieństwa podjęta wspólnie przez demoliberalną klasę polityczną oraz opanowane przez (jak go nazywa p. Stanisław Michalkiewicz) „zakon Ojców Konfidencjałów” władze polskiego Kościoła lokalnego – o pogrzebaniu zmarłego tragicznie prezydenta Republiki Okrągłego Stołu w podziemiach Archikatedry Wawelskiej, wśród polskich królów, wieszczów narodowych i wodzów. P. prof. Lech Kaczyński ma nie tylko zostać pochowany na najbardziej czcigodnej z polskich nekropolii; spocznie w Krypcie Srebrnych Dzwonów, u boku Marszałka Józefa Piłsudskiego, którego postać podobno niezwykle wysoko poważał.
Na próbę oceny biografii politycznej oraz dokonań p. prof. Kaczyńskiego brakuje tu miejsca i niniejszy tekst w żadnym wypadku nie pretenduje do takiej roli. Próbie takiej nie sprzyjałaby zresztą chwila, skoro nawet ci politycy i publicyści, od lewa (np. p. Adam Michnik) do luźno pojętego prawa (np. p. prof. Adam Wielomski), którzy za życia nie zostawiali na zmarłym suchej nitki (by wyrazić się eufemistycznie), obecnie przybierają postawę wystudiowanego „żalu”. Piszący te słowa nie zaliczał się nigdy do sympatyków p. Kaczyńskiego, zaś po jego dramatycznej śmierci nie zamierza dołączać do sformowanego naprędce chóru jego – szczerych czy obłudnych – hagiografów. Czwarty prezydent Republiki Okrągłego Stołu zapisał się w historii niewątpliwie lepiej od poprzedników – co być może nie było bardzo trudne, biorąc pod uwagę konduitę tych ostatnich. Porównując go z TW „Wolskim”, TW „Bolkiem” i TW „Alkiem”, łatwo zauważyć, iż nie wpisywał się w pewną wybitnie niechlubną prawidłowość, związaną dotychczas z fotelem prezydenckim Republiki.
Mimo to, p. prof. Kaczyński pozostał aż do końca zwykłym demoliberałem, uwikłanym w międzypartyjne kłótnie i rozgrywki. W jego politycznej sylwetce nie sposób dostrzec pierwiastków autorytetu, mocy politycznej czy Weberowskiej charyzmy. Ponadto, zarówno jego „anty-okrągłostołowi” zwolennicy, jak i „pro-okrągłostołowi” przeciwnicy równie rzadko pamiętali, iż w 1989 r. znalazł się w wąskim kręgu uczestników tajnych narad w willi komunistycznego MSW w Magdalence, stanowiących ostatni etap przygotowań do zastąpienia oligarchii PRL oligarchią Republiki Okrągłego Stołu. Na kompletnie nieadekwatne (by znów uciec się do eufemizmów) zakrawa tedy złożenie go obok męża stanu, który w 1926 r. obalił rządy parlamentarne, zgniótł partyjniacką „republikę marcową”, a kilka lat później ostatecznie pokazał partiom politycznym, gdzie ich miejsce, wysyłając partyjnych liderów do twierdzy w Brześciu Litewskim.
Myśliciele tak różni, jak Cyprian Kamil Norwid (1821-1883), Maurice Barrčs (1862-1923) i x. Prymas Stefan kardynał Wyszyński (1901-1981) w identycznych słowach wskazywali, iż groby są fundamentem Ojczyzny. Demoliberalna klasa polityczna najwyraźniej czuje się nieograniczonym przez nic (ani normami niesionymi przez tradycję, ani nawet dobrym smakiem) właścicielem tej ostatniej, skoro bez żenady sięga po otaczane najgłębszą czcią, historyczne nekropolie narodu i dysponuje nimi wedle swego uznania. Nie wystarcza jej to tylko, że za swego życia pozostanie bezkarna i nietykalna, że każdy, kto publicznie kwestionuje głoszoną przez nią samą wersję jej dokonań, zostanie zniszczony przez jej doskonale opłacanych prawników, a wcześniej jeszcze zaszczuty medialnymi „seansami nienawiści”. Domaga się czegoś więcej – sakralizacji, symbolicznego unieśmiertelnienia. Potwierdzać to wydaje się pewien ciąg, w jaki wpisuje się jej dzisiejsza decyzja. W 2004 r. udało się jej wymóc pogrzebanie w narodowym panteonie na krakowskiej Skałce „byłego poputczika” Czesława Miłosza – jak w słynnym artykule, który zakończył jego karierę publicystyczną, określił go wielki antykomunista Sergiusz Piasecki (1901-1964); noblistę-stalinistę, którego bodaj ostatnim publicznym wystąpieniem był list otwarty (podpisany przezeń wespół z towarzyszką z czasów stalinowskich, p. Wisławą Szymborską) z pozdrowieniem dla uczestników pierwszego w Polsce „marszu tolerancji”. Gdy w 2008 r. zginął w wypadku prof. Bronisław Geremek, kolejny były stalinista i jeden z „ojców-założycieli” Republiki Okrągłego Stołu, wyprawiono mu pełen przepychu pogrzeb w rycie katolickim, mimo, że z pewnością nie zmarł na łonie Kościoła.
Krążą plotki, iż w grobie w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Powązkowskim, z którego komuniści w latach sześćdziesiątych usunęli trumnę ppłk Walerego Sławka (1879-1939), ma zostać pochowany I sekretarz PZPR tow. Wojciech Jaruzelski. Demoliberalna klasa polityczna, wywodząca się z paktu okrągłostołowego, przypuszczalnie nie będzie mieć w tej kwestii skrupułów. Czy da się jeszcze powstrzymać zamianę panteonów narodowych Polski w panteony „republiki koleżków”?

Adam Danek

Odpowiedzi na pytania zadane w pewnej ankiecie, czyli wywiad z rzecznikiem prasowym Falangi

Poniższy wywiad zawiera odpowiedzi udzielone przez rzecznika prasowego Falangi, Ronalda Laseckiego na pytania zadane w ankiecie przeprowadzonej przez studentkę Uniwersytetu Zielonogórskiego. Wobec tego, że udzielone odpowiedzi mają pewną wartość prezentystyczną, mogąc przybliżyć zainteresowanym kierunek ideowego nachylenia Organizacji, zdecydowaliśmy się je opublikować.

Ronald Lasecki


1. Do jakiej organizacji Pan należy i od ilu lat działacie?

RL: Jestem członkiem Falangi, w której szeregach działamy od nieco ponad roku.

2. Jaka jest historia organizacji?

RL: Falanga powstała w styczniu 2009 r. Od tamtej pory zorganizowaliśmy szereg spotkań z gośćmi, wyjść terenowych, demonstracji ulicznych, nawiązaliśmy kontakt z podobnymi organizacjami ze Słowacji, Czech i Rumunii, planujemy przygotować obóz treningowy dla naszych członków. Są wśród nas autorzy licznych artykułów publicystycznych i popularnonaukowych, które zgromadziliśmy na naszym blogu: http://falanga-blog.blogspot.com/

3. Dlaczego po latach została reaktywowana działalność organizacji?

RL: Obecnie istniejąca Falanga nie jest prostą kontynuacją swej przedwojennej poprzedniczki, choć dziedzictwo ideowe i polityczne zarówno RNR jak też samego Bolesława Piaseckiego jest dla nas jednym z najważniejszych źródeł inspiracji. Zamysłem przy utworzeniu Falangi była chęć powołania aktywistycznej formacji integralnie prawicowej, jednoczącej nurty narodowo-radykalny i tradycjonalistyczno-rewolucyjny.

4. Jakie są zasady organizacji i o co walczycie?

RL: Nasza doktryna polityczna ufundowana jest na metafizyce katolickiej, łączymy organiczny nacjonalizm i tradycjonalizm oraz przyjmujemy zasadę monarchiczną jako punkt wyjścia przy określeniu natury władzy publicznej. Stoimy na gruncie personalizmu przeciwko indywidualizmowi i humanizmowi. Odrzucamy konstruktywizm i racjonalizm oraz materializm we wszystkich postaciach..

Naszym celem jest Kontrrewolucja pojmowana jako ustanowienie prawowitej władzy i porządku w miejsce obecnego bezhołowia i chaosu. Zrealizowana w wymiarze narodowym zaowocuje powstaniem Wielkiej Polski – katolickiego państwa narodu polskiego, zrealizowana w wymiarze uniwersalnym, pozwoli Polsce żyć w rodzinie wolnych narodów europejskich, zjednoczonych duchowo w odnowionej kulturze łacińskiej, zaś politycznie pod panowaniem odrodzonego Imperium, wznoszącego je ku ustanowieniu Społecznego Panowania Chrystusa na ziemi. Jest to uniwersalistyczna koncepcja Porządku, w którym narody i wspólnoty różnego szczebla i wielkości, współbrzmieć będą harmonijnie w duchowej i kulturowej symfonii.

5. Jaki jest przedział wiekowy członków organizacji?

RL: Nie stosujemy ograniczeń wiekowych, lecz duchowe. Członkiem Falangi może zostać każdy, kto gotów jest służyć sprawie narodowej.

6. Czy jest duża rotacja członków? (czy odwrotnie – osoby trwają w organizacji)

RL: Na razie trudno na to pytanie odpowiedzieć, gdyż działamy stosunkowo krótko. O tym, ilu z nas zostanie „politycznymi żołnierzami” przekonamy się najwcześniej za kilka lat.

7. Jaką rolę pełnią religia i Ojczyzna?

RL: Falanga nie jest organizacja religijną, więc nie ingerujemy w osobistą religijność poszczególnych członków. Ważna jest dla nas ich gotowość do poświęcenia się w służbie dla ustanowienia Ładu, depozytariuszem wiedzy o którym jest Kościół rzymski i która zaklęta jest ponadto w Tradycji. Tak więc, poprzez elementy katolickie obecne w odmiennych religiach i światopoglądach, w Falandze mogą się również odnaleźć innowiercy lub niewierzący, pod warunkiem jednak, że nie będą przyjmować postawy wrogiej wobec katolicyzmu.

Ojczyzna, a więc ziemia wraz z żyjącymi na niej ludźmi, jest podstawowym źródłem identyfikacji każdego człowieka – swoją tożsamość budujemy przecież obserwując i wchodząc w relacje ze środowiskiem w którym przyszło nam żyć; zarówno tym nieożywionym, jak i z członkami własnej wspólnoty. Dlatego każdego człowieka łączy z jego ojczyzną więź choć nieświadoma, to nierozerwalna, bo przyrodzona. Poszczególne etnosy żyją – ujmując to metaforycznie – w rytm długości fali emitowanej przez zajmowaną przez nie niszę ekologiczną, przez ich własną ekumenę. Dlatego tak negatywnym zjawiskiem są migracje, prowadzące do inwazji ekumeny przez obcy jej etnos, który wówczas bądź to zaskorupia się w izolacji własnego getta stopniowo się degenerując, bądź też – gdy jest wystarczająco silny i liczny - niszczy napotkane środowisko i kulturę zasiedlanego kraju. Giną stare tradycje, drzewa, kwiaty, lasy i góry. Dochodzi do wyzysku i eksploatacji. Tych zniszczeń zawsze dokonują obcy lub ludzie duchowo wykorzenieni z własnej ojczyzny – swojemu byłoby żal. Współcześnie refleksje te należałoby odnieść nie tylko do dotykającej zachodnią Europę inwazji ludów Południa, ale chyba przede wszystkim do zdepersonalizowanego, abstrakcyjnego, nomadycznego kapitału korporacyjnego, odpowiedzialnego za wyzysk człowieka i dewastację przyrody, również za psucie zasad gospodarki rynkowej i podważanie samej zasady własności.

8. Jaka jest symbolika związana z organizacją?

RL: Naszym symbolem organizacyjnym jest falanga (ręka z mieczem) oraz używane na naszych sztandarach barwy czarna i czerwona. Na bannerze wykorzystujemy też stylizowany symbol orła w koronie. Hymnem Falangi jest „Hymn Młodych”, pomocniczo korzystamy też z "Wymarszu Uderzenia" Andrzeja Trzebińskiego i z własnego tłumaczenia hymnu Falangi Hiszpańskiej. Czlonkowie organizacji przywdziewają czarne koszule.

Znak falangi jest tradycyjnie używany przez polskie ugrupowania narodowo-radykalne i symbolizuje nasz związek z tym nurtem politycznym, czerń naszych koszul symbolizuje śmierć niesioną ideologi demoliberalnej, czerwień to zaczerpnięty od rzymskich legionów symbol zwycięstwa i władzy imperialnej. Sama nazwa ugrupowania powinna być rozumiana zarówno jako nawiązanie do przedwojennych poprzedników, jak też jako symbol zwartości, karności, duchowej jedności, w której każdy z falangistów jest dla pozostałych "towarzyszem broni" we wspólnej walce. Myślę, że symbolika naszego Hymnu i pozostałych pieśni nie wymaga obszerniejszych wyjaśnień.

9. Jakie rocznice i ważne wydarzenia kultywujecie?

RL: To trudne pytanie; staramy się odnajdywać rocznice dziś niekiedy zapomniane, lecz ważne dla współczesnej tożsamości Polaków. Dla przykładu mógłbym wymienić rocznice kilku wydarzeń, które bądź to już celebrowaliśmy, bądź celebrować planujemy. Są wśród nich rocznica Victorii Wiedeńskiej, rocznica zdobycia Jerozolimy przez krzyżowców, pewna rocznica związana z życiem księcia Jeremiego Wiśniowieckiego, rocznica Marcia su Roma. Oprócz nich, świętujemy oczywiście szereg rocznic związanych z historią polskiego narodowego radykalizmu, w tym rocznicę utworzenia NSZ, wydania pierwszego numeru przedwojennej „Falangi”, rocznicę śmierci Bolesława Piaseckiego. Na koniec wreszcie, obchodzimy także rocznice ogólnonarodowe, choćby odzyskania niepodległości, wybuchu Powstania Warszawskiego. To tylko kilka przychodzących mi w tej chwili do głowy przykładów.

10. Dlaczego organizowane są manifestacje, marsze? Przeciw komu/czemu?

RL: Powody publicznych manifestacji Falangi można podzielić na dwie grupy. Pierwsza z nich dotyczy upamiętnienia lub oddania hołdu osobom bądź wydarzeniom tego wartym. Druga grupa przyczyn wynika z potrzeby protestowania przeciw podejmowanym przez podmioty kontrkulturowe próbom przeobrażenia przestrzeni publicznej i świadomości zbiorowej Polaków. Dlatego właśnie demonstrujemy przeciw lewactwu próbującemu pod zinstrumentalizowanymi przez siebie hasłami emancypacji kobiet lub promocji zboczeń seksualnych, niszczyć przetrwałe jeszcze gdzieniegdzie pozostałości kultury narodowej. Nigdy nie będziemy stać obojętnie wobec zabijania dzieci w łonie matek, promocji nieobyczajności i dewastacji rodziny, małżeństwa oraz tradycyjnej kultury erotycznej, wobec wyzysku Polaków przez państwowego molocha lub bezosobowy kapitał, niszczenia przedsiębiorczości fiskalizmem, emisją pieniądza i papierów dłużnych bez pokrycia w rzeczywiście wytwarzanych towarach i usługach, wobec faktycznej proletaryzacji pracowników biurowych mentalnie i materialnie obracanych w zupełnie ubezwłasnowolnione trutnie Systemu.

11. Czy organizujecie spotkania, koncerty, wykłady?

RL: Tak, regularnie odbywają się spotkania z zapraszanymi specjalnie na tą okazję prelegentami. Organizujemy też marsze krajoznawczo-kondycyjne, planujemy podjąć regularne treningi i zorganizować w Warszawie koncert pewnego nonkonformistycznego zespołu prawicowego.

12. Jak liczna jest organizacja?

RL: Takie informacje mają charakter poufny i wobec tego pozwolę sobie uchylić się od odpowiedzi.

13. Jakie wyznajecie wartości moralne?

RL: Myślę, że odpowiedziałem już wcześniej na to pytanie.

14. Jaki jest wasz stosunek do innych narodowości?

RL: Jak już wcześniej wspomniałem, jesteśmy przekonani, że każdy etnos „pulsuje” w rytm zamieszkiwanego przez siebie środowiska, co implikuje wniosek o szkodliwym wpływie migracji jak również etnosów nomadycznych, pasożytniczych, osiedlających się w danym kraju przy braku identyfikacji z nim, traktowaniu go jako ziemi podbitej, jako rezerwuaru zasobów, z niechętnym lub nawet pogardliwym odnoszeniem się do jego rodzimych mieszkańców. Stąd nasza niechęć do anglosaskiego modelu liberalnego, dopuszczającego mieszanie heterogenicznych etnosów, stąd też również poparcie dla tradycyjnych, związanych z ziemią, właściwych modelowi eurazjatyckiemu„zamkniętych” wspólnot. Zarazem dostrzegamy wielopoziomowość i wewnętrzną złożoność rzeczywistości etnicznej, tak więc istnienie prowincjonalnych czy też regionalnych subetnosów (jak na przykład podhalański) oraz superetnosów (jak na przykład anglosaski lub turański), grupujących narody tej samej duchowej rasy konstytuowanej przez coś, co w przenośni można by określić specyficznym dla owej rasy rytmem pola etnicznego.

Opowiadamy się zatem za ochroną odrębności i specyfiki poszczególnych wspólnot, dopuszczając mieszanie elementów heterogenicznych etnicznie jedynie w przypadkach indywidualnych lub (w bardzo ograniczonym stopniu) na poziomie elit. Dostrzegamy przy tym zarazem uniwersalną wartość chrześcijańskiej kultury romańskiej, która przekształcając niegdyś etnosferę amerykańską doprowadziła do powstania tam nowych, pełnowartościowych i twórczych superetnosów hispanoamerykańskiego, frankoamerykańskiego czy luzoamerykańskiego, dających światu tak piękne pomniki wzniosłości i duchowej wielkości jak kultura andyjskiego lub paragwajskiego Baroku, jak zmysłowa tradycja Nowego Orleanu, jak wiejskie społeczeństwo feudalne w Quebecku (żywe w pewnym wymiarze jeszcze w latach 50-tych XX wieku). Jakże odmiennie na tym tle prezentują się efekty ekspansji pasożytniczego, morskiego superetnosu anglosaskiego, odpowiedzialnego choćby za doszczętne wymordowanie Tasmańczyków, niemal zupełne wytrzebienie rdzennych mieszkańców Ameryki, za pozbawienie Irlandii dwóch trzecich jej pierwotnej populacji, zaś pozostałej części obrócenie niemal w niewolników.

Dlatego właśnie jesteśmy rzecznikami usunięcia wszelkiego politycznego, wojskowego jak i kulturowego oddziaływania państw „anglosfery” na kraje, ludy, narody i rasy Wielkiej Wyspy (tzn. Europy, Afryki i Azji) oraz na wszystkie kraje ukształtowane w katolicyzmie i w kulturze łacińskiej. Demoliberalnej anglosaskiej globalization, przeciwstawić pragniemy solarny, imperialny uniwersalizm romano-eurazjatycki, jednoczący ludy „od Sao Paulo do Bukaresztu”, ale też niosący im duchowe odrodzenie przez ich zaślubiny ze Wschodem, z Azją, z Wielkim Stepem, z Syberią – skarbnicą Mądrości i Axis Mundi.

W zaślubinach tych, do odegrania szczególnej roli przeznaczona jest Polska, wzrastająca na wspaniałym środkowoeuropejskim dziedzictwie imperialnym; romańskim w swej surowości i hierarchiczności, ale też stepowym i wschodnim w swym idealiźmie. Jesteśmy przekonani, że rację mieli kolejni polscy mesjaniści i poeci romantyczni wskazując na szczególną rolę, jaką do odegrania w dziejach świata Opatrzność przeznaczyła Polsce. Będzie to rola kraju, z którego winien wyjść impuls dla połączenia „solarnej”, aktywistycznej duchowości Europy z głębią i subtelnością duszy Wschodu. Rola, którą nasz kraj raz już - co prawda w sposób nieudolny i niewprawny - próbował odegrać w okresie wczesnonowożytnym, lecz chociaż wówczas pycha, krótkowzroczność i nieposłuszeństwo Bożym przykazaniom, sprawiły, że próba owa zakończyła się ośmieszeniem, wygwizdaniem i wreszcie zepchnięciem ze sceny dziejowej na przeszło sto lat, to przecież przez to tym bardziej ciąży na nas obowiązek odegrania tej roli tym razem bez zarzutu.

piątek, 2 kwietnia 2010

Katolicyzm Austro-Węgier

W polskiej publicystyce konserwatywnej Austro-Węgry oceniane są zazwyczaj lepiej od dwóch pozostałych państw zaborczych. W tej optyce często postrzega się je jako „ostatnie katolickie cesarstwo” – ostatnie państwo realizujące na płaszczyźnie politycznej zasady katolickiego uniwersalizmu. To nie do końca prawda. Rzeczywistość, jak zwykle, była znacznie bardziej skomplikowana. Proaustriackie sentymenty historyczne (niektórych) konserwatystów – podzielane zresztą przez piszącego te słowa – idealizują historię imperium Habsburgów w niejednym istotnym aspekcie.
W drugiej połowie XVIII wieku nominalnie katolicka Austria stała się jednym z czołowych w Europie ognisk tzw. erastianizmu – dążenia politycznego do ścisłego podporządkowania Kościoła państwu. Za panowania cesarza rzymskiego Józefa II (1765-1790), oświeceniowego „koronowanego rewolucjonisty”, narodziła się w niej jedna z najbardziej brutalnych odmian erastianizmu, od imienia swego twórcy nazwana józefinizmem. Praktyki józefińskie utrzymywały się w cesarstwie Habsburgów jeszcze w latach czterdziestych XIX wieku. Na opisanie wielości perfidnych środków, stosowanych przez aparat austriackiego państwa do walki z Kościołem, nie starczyłoby tu miejsca; obszernie uczynił to polski konserwatysta i inicjator krakowskiej szkoły historycznej o. Walerian Kalinka CR (1826-1886) w dziele „Galicja i Kraków pod panowaniem austriackim” (1853).
Poprawa położenia Kościoła w Austrii nastąpiła dopiero w „erze Bacha” (1852-1859), to jest w okresie urzędowania gabinetu Alexandra barona von Bacha (1813-1893). Zaprowadzony przezeń system polityczny („system Bacha”) w dawniejszej i nowszej historiografii nie miał dobrej opinii: oskarżano go o centralizację państwa, rozbudowę biurokracji, rządy policyjne, germanizacyjne zapędy wobec ludów cesarstwa – w czym należy zapewne widzieć pretensje o przekreślenie przez niego „zdobyczy” rewolucyjno-demokratycznej „wiosny ludów” 1848 roku. (Nikt chyba natomiast nie oskarżał Bacha o rugowanie tradycyjnego porządku społecznego – poprzez zniesienie sądów patrymonialnych i uwłaszczenie chłopów). Jednak to właśnie gabinet Bacha doprowadził do zawarcia w 1855 r. konkordatu pomiędzy Austrią a Stolicą Apostolską. Zapisy konkordatu anulowały urządzenia józefińskie i potwierdziły katolicki charakter państwa, wprowadzając m.in. nadzór władz kościelnych nad szkolnictwem (kontrolę programów nauczania pod kątem ich zgodności z nauką Kościoła).
Austro-Węgry powstały z przekształcenia cesarstwa Austrii w państwo dualistyczne na mocy konstytucji z 21 grudnia 1867 r. Wkrótce potem na bazie większości parlamentarnej, złożonej z liberałów, sformowany został rząd Karla księcia von Auersperga, znany jako „gabinet mieszczański” (Bürgerministerium). Przystąpił on energicznie do realizacji żądań zniesienia postanowień konkordatu, podnoszonych na forum parlamentu przez antyklerykalnie nastawione środowiska liberalne od 1861 r. 25 maja 1868 r. Rada Państwa przegłosowała przygotowane przez „gabinet mieszczański” trzy ustawy: o małżeństwie, o szkole i o stosunkach międzywyznaniowych. Powstały one jako akty mające precyzować zawarte w konstytucji obietnice „wolności sumienia” i „wolności wyznania”, które to hasła były już wówczas w Europie standardowymi narzędziami walki przeciw religii (przede wszystkim katolickiej). Ustawy majowe zaprowadzały daleko idącą (w porównaniu ze stanem wcześniejszym) laicyzację systemu prawnego Austro-Węgier. Liberalne ustawodawstwo złamało większość norm zawartych w konkordacie (m.in. poprzez wprowadzenie „ślubów cywilnych” czy ustanowienie reguły, iż opłaty na rzecz „związków religijnych” mogą być nakładane wyłącznie na osoby w nich zrzeszone, w wyniku czego austriacki Trybunał Administracyjny zaczął uchylać decyzje gmin o dofinansowaniu budowy kościołów z budżetu gminnego). Katolicki charakter państwa został tym samym jeśli nie zniesiony, to z pewnością zakwestionowany. W jego obronie stanął jednak zdecydowanie inicjator konkordatu z 1855 r. – arcybiskup wiedeński Joseph Othmar kardynał von Rauscher. Wraz z innymi biskupami wezwał wiernych do oporu wobec praw godzących w katolickość państwa. Rząd odpowiedział represjami karnymi, wymierzonymi przez ministra spraw wewnętrznych Karla Giskrę w osoby niezłomnych hierarchów. Ich uskutecznienie uniemożliwił wszelako liberałom Franciszek Józef I, stosując względem biskupów prawo łaski. Następny (od 1868 r.) szef „gabinetu mieszczańskiego”, Edward hrabia von Taaffe, doprowadził w 1870 r. do formalnego zerwania podeptanego już wcześniej konkordatu. Wydarzenia lat 1867-1870 określane są często jako austriacki Kulturkampf.
W świetle powyższych faktów wizerunek naddunajskiej monarchii jako „ostatniego katolickiego cesarstwa” okazuje się, przynajmniej do pewnego stopnia, dyskusyjny. Ta część współczesnej rodzimej publicystyki prawicowej, która podąża za wzorcami endeckimi, zarzuca Austro-Węgrom (oprócz najcięższej w tej optyce wady, czyli właściwej imperiom wielonarodowości zamiast drobno-państwowej monoetniczności), iż jako państwo miały charakter „archaiczny” czy „skostniały”, tj. nienowoczesny. Rzeczywiste mankamenty cesarstwa Habsburgów wyrastały tymczasem z jego modernizmu, nie zaś z braku tego ostatniego. W idealizowanej często belle épocque rewolucyjnej modernizacji ulegały jednak wszystkie państwa zaborcze – także carska Rosja i, bodaj najszybciej, Prusy. Wydaje się, że w Austro-Węgrzech ów rozkładowy proces postępował najwolniej i z największymi oporami.
Po zniszczeniu Austro-Węgier przez ośrodki laickiego postępu, dokonanym w latach 1917-1918, a zaplanowanym przez nie jeszcze przed I wojną światową, tylko jeden podmiot geopolityczny mógł zastąpić dawne cesarstwo w jego historycznej (acz nie zawsze realizowanej) misji: skupić wokół siebie katolickie narody Europy Środkowej i Wschodniej, a także inne ludy tego subregionu, nie chcące żyć pod dominacją niemiecką ani rosyjską – co nie uległo dezaktualizacji po dziś dzień. Podmiotem tym była i jest Polska.

Adam Danek

O Żydach i "Żydowniku Powszechnym"

Powtarzane niekiedy przez złośliwych i z pewnością bezpodstawnie uprzedzonych antysemitów porzekadło (mające podobno swe źródło w Talmudzie), że „Dobry Żyd, to zakonspirowany Żyd” - jeśliby traktować je poważnie - z pewnością musiałoby prowadzić do wniosku, że ostatnia „autodemaskacja” szanownych pań i panów redaktorów "Tygodnika Powszechnego", którzy przemianowali jubileuszowy dodatek swojego pisma na "Żydownik Powszechny", dowodzi, że środowisko to nie przyswoiło sobie tajemnych nauk „mędrców Syjonu”. W końcu już w artykule wprowadzającym, spisanym piórem naczelnego x. Adama Bonieckiego, czytamy, że „po sześćdziesięciu pięciu latach nadszedł czas, by zdjąć maskę. „Żydownik Powszechny” ? Ależ proszę bardzo.

Złośliwi i z pewnością bezpodstawnie uprzedzeni antysemici odpowiedzieliby niechybnie, że „wiadomym środowiskom” udało się na przeciągu minionych lat tak bardzo przeorać świadomość czytelników prasy, że oczywistością dziś stało się to, co dawniej było nie do pomyślenia, czyli występowanie tychże środowisk „z otwartą przyłbicą”. I znowu, dla podparcia swych z pewnością bezpodstawnych uprzedzeń, mogliby złośliwi antysemici sięgnąć do cytowanego tu już wstępnego artykułu x. Bonieckiego, w którym to znajdujemy uwagę, że „właśnie ta oczywistość jest wspaniałym owocem (naszego, czyli „tygodnikowego” – przyp. R. L) wczorajszego trudu”.

Zostawmy jednak złośliwych antysemitów i ich z pewnością bezpodstawne uprzedzenia, by pochylić się nad zawartością samego „Żydownika”. Znajdujemy tam sporo artykułów, w których „przepracowuje się” relacje polsko-żydowskie, oczywiście ze szczególnym uwzględnieniem tych ich epizodów, które zdaniem szanownych pań i panów redaktorów, zaciążyły na tych relacjach w sposób negatywny, czemu jakoby winne miały być złośliwe i z pewnością bezpodstawne uprzedzenia antysemickie żywione przez potrzebujących „uwolnienia” od nich Polaków. Kto bowiem wie, "gdzie byśmy dziś byli, gdyby nie artykuł Jerzego Turowicza „Antysemityzm”, napisany w 1957 r. ? Jaki byłby stan naszych umysłów bez eseju „Biedni Polacy patrzą na getto” Jana Błońskiego (1987) ? Jak byśmy się bez niego i bez debaty, którą sprowokował, uporali choćby z problemem Jedwabnego ?"

Żywiąc ambicję wpłynięcia na zmianę postaw Polaków wobec Żydów, autorzy "Żydownika" wychodzą z założenia, że tak zwane „stosunki polsko-żydowskie” pozostają kwestią na tyle istotną, że w imię zmiany ich treści, należy dokonać przeobrażenia świadomości i pamięci historycznej narodu. Pomijając już wątpliwą metodologiczną poprawność posługiwania się przez środowiska „okołożydownikowe” terminem „stosunki”, który poprawnie winno się odnosić do wzajemnych relacji ustrukturyzowanych, wewnętrznie skonsolidowanych i sterownych podmiotów jak państwa, organizacje czy inni abstrakcyjni uczestnicy polityki, zwraca uwagę nie tylko przypisywanie owym „stosunkom” (które w trafniej byłoby nazwać "wzajemnymi postawami") niepomiernie istotnego znaczenia, ale też ich jednostronne, pozbawione krytycyzmu wobec Żydów, odczytanie historyczne. Naszym zdaniem, obydwa wymienione zniekształcenia percepcyjne wynikają z tego samego powodu, mianowicie z przyjmowania „perspektywy żydowskiej” w spojrzeniu rzeczone kwestie.

Istotne stają się tu nie postawy wobec problemów współcześnie aktualnych, do których należy się ustosunkować, gdy ktoś zabiega o dobro narodu polskiego lub szerzej, wspólnoty chrześcijańskiej czy Europy, lecz znaczenia nabiera pozycja zajmowana w sporze wokół problemów istotnych być może dla interesu Izraela, Stanów Zjednoczonych, dla upowszechnienia ideologii demoliberalnej lub dla dobra narodu żydowskiego, czy przynajmniej pewnej jego części. Tak więc dla identyfikacji jakiegoś uczestnika rzeczywistości politycznej, lub w każdym razie dla podmiotu aspirującego do takiego miana, kluczowe jest jego stanowisko w sporze wokół artykułów Turowicza, Błońskiego, Cichego, Michnika, wokół książek Kosińskiego, Kąkolewskiego, Siedleckiej, wokół filmów Lanzmana, Wajdy, Spielberga, Polańskiego, Zwicka i im podobnych. „Pojęciami-stygmatami” w tym sporze stają się wyprane z wszelkiej wartości eksplanacyjnej „antysemityzm” i „filosemityzm”, których użycie przez jedną ze stron sporu wobec drugiej, równoznaczne jest z desygnowaniem tak nazwanego, na schmittiańskiego „wroga politycznego”.

I choć uczciwie trzeba przyznać, że w masowym odbiorze frakcja „filosemicka” zdecydowanie bierze górę zagłuszając niemal doszczętnie frakcję „antysemicką”, niosąc przy tym zazwyczaj w swoim sztafażu ideologię liberalno-lewicową, to naszym zdaniem, nie usprawiedliwia to bynajmniej mechanicznego dołączenia do strony „antysemickiej”. Nie usprawiedliwia nie dlatego, aby wiązało się to z jakimiś "stratami wizerunkowymi", o których tak lubią dywagować polityczni koniunkturaliści i oportuniści, rozpisujący niekiedy w drętwych tekstach swą strategię „dywersji w świecie popkultury”, lecz dlatego, że samo ustosunkowanie się wobec wszystkich pseudo-problemów wymyślanych przez szanowne panie i panów redaktorów "Żydownika Powszechnego", byłoby już z naszej strony formą przyznania im racji w zakresie uznawania szczególnej rangi „tematyki żydowskiej”. Naszym zdaniem tymczasem, zarówno tematyka ta jak i hałdy intelektualnego śmiecia i tony makulatury produkowane przez jej fascynatów, nie są warte by poświęcić im choćby ułamek naszego czasu. Nie zamierzamy tłumaczyć się ani tym bardziej „przepraszać” za antyżydowskie działania przedwojennych polskich nacjonalistów, co bynajmniej jednak nie oznacza, że jesteśmy gotowi wobec nich wyrażać jedynie bezkrytyczny zachwyt. Być może, żyjąc w tamtych czasach bylibyśmy zwolennikami zupełnie odmiennej polityki, być może zaś takiej samej. Tak czy inaczej, ten rozdział historii polskiego ruchu narodowego i prawicy należy już do przeszłości, gdyż większość polskich Żydów zniknęła w czeluściach historii, my zaś ani nie „tęsknimy za Żydem”, ani też nie będziemy bezustannie świętować jego odejścia – uznajemy je po prostu za obiektywny fakt historyczny, za coś, co się stało i nad czym nie ma sensu bezustannie się pochylać. Na obecność Żydów w polskiej i europejskiej historii patrzymy tak samo beznamiętnie, jak na wojny punickie lub rozpad unii kalmarskiej.

Przed nacjonalizmem polskim stoją współcześnie istotne wyzwania i kwestie warte podjęcia jak globalizacja, ekologia, przekształcenia gospodarki kapitalistycznej, komercjalizacja i indywidualizm niszczące wspólnoty narodowe i regionalne, obumieranie tradycyjnych identyfikacji, w tym również kryzys religijności, problem zorganizowania politycznego zarówno makroregionów geopolitycznych jak Europa, jak też nowej architektury stosunków międzynarodowych w skali globalnej, demograficzna inwazja Orientu na Europę Zachodnią, wreszcie zadanie odnalezienia nowej formuły dla uniwersalnych i transhistorycznych idei jak Tradycja, Imperium, hierarchia etc. Tym właśnie zamierzamy zajmować się w Falandze, gdy tymczasem "Żydownik Powszechny" wraz z rozterkami jego szanownych pań i panów redaktorów, naszym zdaniem, należy posłać do kosza na makulaturę.


Ronald Lasecki