Polimorficzne środowiska i ugrupowania, których część określa siebie mianem „narodowych”, inna część mianem „państwowych”, inna mianem „prawicowych”, a jeszcze inna po prostu mianem „patriotycznych”, od dawna bezskutecznie poszukują syntetycznej formuły, która umożliwiłaby im znalezienie wspólnej podstawy działania i przekształcenie się dzięki niej w jeden, szeroki prąd polityczny. Ich poszukiwania – zazwyczaj nerwowe i chaotyczne, bo podejmowane doraźnie, pod presją bieżących wydarzeń, takich jak wybory, a dodatkowo zawsze obciążone dawką nieśmiertelnych w Polsce wzajemnych utarczek – stanowią znakomity sposób na zmarnowanie czasu, energii i chęci. Upragniona formuła została bowiem odnaleziona już dawno temu. Jest nią faszyzm.
Potencjał integrujący faszyzmu wykracza daleko poza ramy ściśle pojmowanej Prawicy. Faszyzm lokuje się poza i ponad utrwalonym zwyczajowo podziałem na lewicę i prawicę. Ma jednak charakterystyczny dla siebie szkielet ideowy. Wskazywane przez niego cele są w znacznym zakresie zbieżne z celami Prawicy. Uniwersalna formuła polityczna faszyzmu pozwala włączyć się w zorganizowane działanie nie tylko ogółowi środowisk nie identyfikujących się z lewicą, ale także środowiskom nie identyfikującym się z właściwą Prawicą. Faszyzm pozwala uformować wspólny front polityczny wszystkim, którzy chcą pracować i walczyć dla pomnożenia sił własnego państwa i narodu, biorąc w nawias dzielące ich, nieraz niebagatelne, różnice.
Choć faszyzm posiada wyróżniającą go ideową strukturę, struktura ta pozostaje w dużej mierze niewypełniona. Ideowo-polityczne oblicze faszyzmu jest – co zakrawa na paradoks – zarazem wyraziste i niedookreślone. Szkielet ideowy faszyzmu wymaga wypełnienia. Na uwypuklenie zasługują dwie zalety takiego stanu rzeczy.
Po pierwsze, niedookreślenie faszyzmu godzi ideową spójnię (w kwestiach zasadniczych), organizacyjną jednolitość, polityczną sterowność i solidarność ruchu, jego zdyscyplinowanie i efektywność działania z zachowaniem wewnątrz umiarkowanego zróżnicowania poglądów. W ten sposób przy przestrzeganiu dyscypliny jednocześnie możliwa staje się wewnętrzna dyskusja programowa pomiędzy zróżnicowanymi (w dopuszczalnych granicach) ośrodkami myśli politycznej, a to wzbogaca pracę koncepcyjną prowadzoną w łonie elity ruchu i chroni tę pracę przed stoczeniem się w jałowość. (Dla równowagi zmilitaryzowany, hierarchiczny charakter ruchu zabezpiecza jego organizację przed groźbą rozsadzenia przez dyskusje, lub raczej wyrastające z nich niekiedy wewnętrzne konflikty.). Różniące się grupy mogą efektywnie prowadzić wspólne działania pod jednolitym, stabilnym kierownictwem. Dlatego ku faszyzmowi powinny się skłaniać środowiska „narodowe”, „państwowe”, „patriotyczne”, „prawicowe” i tak dalej.
Po drugie, niedookreślenie faszyzmu sprawia, iż brakuje mu głębszych fundamentów metafizycznych i metapolitycznych. Takie fundamenty może dać mu tylko filozofia konserwatywna i tradycjonalistyczna – myśl Prawicy. W przeciwnym wypadku prędzej czy później ulegnie on skażeniu ideą „suwerenności narodu (ludu)”, a w konsekwencji, stopniowo, demokratycznemu zwyrodnieniu i politycznemu rozkładowi. Dlatego ku faszyzmowi powinna się skłaniać Prawica. Przykładu udanego mariażu konserwatywnych pryncypiów z faszystowską formułą polityczną i organizacyjną dostarcza, znana z frankistowskiej Hiszpanii, Hiszpańska Falanga Tradycjonalistyczna wraz z Radami Ofensywy Narodowo-Syndykalistycznej (1937-1970).
Potencjał integrujący faszyzmu ma jednak swoje granice. Nie obejmuje środowisk i poglądów demokratycznych ani liberalnych. Jego formuła polityczna opiera się na integralnym (tj. całkowitym) odrzuceniu liberalizmu i demokracji w każdej ich postaci, na przyjęciu postawy jednoznacznie wrogiej wobec tych dwóch wirusów, które zniszczyły Starą Europę, przeżarły i pogrzebały Okcydent. Jeżeli osoby czy ugrupowania wychodzące z pozycji liberalnych bądź demokratycznych chcą włączyć się w uniwersalny front polityczny faszyzmu, ich poglądy muszą w jego tyglu ulec radykalnemu przeistoczeniu (jak rzeczywiście działo się we wspomnianym przypadku hiszpańskim). Nawiasem mówiąc, z tego też powodu historycznych korzeni polskiego faszyzmu wypada upatrywać raczej w Bezpartyjnym Bloku Współpracy z Rządem Marszałka Piłsudskiego (1928-1935) oraz w Obozie Zjednoczenia Narodowego (1937-1939),* niż w Obozie Wielkiej Polski (1926-1933), w którym zarówno pod względem personalnym, jak i ideowo-politycznym udział elementów liberalnych i demokratycznych został w pewnej mierze zachowany.
Z kręgu faszystowskich inspiracji należy stanowczo wyłączyć historyczny przypadek niemieckiego narodowego socjalizmu (hitleryzmu) – jako ciało obce. Narodowy socjalizm III Rzeszy nie był „niemieckim faszyzmem”, wbrew zgodnym zapewnieniom demoliberalnych i lewicowych historyków (?) czy publicystów wszelkich odcieni. Najwybitniejszy być może wśród badaczy faszyzmu, prof. Renzo de Felice (1929-1996), po latach wnikliwych studiów nad zagadnieniem stwierdził: „Różnice między faszyzmem włoskim a nazizmem są ogromne; są to dwa światy, dwie tradycje, dwie historie, do tego stopnie różne, że jest bardzo trudno połączyć je potem we wspólnej ocenie.” Ograniczmy się do przypomnienia tylko najbardziej istotnych z owych różnic.
Ideologia narodowego socjalizmu za rozstrzygające uznawała czynniki materialne: biologię, cechy somatyczne, ciało, fenotyp, geny, krew, rasę, fizyczne pochodzenie; miała więc charakter materialistyczny. Faszyzm zakładał dominację elementu idealnego bądź spirytualnego nad materialnym; miał więc charakter idealistyczny bądź spirytualistyczny. Pod względem ideologicznym narodowy socjalizm bliższy był, również materialistycznemu, komunizmowi.
Narodowy socjalizm uważał naród za pierwotny względem państwa (naród tworzy państwo). Tym samym bazował na idei „suwerenności ludu”, podobnie jak demoliberalizm i komunizm; przenikał go wspólny im wszystkim duch demokratyczny, różniący się w tych trzech swoich materializacjach jedynie zabarwieniem. Faszyzm uważał państwo za pierwotne wobec narodu (państwo tworzy naród), podobnie jak Roman Dmowski na wczesnym etapie swej ewolucji ideowej. Tym samym hitleryzm zakładał oddolną, natomiast faszyzm – odgórną genezę władzy.
Inna fundamentalna różnica, podkreślana jeszcze przed wojną przez polskich politologów prowadzących badania nad ustrojami państw totalnych, tkwi w odmiennych modelach relacji pomiędzy państwem a (mono)partią, urzeczywistnionych w obu systemach politycznych. W III Rzeszy obowiązywała zasada „kierowniczej roli partii” (prymatu partii nad państwem) – partia miała status „przewodniej siłę narodu” podobnie jak w ZSRS czy PRL. W faszystowskich Włoszech partię uznawano oficjalnie za narzędzie państwa (prymat państwa nad partią). Ustrój hitlerowski stanowił więc, obok ustroju sowieckiego, jedną z lokalnych odmian modelu totalitarnego, opartego na supremacji partii i jej ideologii w wewnętrznej i zewnętrznej polityce państwa. Ustrój faszystowski pozostał bliższy modelowi autorytarnemu, gdzie rolę podmiotu rozstrzygających decyzji politycznych rezerwuje się dla samego państwa i jego aparatu, a ruch polityczny pełni wobec nich funkcję służebną, zrzeszając szeroki wachlarz zwolenników rządu. W modelu autorytarnym państwowy ruch (lub obóz) polityczny głosi określone idee i formułuje myśl polityczną, ale z reguły nie posiada skodyfikowanej ideologii w ścisłym znaczeniu tego pojęcia. W faszystowskich Włoszech nigdy nie ukrywano takiego stanu rzeczy: „Doktryna faszyzmu” (1932) została ogłoszona przez Mussoliniego dopiero po dziesięciu latach rządów faszystów.
Jądro faszyzmu tworzy statokratyzm („państwowładztwo”). To dzięki niemu w faszyzmie oczyszczony pierwiastek rewolucyjny zjednoczył się z pierwiastkiem zachowawczym. Polityczna „filozofia Czynu” zrosła się z kultem ładu instytucjonalnego. Z ich syntezy wyłoniła się idea rewolucji państwotwórczej (może należałoby raczej powiedzieć: „rewolucji konserwatywnej”?). Ów najważniejszy element faszyzmu sprawia, że nie można go bynajmniej postrzegać jako obcego Polsce. Tę samą koncepcję – rewolucji państwotwórczej – od pierwszych dekad XX wieku wypracowywał obóz piłsudczykowski, intensywnie zwłaszcza od 1916 r., kiedy pod niemiecką okupacją Adam Skwarczyński (1886-1934) zaczął redagować i wydawać jego podziemny organ prasowy o znamiennym tytule „Rząd i Wojsko”. Polscy narodowcy do idei rewolucji państwotwórczej doszli zaś dopiero w latach trzydziestych.
Adam Danek
* Z koncepcji niezrealizowanych wymieńmy jeszcze w tym szeregu projekt Organizacji Politycznej Narodu, rozwijany przez myślicieli z kręgu Ruchu Narodowo-Radykalnego (1936-1939), oraz projekt Powszechnej Organizacji Społecznej, stworzony przez płk. Walerego Sławka (1879-1939) – oba z późnych lat trzydziestych.
sobota, 30 lipca 2011
wtorek, 15 lutego 2011
Infoanarchizm: nieszkodliwe wynaturzenie w przestrzeni przepływów, czy uderzenie w establishment?
Postęp technologiczny determinuje zmianę naszych wyobrażeń nawet na tak fundamentalne sprawy, jak pojęcie czasu i przestrzeni. Przestrzeń rozumiana jako płaszczyzna działań społecznych wydaje się najszybciej ulegać redefinicji, w symboliczny sposób wymykając się nawet prawom fizyki.
Nowe uniwersum
Dotychczas pojęcie przestrzeni było związane z silnym poczuciem miejsca, a działalność społeczna w tejże przestrzeni ze zlokalizowanym kontaktem w którym dochodzi do bezpośrednich interakcji pomiędzy ludźmi.(1) Wraz z wynalezieniem i upowszechnieniem Internetu, doszło do rewolucyjnego, nie tylko z punktu widzenia socjologii, wysadzenia relacji społecznych z kontekstów lokalnych i odtwarzania ich w niezmierzonych obszarach czasu i przestrzeni. Za sprawą istnienia zdematerializowanej przestrzeni Internetu, grupy społeczne coraz rzadziej opierają się o bezpośrednie styczności. Wykonywanie wspólnej czynności nie warunkuje już podzielania wspólnej przestrzeni. W równoległej, lecz abstrakcyjnej i niematerialnej rzeczywistości, zawierane są zarówno nowe przyjaźnie, jak i milionowe kontrakty. Powstają grupy sprzeciwu, grupy poparcia, wreszcie internetowe grupy społeczne – wirtualne społeczności, które pomimo tego, iż wymykają się tradycyjnym definicjom, tworzą przecież wspólne plany, przewidywania na przyszłość, dzielą wspólne nadzieje i lęki. Handel, praca, socjalizacja, rozrywka – wszystkie te procesy zachodzą w cybernetycznym świecie, który nie tylko silnie oddziałuje na „tradycyjną” rzeczywistość, ale wręcz zaczyna się z nią przenikać. Nikt już nie kwestionuje tego, że na naszych oczach powstało alternatywne uniwersum, oparte o przepływ informacji w abstrakcyjnej przestrzeni, w której przepływy definiuje się jako celowe, powtarzalne i programowalne sekwencje wymiany i interakcji między fizycznie rozłączonymi pozycjami zajmowanymi przez aktorów społecznych(2).
Systemowa reglamentacja informacji
Prawdziwy problem tzw. głównego nurtu polega na tym, że w przestrzeni przepływów jego przewaga nie jest tak miażdżąca, jak w telewizyjnych i prasowych środkach masowego przekazu. Kapitalistyczny establishment stara się jednak bronić przed posądzaniem go o uprawianie inżynierii społecznej. Choć czołowym teoretykom masowego komunikowania, takim jak Denis McQuail (1934), nieuchronna wydaje się konstatacja, że brak nam metodologii, by skutecznie udowodnić społeczne, polityczne i kulturowe oddziaływanie mediów(3), to empiryczne doświadczenie wynikające z ogólnej obserwacji procesów socjologicznych mających swą główną inspirację w mediach każe przypuszczać, że ich wpływ na kształtowanie postaw moralnych, wydaje się być dominujący. Postępujący rozkład instytucji Rodziny w łonie mieszczańskiej cywilizacji doprowadził do sytuacji, w której media są głównym dostawcą wzorców moralnych i schematów postępowania. Odgrywają także znaczącą rolę w procesie socjalizacji, oferując modele życia i wzory zachowań, zanim widz spotka je w realnym życiu. Dokonują one wartościowania postaw na zasadzie prezentowania „nagród” i „kar” za określone zachowania. Denis McQuail w swej publikacji „Mass Comunication Theory” (1984) stara się częściowo negować doniosłość tego zjawiska uznając, że optyka mediów jest odzwierciedleniem najbardziej popularnego wśród społeczeństwa paradygmatu. Trudno się z tym zgodzić, zwłaszcza z polskiej perspektywy, czy w zasadzie każdej „nie-anglosaskiej”. Polskie społeczeństwo na płaszczyźnie medialnej, jak i wielu innych, zmuszone jest bowiem egzystować na zasadach neokolonialnych. Większość polskojęzycznych tytułów prasowych posiada przewagę obcego kapitału, zaś w telewizji nadawane są przede wszystkim zagraniczne produkcje. Jeśli dodać do tego bardziej uniwersalne argumenty w postaci stwierdzenia, że za korporacjami medialnymi zawsze stoją wpływowe grupy interesu w postaci wielkiej finansjery, show-biznesowej burżuazji i politycznej klasy rządzącej, to nie sposób zgodzić się z McQuailem – w innym wypadku należałoby uznać, że wymieniona powyżej wąska kasta pasożytów, posiada podobne standardy moralne i wzorce postępowania, jak tradycyjne społeczeństwo. Bliższe prawdzie wydają się być jednak dalsze konstatacje autora, kiedy to powołując się na teorie Noama Chomsky’ego (1924), zawarte w publikacji „What Makes Mainstream Media Mainstream” (1997) uznaje on, że media są de facto zaangażowane w utrzymanie status quo. Celowe wydaje się uzupełnienie, że chodzi przede wszystkim o utrzymanie „establishmentowego”, politycznego status quo, co zresztą sam McQuail niedwuznacznie sugeruje.
Poza kontrolą
Niezmierzoną przestrzeń przepływów, Internet, można natomiast przyrównać do znanego z westernów Dzikiego Zachodu, lub każdej innej nieokiełznanej jeszcze przestrzeni, nad którą nie sposób sprawować kontroli. Pośród dzikich pól istnieją ośrodki objęte systemową cenzurą, w rodzaju dużych portali informacyjnych, czy społecznościowych – lecz nawet tam w sposób otwarty promują się grupy, które są nieskutecznie zwalczane przez „główny nurt”.
Grupy dążące do radykalnej zmiany systemowej są, z oczywistych powodów, najbardziej represjonowane przez główno-nurtowy system dystrybuowania informacji. Najczęściej nie posiadają one środków potrzebnych do tworzenia i utrzymywania własnych mediów, w rodzaju prasy, radia, czy telewizji; nie stoją za nimi żadne wpływowe lobby, które mogłyby takie przedsięwzięcia sfinansować, tudzież w sztuczny, keynesistowski sposób napędzać popyt na pozaestablishmentowe produkty medialne. Dzieje się dokładnie na odwrót – tuby liberalnej „neutralności światopoglądowej” starają się wyeliminować, ośmieszyć, bądź zniesławić potencjalne zagrożenia dla swojego infomonopolu. Grupy „niepoprawne” nie są również w stanie emitować własnych spotów na systemowych antenach – a już na pewno nie w takim zakresie, w jakim mogą to robić grupy współtworzące „salon”, będące najczęściej w posiadaniu własnych, popularnych kanałów. Konsekwencją takiego stanu rzeczy jest sytuacja, w której środowiska znajdujące się poza „głównym nurtem” nie mogą przeprowadzić żadnej „kampanii społecznej”, bądź swojej odpowiedzi na to zjawisko, które pod nieco zagadkową nazwą, kryje demoliberalną inżynierię społeczną i zwykłą ofensywę propagandową.
W wirtualnej przestrzeni przepływów, która coraz bardziej wypiera tradycyjne media (prasa, radio, telewizja), przewaga Policjantów Myśli przestaje być wyraźna. W sieci największą popularnością cieszy się marketing wirusowy (ang. viral marketing), oraz marketing partyzancki (ang. guerilla marketing), czyli formy wielowarstwowego i nieskoncentrowanego rozprzestrzeniania informacji. Niskim nakładem środków można wyemitować informację, której intensywność ma tendencję do lawinowego narastania, poza czyjąkolwiek kontrolą – jej rozprzestrzenianiem jest bowiem zainteresowana większość osób, która utożsamia z zawartą w jej treści optyką, lub została nią w jakiś sposób poruszona. Informacja zaczyna być rozprzestrzeniana na zasadzie „poczty pantoflowej”, lecz bez tradycyjnych ograniczeń w postaci zlokalizowanego kontaktu odbiorcy i adresata, czy przestrzennej odległości pomiędzy nimi, ponieważ swoje zastosowanie mają w tej materii prawa przestrzeni przepływów. Pomimo pozornej bezwładności i chaotyczności, wirusowe rozprzestrzenianie informacji skuteczniej trafia w „target” (docelową grupę do której ma dotrzeć informacja w zamyśle jej pierwotnego nadawcy) aniżeli tradycyjne formy propagandy – pasy transmisyjne przebiegają głównie między jednostkami potencjalnie zainteresowanymi otrzymaniem informacji, ponieważ osoba, która decyduje się na przekazanie informacji dalej, najczęściej emituje ją w te rejony przestrzeni przepływów, gdzie jej treść spotka się z zainteresowaniem. Wszelkie próby całościowego cenzurowania informacji przez policjantów myśli nie mogą tu mieć, rzecz jasna, zastosowania. Mechanizmy infopartyzantki nowego uniwersum mogą zostać wykorzystane przez każdą siłę polityczną, przeciwko dowolnemu rodzajowi establishmentu.
Status użytkownika: „zastrzelony”.
Czasy, kiedy to o doniosłym znaczeniu przestrzeni przepływów toczono jedynie teoretyczne dyskusje na wysokim poziomie abstrakcji, bezpowrotnie zakończyły się w latach 2010-2011. Spektakularnym preludium była próba obalenia rządów prezydenta Mahmuda Ahmedineżada po czerwcowych wyborach w Iranie (2010). Opozycja wspierana przez amerykański wywiad, rozpoczęła w Internecie szeroką, antypaństwową kampanię. Prócz poczty elektronicznej, czy blogów, głównym narzędziem organizującym „powstanie”, okazał się portal społecznościowy „Facebook”. Na manifestacjach zainicjowanych za jego pośrednictwem zginęło, według różnych szacunków, od 30 do 150 osób. Z uwagi na świetne przygotowanie państwowych służb bezpieczeństwa, oraz błyskawiczną odpowiedź wiernych premierowi informatyków, „powstanie” zostało stłumione w zalążku. Jak długo uda się prezydentowi utrzymać pokój? W dużej mierze jest to zależne od tego, jaki wynik przyniesie wojna w przestrzeni przepływów pomiędzy zwolennikami, a przeciwnikami Ahmedineżada.
Uderzenie w establishment
Prawdziwa burza, zainicjowana przez infopartyzantkę, miała jednak dopiero nadejść - mowa tu o skandalu, który w swych dalekich konsekwencjach na zasadzie „efektu motyla”, stał się bezpośrednią przyczyną śmierci kilkuset osób, oraz kryzysu czterech różnych rządów, z których jeden został już krwawo obalony, a drugi walczy o przetrwanie strzelając do demonstrantów. Chodzi oczywiście o ujawnienie poufnej korespondencji dyplomatycznej największego światowego mocarstwa, USA, przez portal „Wikileaks”. Wyłaniające się z poufnych depesz, szczegółowe, miejscami bardzo plastyczne opisy stosunku administracji Stanów Zjednoczonych do reszty uczestników stosunków międzynarodowych, informacje dotyczące sprzedaży nielegalnej broni Izraelowi, czy cały szereg innych, problematycznych kwestii takich jak kontrowersyjne dane amerykańskiego wywiadu o sytuacji polityczno-gospodarczej kilku państw trzecich, zmusiły przepełniony pychą fundament światowego establishmentu do tłumaczenia się z faktów opublikowanych przez małą grupę dysydentów. Przeciek w ciągu kilku chwil rozlał się niepowstrzymaną falą po całej przestrzeni przepływów, czyniąc potężną wyrwę w demoliberalnym infomonopolu. Taka sytuacja nie mogła nie spotkać się ze zdecydowaną reakcją policjantów myśli. Przewodniczący amerykańskiego Komitetu ds. Bezpieczeństwa Narodowego wysunął projekt uznania „Wikileaks” za organizację terrorystyczną. Rozpoczęto dramatyczne poszukiwania „haków” na jednego z głównych administratorów portalu, a demoliberalni politycy znani z pierwszych stron gazet, publicznie rozważali konieczność postawienia go przed sądem z zarzutami zdrady stanu i orzeczenia wyroku śmierci, lub nawet zabicia w zamachu(4). Zablokowano też kanały za pośrednictwem których inicjatywa „Wikileaks” była finansowana (PayPal), a na portalach społecznościowych usuwano grupy, które ów kanał starały się zastąpić. W wyniku hackerskich kontrataków, najczęściej przy pomocy DDoS(5), infopartyzanci zablokowali kilka portali stosujących cenzurę. Ich administratorzy, zdając sobie sprawę z grozy sytuacji (każda chwila zawieszenia wielkiego portalu generuje równie wielkie straty), zaprzestali swoich działań, a jeden z serwisów, „Twitter”, nawet przeprosił za swoje wcześniejsze postępowanie! Establishment, pomimo swojej wściekłej reakcji i zrzucenia maski „neutralnego obserwatora” kosztem ujawnienia prawdziwej natury agresywnego policjanta myśli, w problematycznej sprawie „Wikileaks” nie wygrał absolutnie nic – z ciemnych, niekontrolowanych przez niego zakamarków przestrzeni przepływów, wciąż wypływają niecenzurowane przez nikogo przecieki danych, które tworzą małe, lecz systematycznie powiększające się szczeliny w światowym porządku opartym na kłamstwie i spreparowanych informacjach. „ Jesteśmy zwiastunem maszerującego ruchu oporu. Mamy dość dezinformacji, mamy dość korupcji. Mamy dość wojen prowadzonych z bezpiecznej odległości i tajemnic. Wolność to zaciskająca się pętla dla tego status quo.” – głosi manifest anonimowych uczestników wojny informacyjnej nowego typu.
Powiew rewolucji.
Uderzenie infopartyzantów miało jednak pociągnąć za sobą znacznie poważniejsze konsekwencje, aniżeli wywołanie nerwowych reakcji światowego supermocarstwa, popsucie jego stosunków z niektórymi państwami trzecimi, kompromitacja na arenie międzynarodowej, czy obnażenie jego bezsilności w obliczu przełamania infomonopolu w przestrzeni nowego uniwersum. W depeszach amerykańskiej dyplomacji znalazła się również charakterystyka tunezyjskiej administracji prezydenta Zina Al-Abidina Ben Alego, jako rządów skrajnie nepotycznych i skorumpowanych. Zła sytuacja w kraju wydająca się potwierdzać te zarzuty, skłoniła pewnego młodego handlarza do próby samospalenia przed budynkiem lokalnych władz. Wydarzenia te zapoczątkowały ogromną mobilizację na portalach społecznościowych, gdzie zaczęto inicjować wystąpienia antyrządowe, które przerodziły się w regularne napady na posterunki policji i przedstawicielstwa władz – podpalono siedzibę Zgromadzenia Demokratyczno-Konstytucyjnego, powrót z emigracji ogłosił przywódca islamskich fundamentalistów, Raszid Ghannuszi . Rząd próbował opanować sytuację przy użyciu wojska; obok informacji o nieudolności Ben Alego, oraz terminów kolejnych wystąpień antyrządowych, po sieci w sposób wirusowy zaczęły krążyć materiały filmowe z akcji pacyfikacyjnych. Ostatecznie, Ben Ali został zmuszony do ucieczki z Tunezji.
Za przykładem Tunezyjczyków poszli Egipcjanie, którzy także za pośrednictwem portali społecznościowych umawiają się na ogromne, wielosettysięczne demonstracje. Islamskie organizacje bojowe przejęły kontrolę nad niektórymi regionami kraju, ulicami Kairu, z którego wycofała się policja, rządzi tłum zorganizowany wirtualnej przestrzeni przepływów. W ciągu tygodnia zginęło ponad 100 osób. Wszystko wskazuje na to, że Egipt dołączy do wydłużającej się listy państw, w których zmiana systemowa została zapoczątkowana na „Facebooku” i „Twitterze”.
Staliśmy się świadkami nastania nowej epoki, w której nowoczesne technologie komunikowania międzynarodowego i wewnątrz-narodowego, determinują kształt całości tych stosunków, oraz bezpośrednio wpływają na najbardziej doniosłe wydarzenia polityczne. To, co jeszcze do niedawna pozostawało tylko teorią, na naszych oczach stało się twardą rzeczywistością. Historia ostatnich miesięcy jednoznacznie wskazuje, że infoanarchistyczna działalność („Wikileaks”), sprzężona z „marketingiem” partyzanckim i wirusowym wykorzystywanym przez różne grupy dysydentów niezależnie od ich zabarwienia politycznego (od liberalnych demokratów po islamskich fundamentalistów), potrafi w bardzo krótkim czasie skutkować zupełnie nieprzewidywalnymi efektami. Choć w środowiskach establishmentowych, czy stricte lewicowych, dominuje raczej entuzjastyczne podejście do wydarzeń w Tunezji, czy Egipcie, jako „czwartej fali demokratyzacji”, czy „arabskiej Wiosny Ludów”, lecz trudno oprzeć się wrażeniu, iż jest to raczej myślenie życzeniowe i zaklinanie rzeczywistości. Nikt tak naprawdę nie wie, co przyniesie naruszenie politycznego status quo w Tunezji, czy Egipcie, lub ewentualne rozlanie się destabilizacji na cały region. Autorytarni „prezydenci”, którzy wbrew swojej woli znaleźli się nagle na scenie nowej „Wiosny Ludów”, posiadają/posiadali zdecydowanie prozachodnią orientację i proweniencję; zostali wyniesieni do władzy jako zapora przed fundamentalizmem islamskim, zaś geopolitycznie sprzyjali „amerykańskiemu szatanowi”, wbrew wyraźnej woli swoich narodów. Nienawidzi ich arabska ulica, demaskując jako agentów USA, nienawidzą ich islamscy przywódcy religijni, wprost wzywający do walki o nowy porządek. Nienawidzą ich całe rzesze bojowników, którzy pójdą za ich głosem i sięgną po karabiny, jeśli wyborcze urny nie przyniosą upragnionego odrodzenia. Widzimy zatem, że w porewolucyjnych państwach arabskich nastanie „wolności, demokracji i praw człowieka” nie jest jedynym możliwym, ani nawet najbardziej prawdopodobnym scenariuszem wydarzeń. Brzask nowego porządku, który wyłoni się sponad ruin obalonych satrapów Waszyngtonu, może bardzo zadziwić entuzjastów arabskiej „Wiosny Ludów”.
Rewolucja w Tunezji, Egipcie, być może także w Arabii Saudyjskiej i Jordanii, gdzie zbliżają się zainicjowane w Sieci „Dni Gniewu”, rosnące ceny ropy, widmo zablokowania Kanału Sueskiego, panika na giełdach, straty banków, które dopiero co podniosły się po niedawnym kryzysie finansowym… Plony wojny informacyjnej i buntu zrodzonego w obszarze nowego uniwersum trafiły na podatny grunt. Płomień destabilizacji w przestrzeni przepływów spłynął bezpośrednio na rzeczywistość polityczną, która może zaowocować poważnym demontażem części amerykańskiej strefy wpływów i ogólnym upadkiem ekspozytur atlantyzmu w regionie. Trudno przewidzieć, czy jego płomień nie dotrze w jakiejś formie także i do nieodległej przecież Europy, choćby pod postacią nowego, dotkliwszego jeszcze kryzysu – dotkliwszego, bo następującego tuż po poprzednim. Wielka Depresja niewątpliwie przyczyniłaby się do tąpnięcia europejskiego establishmentu pod jego własnym ciężarem. Wolność to zaciskająca się pętla dla tego status quo.
Bartosz Bekier
(1) M. Castells, „Społeczeństwo sieci”, PWN, Warszawa 2007
(2) Tamże
(3) D. McQuail, „Teoria masowego komunikowania”, PWN, Warszawa 2008
(4) http://www.msnbc.msn.com/...ks_in_security/
(5) DDoS (ang. Distributed Denial of Service) – atak na system komputerowy lub usługę sieciową w celu uniemożliwienia działania poprzez zajęcie wszystkich wolnych zasobów, przeprowadzany równocześnie z wielu komputerów (np. zombie).
Nowe uniwersum
Dotychczas pojęcie przestrzeni było związane z silnym poczuciem miejsca, a działalność społeczna w tejże przestrzeni ze zlokalizowanym kontaktem w którym dochodzi do bezpośrednich interakcji pomiędzy ludźmi.(1) Wraz z wynalezieniem i upowszechnieniem Internetu, doszło do rewolucyjnego, nie tylko z punktu widzenia socjologii, wysadzenia relacji społecznych z kontekstów lokalnych i odtwarzania ich w niezmierzonych obszarach czasu i przestrzeni. Za sprawą istnienia zdematerializowanej przestrzeni Internetu, grupy społeczne coraz rzadziej opierają się o bezpośrednie styczności. Wykonywanie wspólnej czynności nie warunkuje już podzielania wspólnej przestrzeni. W równoległej, lecz abstrakcyjnej i niematerialnej rzeczywistości, zawierane są zarówno nowe przyjaźnie, jak i milionowe kontrakty. Powstają grupy sprzeciwu, grupy poparcia, wreszcie internetowe grupy społeczne – wirtualne społeczności, które pomimo tego, iż wymykają się tradycyjnym definicjom, tworzą przecież wspólne plany, przewidywania na przyszłość, dzielą wspólne nadzieje i lęki. Handel, praca, socjalizacja, rozrywka – wszystkie te procesy zachodzą w cybernetycznym świecie, który nie tylko silnie oddziałuje na „tradycyjną” rzeczywistość, ale wręcz zaczyna się z nią przenikać. Nikt już nie kwestionuje tego, że na naszych oczach powstało alternatywne uniwersum, oparte o przepływ informacji w abstrakcyjnej przestrzeni, w której przepływy definiuje się jako celowe, powtarzalne i programowalne sekwencje wymiany i interakcji między fizycznie rozłączonymi pozycjami zajmowanymi przez aktorów społecznych(2).
Systemowa reglamentacja informacji
Prawdziwy problem tzw. głównego nurtu polega na tym, że w przestrzeni przepływów jego przewaga nie jest tak miażdżąca, jak w telewizyjnych i prasowych środkach masowego przekazu. Kapitalistyczny establishment stara się jednak bronić przed posądzaniem go o uprawianie inżynierii społecznej. Choć czołowym teoretykom masowego komunikowania, takim jak Denis McQuail (1934), nieuchronna wydaje się konstatacja, że brak nam metodologii, by skutecznie udowodnić społeczne, polityczne i kulturowe oddziaływanie mediów(3), to empiryczne doświadczenie wynikające z ogólnej obserwacji procesów socjologicznych mających swą główną inspirację w mediach każe przypuszczać, że ich wpływ na kształtowanie postaw moralnych, wydaje się być dominujący. Postępujący rozkład instytucji Rodziny w łonie mieszczańskiej cywilizacji doprowadził do sytuacji, w której media są głównym dostawcą wzorców moralnych i schematów postępowania. Odgrywają także znaczącą rolę w procesie socjalizacji, oferując modele życia i wzory zachowań, zanim widz spotka je w realnym życiu. Dokonują one wartościowania postaw na zasadzie prezentowania „nagród” i „kar” za określone zachowania. Denis McQuail w swej publikacji „Mass Comunication Theory” (1984) stara się częściowo negować doniosłość tego zjawiska uznając, że optyka mediów jest odzwierciedleniem najbardziej popularnego wśród społeczeństwa paradygmatu. Trudno się z tym zgodzić, zwłaszcza z polskiej perspektywy, czy w zasadzie każdej „nie-anglosaskiej”. Polskie społeczeństwo na płaszczyźnie medialnej, jak i wielu innych, zmuszone jest bowiem egzystować na zasadach neokolonialnych. Większość polskojęzycznych tytułów prasowych posiada przewagę obcego kapitału, zaś w telewizji nadawane są przede wszystkim zagraniczne produkcje. Jeśli dodać do tego bardziej uniwersalne argumenty w postaci stwierdzenia, że za korporacjami medialnymi zawsze stoją wpływowe grupy interesu w postaci wielkiej finansjery, show-biznesowej burżuazji i politycznej klasy rządzącej, to nie sposób zgodzić się z McQuailem – w innym wypadku należałoby uznać, że wymieniona powyżej wąska kasta pasożytów, posiada podobne standardy moralne i wzorce postępowania, jak tradycyjne społeczeństwo. Bliższe prawdzie wydają się być jednak dalsze konstatacje autora, kiedy to powołując się na teorie Noama Chomsky’ego (1924), zawarte w publikacji „What Makes Mainstream Media Mainstream” (1997) uznaje on, że media są de facto zaangażowane w utrzymanie status quo. Celowe wydaje się uzupełnienie, że chodzi przede wszystkim o utrzymanie „establishmentowego”, politycznego status quo, co zresztą sam McQuail niedwuznacznie sugeruje.
Poza kontrolą
Niezmierzoną przestrzeń przepływów, Internet, można natomiast przyrównać do znanego z westernów Dzikiego Zachodu, lub każdej innej nieokiełznanej jeszcze przestrzeni, nad którą nie sposób sprawować kontroli. Pośród dzikich pól istnieją ośrodki objęte systemową cenzurą, w rodzaju dużych portali informacyjnych, czy społecznościowych – lecz nawet tam w sposób otwarty promują się grupy, które są nieskutecznie zwalczane przez „główny nurt”.
Grupy dążące do radykalnej zmiany systemowej są, z oczywistych powodów, najbardziej represjonowane przez główno-nurtowy system dystrybuowania informacji. Najczęściej nie posiadają one środków potrzebnych do tworzenia i utrzymywania własnych mediów, w rodzaju prasy, radia, czy telewizji; nie stoją za nimi żadne wpływowe lobby, które mogłyby takie przedsięwzięcia sfinansować, tudzież w sztuczny, keynesistowski sposób napędzać popyt na pozaestablishmentowe produkty medialne. Dzieje się dokładnie na odwrót – tuby liberalnej „neutralności światopoglądowej” starają się wyeliminować, ośmieszyć, bądź zniesławić potencjalne zagrożenia dla swojego infomonopolu. Grupy „niepoprawne” nie są również w stanie emitować własnych spotów na systemowych antenach – a już na pewno nie w takim zakresie, w jakim mogą to robić grupy współtworzące „salon”, będące najczęściej w posiadaniu własnych, popularnych kanałów. Konsekwencją takiego stanu rzeczy jest sytuacja, w której środowiska znajdujące się poza „głównym nurtem” nie mogą przeprowadzić żadnej „kampanii społecznej”, bądź swojej odpowiedzi na to zjawisko, które pod nieco zagadkową nazwą, kryje demoliberalną inżynierię społeczną i zwykłą ofensywę propagandową.
W wirtualnej przestrzeni przepływów, która coraz bardziej wypiera tradycyjne media (prasa, radio, telewizja), przewaga Policjantów Myśli przestaje być wyraźna. W sieci największą popularnością cieszy się marketing wirusowy (ang. viral marketing), oraz marketing partyzancki (ang. guerilla marketing), czyli formy wielowarstwowego i nieskoncentrowanego rozprzestrzeniania informacji. Niskim nakładem środków można wyemitować informację, której intensywność ma tendencję do lawinowego narastania, poza czyjąkolwiek kontrolą – jej rozprzestrzenianiem jest bowiem zainteresowana większość osób, która utożsamia z zawartą w jej treści optyką, lub została nią w jakiś sposób poruszona. Informacja zaczyna być rozprzestrzeniana na zasadzie „poczty pantoflowej”, lecz bez tradycyjnych ograniczeń w postaci zlokalizowanego kontaktu odbiorcy i adresata, czy przestrzennej odległości pomiędzy nimi, ponieważ swoje zastosowanie mają w tej materii prawa przestrzeni przepływów. Pomimo pozornej bezwładności i chaotyczności, wirusowe rozprzestrzenianie informacji skuteczniej trafia w „target” (docelową grupę do której ma dotrzeć informacja w zamyśle jej pierwotnego nadawcy) aniżeli tradycyjne formy propagandy – pasy transmisyjne przebiegają głównie między jednostkami potencjalnie zainteresowanymi otrzymaniem informacji, ponieważ osoba, która decyduje się na przekazanie informacji dalej, najczęściej emituje ją w te rejony przestrzeni przepływów, gdzie jej treść spotka się z zainteresowaniem. Wszelkie próby całościowego cenzurowania informacji przez policjantów myśli nie mogą tu mieć, rzecz jasna, zastosowania. Mechanizmy infopartyzantki nowego uniwersum mogą zostać wykorzystane przez każdą siłę polityczną, przeciwko dowolnemu rodzajowi establishmentu.
Status użytkownika: „zastrzelony”.
Czasy, kiedy to o doniosłym znaczeniu przestrzeni przepływów toczono jedynie teoretyczne dyskusje na wysokim poziomie abstrakcji, bezpowrotnie zakończyły się w latach 2010-2011. Spektakularnym preludium była próba obalenia rządów prezydenta Mahmuda Ahmedineżada po czerwcowych wyborach w Iranie (2010). Opozycja wspierana przez amerykański wywiad, rozpoczęła w Internecie szeroką, antypaństwową kampanię. Prócz poczty elektronicznej, czy blogów, głównym narzędziem organizującym „powstanie”, okazał się portal społecznościowy „Facebook”. Na manifestacjach zainicjowanych za jego pośrednictwem zginęło, według różnych szacunków, od 30 do 150 osób. Z uwagi na świetne przygotowanie państwowych służb bezpieczeństwa, oraz błyskawiczną odpowiedź wiernych premierowi informatyków, „powstanie” zostało stłumione w zalążku. Jak długo uda się prezydentowi utrzymać pokój? W dużej mierze jest to zależne od tego, jaki wynik przyniesie wojna w przestrzeni przepływów pomiędzy zwolennikami, a przeciwnikami Ahmedineżada.
Uderzenie w establishment
Prawdziwa burza, zainicjowana przez infopartyzantkę, miała jednak dopiero nadejść - mowa tu o skandalu, który w swych dalekich konsekwencjach na zasadzie „efektu motyla”, stał się bezpośrednią przyczyną śmierci kilkuset osób, oraz kryzysu czterech różnych rządów, z których jeden został już krwawo obalony, a drugi walczy o przetrwanie strzelając do demonstrantów. Chodzi oczywiście o ujawnienie poufnej korespondencji dyplomatycznej największego światowego mocarstwa, USA, przez portal „Wikileaks”. Wyłaniające się z poufnych depesz, szczegółowe, miejscami bardzo plastyczne opisy stosunku administracji Stanów Zjednoczonych do reszty uczestników stosunków międzynarodowych, informacje dotyczące sprzedaży nielegalnej broni Izraelowi, czy cały szereg innych, problematycznych kwestii takich jak kontrowersyjne dane amerykańskiego wywiadu o sytuacji polityczno-gospodarczej kilku państw trzecich, zmusiły przepełniony pychą fundament światowego establishmentu do tłumaczenia się z faktów opublikowanych przez małą grupę dysydentów. Przeciek w ciągu kilku chwil rozlał się niepowstrzymaną falą po całej przestrzeni przepływów, czyniąc potężną wyrwę w demoliberalnym infomonopolu. Taka sytuacja nie mogła nie spotkać się ze zdecydowaną reakcją policjantów myśli. Przewodniczący amerykańskiego Komitetu ds. Bezpieczeństwa Narodowego wysunął projekt uznania „Wikileaks” za organizację terrorystyczną. Rozpoczęto dramatyczne poszukiwania „haków” na jednego z głównych administratorów portalu, a demoliberalni politycy znani z pierwszych stron gazet, publicznie rozważali konieczność postawienia go przed sądem z zarzutami zdrady stanu i orzeczenia wyroku śmierci, lub nawet zabicia w zamachu(4). Zablokowano też kanały za pośrednictwem których inicjatywa „Wikileaks” była finansowana (PayPal), a na portalach społecznościowych usuwano grupy, które ów kanał starały się zastąpić. W wyniku hackerskich kontrataków, najczęściej przy pomocy DDoS(5), infopartyzanci zablokowali kilka portali stosujących cenzurę. Ich administratorzy, zdając sobie sprawę z grozy sytuacji (każda chwila zawieszenia wielkiego portalu generuje równie wielkie straty), zaprzestali swoich działań, a jeden z serwisów, „Twitter”, nawet przeprosił za swoje wcześniejsze postępowanie! Establishment, pomimo swojej wściekłej reakcji i zrzucenia maski „neutralnego obserwatora” kosztem ujawnienia prawdziwej natury agresywnego policjanta myśli, w problematycznej sprawie „Wikileaks” nie wygrał absolutnie nic – z ciemnych, niekontrolowanych przez niego zakamarków przestrzeni przepływów, wciąż wypływają niecenzurowane przez nikogo przecieki danych, które tworzą małe, lecz systematycznie powiększające się szczeliny w światowym porządku opartym na kłamstwie i spreparowanych informacjach. „ Jesteśmy zwiastunem maszerującego ruchu oporu. Mamy dość dezinformacji, mamy dość korupcji. Mamy dość wojen prowadzonych z bezpiecznej odległości i tajemnic. Wolność to zaciskająca się pętla dla tego status quo.” – głosi manifest anonimowych uczestników wojny informacyjnej nowego typu.
Powiew rewolucji.
Uderzenie infopartyzantów miało jednak pociągnąć za sobą znacznie poważniejsze konsekwencje, aniżeli wywołanie nerwowych reakcji światowego supermocarstwa, popsucie jego stosunków z niektórymi państwami trzecimi, kompromitacja na arenie międzynarodowej, czy obnażenie jego bezsilności w obliczu przełamania infomonopolu w przestrzeni nowego uniwersum. W depeszach amerykańskiej dyplomacji znalazła się również charakterystyka tunezyjskiej administracji prezydenta Zina Al-Abidina Ben Alego, jako rządów skrajnie nepotycznych i skorumpowanych. Zła sytuacja w kraju wydająca się potwierdzać te zarzuty, skłoniła pewnego młodego handlarza do próby samospalenia przed budynkiem lokalnych władz. Wydarzenia te zapoczątkowały ogromną mobilizację na portalach społecznościowych, gdzie zaczęto inicjować wystąpienia antyrządowe, które przerodziły się w regularne napady na posterunki policji i przedstawicielstwa władz – podpalono siedzibę Zgromadzenia Demokratyczno-Konstytucyjnego, powrót z emigracji ogłosił przywódca islamskich fundamentalistów, Raszid Ghannuszi . Rząd próbował opanować sytuację przy użyciu wojska; obok informacji o nieudolności Ben Alego, oraz terminów kolejnych wystąpień antyrządowych, po sieci w sposób wirusowy zaczęły krążyć materiały filmowe z akcji pacyfikacyjnych. Ostatecznie, Ben Ali został zmuszony do ucieczki z Tunezji.
Za przykładem Tunezyjczyków poszli Egipcjanie, którzy także za pośrednictwem portali społecznościowych umawiają się na ogromne, wielosettysięczne demonstracje. Islamskie organizacje bojowe przejęły kontrolę nad niektórymi regionami kraju, ulicami Kairu, z którego wycofała się policja, rządzi tłum zorganizowany wirtualnej przestrzeni przepływów. W ciągu tygodnia zginęło ponad 100 osób. Wszystko wskazuje na to, że Egipt dołączy do wydłużającej się listy państw, w których zmiana systemowa została zapoczątkowana na „Facebooku” i „Twitterze”.
Staliśmy się świadkami nastania nowej epoki, w której nowoczesne technologie komunikowania międzynarodowego i wewnątrz-narodowego, determinują kształt całości tych stosunków, oraz bezpośrednio wpływają na najbardziej doniosłe wydarzenia polityczne. To, co jeszcze do niedawna pozostawało tylko teorią, na naszych oczach stało się twardą rzeczywistością. Historia ostatnich miesięcy jednoznacznie wskazuje, że infoanarchistyczna działalność („Wikileaks”), sprzężona z „marketingiem” partyzanckim i wirusowym wykorzystywanym przez różne grupy dysydentów niezależnie od ich zabarwienia politycznego (od liberalnych demokratów po islamskich fundamentalistów), potrafi w bardzo krótkim czasie skutkować zupełnie nieprzewidywalnymi efektami. Choć w środowiskach establishmentowych, czy stricte lewicowych, dominuje raczej entuzjastyczne podejście do wydarzeń w Tunezji, czy Egipcie, jako „czwartej fali demokratyzacji”, czy „arabskiej Wiosny Ludów”, lecz trudno oprzeć się wrażeniu, iż jest to raczej myślenie życzeniowe i zaklinanie rzeczywistości. Nikt tak naprawdę nie wie, co przyniesie naruszenie politycznego status quo w Tunezji, czy Egipcie, lub ewentualne rozlanie się destabilizacji na cały region. Autorytarni „prezydenci”, którzy wbrew swojej woli znaleźli się nagle na scenie nowej „Wiosny Ludów”, posiadają/posiadali zdecydowanie prozachodnią orientację i proweniencję; zostali wyniesieni do władzy jako zapora przed fundamentalizmem islamskim, zaś geopolitycznie sprzyjali „amerykańskiemu szatanowi”, wbrew wyraźnej woli swoich narodów. Nienawidzi ich arabska ulica, demaskując jako agentów USA, nienawidzą ich islamscy przywódcy religijni, wprost wzywający do walki o nowy porządek. Nienawidzą ich całe rzesze bojowników, którzy pójdą za ich głosem i sięgną po karabiny, jeśli wyborcze urny nie przyniosą upragnionego odrodzenia. Widzimy zatem, że w porewolucyjnych państwach arabskich nastanie „wolności, demokracji i praw człowieka” nie jest jedynym możliwym, ani nawet najbardziej prawdopodobnym scenariuszem wydarzeń. Brzask nowego porządku, który wyłoni się sponad ruin obalonych satrapów Waszyngtonu, może bardzo zadziwić entuzjastów arabskiej „Wiosny Ludów”.
Rewolucja w Tunezji, Egipcie, być może także w Arabii Saudyjskiej i Jordanii, gdzie zbliżają się zainicjowane w Sieci „Dni Gniewu”, rosnące ceny ropy, widmo zablokowania Kanału Sueskiego, panika na giełdach, straty banków, które dopiero co podniosły się po niedawnym kryzysie finansowym… Plony wojny informacyjnej i buntu zrodzonego w obszarze nowego uniwersum trafiły na podatny grunt. Płomień destabilizacji w przestrzeni przepływów spłynął bezpośrednio na rzeczywistość polityczną, która może zaowocować poważnym demontażem części amerykańskiej strefy wpływów i ogólnym upadkiem ekspozytur atlantyzmu w regionie. Trudno przewidzieć, czy jego płomień nie dotrze w jakiejś formie także i do nieodległej przecież Europy, choćby pod postacią nowego, dotkliwszego jeszcze kryzysu – dotkliwszego, bo następującego tuż po poprzednim. Wielka Depresja niewątpliwie przyczyniłaby się do tąpnięcia europejskiego establishmentu pod jego własnym ciężarem. Wolność to zaciskająca się pętla dla tego status quo.
Bartosz Bekier
(1) M. Castells, „Społeczeństwo sieci”, PWN, Warszawa 2007
(2) Tamże
(3) D. McQuail, „Teoria masowego komunikowania”, PWN, Warszawa 2008
(4) http://www.msnbc.msn.com/...ks_in_security/
(5) DDoS (ang. Distributed Denial of Service) – atak na system komputerowy lub usługę sieciową w celu uniemożliwienia działania poprzez zajęcie wszystkich wolnych zasobów, przeprowadzany równocześnie z wielu komputerów (np. zombie).
niedziela, 13 lutego 2011
Adam Danek: O potrzebie pisarstwa heroicznego
Do ogólnego nastroju przenikającego tak zwane społeczeństwa rozwinięte, a także panującego w życiu naszego własnego Kraju (raz zaliczanego do rozwiniętych, a raz nie) doskonale pasuje określenie użyte niegdyś przez Ernsta Jüngera (1895-1998) dla scharakteryzowania życia republiki weimarskiej – „atmosfera bagna”. Wokół siebie obserwujemy bezprecedensowy co do głębi i skali rozkład więzi wspólnotowych – dotykający wspólnoty wszelkiego szczebla: religijne, państwowe, narodowe, lokalne, zawodowe, a nawet rodzinne. Jego najważniejszym symptomem jest zanik etosów właściwych dla poszczególnych rodzajów wspólnot. A przy tym ów rozpad jakby nikogo nie obchodzi. Systemy moralne i ideowe wydają się nie wywoływać już żadnych poruszeń w obracającej się stopniowo w kompost ludzkiej masie. Tylko jedna wizja ciągle potrafi skłonić ludzi do znoszenia niewygód, do samozaparcia i poświęcenia – wizja dobrobytu, ale pojmowanego jednowymiarowo, spłaszczonego do jego najniższego aspektu: sytości materialnej. Od całej reszty współcześni chcą mieć święty spokój i złoszczą się na każdego, kto próbuje ich przekonywać, że człowiek powinien się poświęcać dla (i w imię) czegoś innego, niż pełen garnek czy portfel. Kwestie, które jeszcze trzy pokolenia temu budziły troskę przynajmniej najlepszej części każdej z warstw społecznych – takie, jak moralność publiczna, kondycja narodu, wychowanie następnej generacji i konieczne dla niego wzorce, niepodległość państwa, jego bezpieczeństwo, prestiż na arenie międzynarodowej, jego siła, dająca oparcie narodowi – zobojętniały dziś do tego stopnia, że kompletnie nie istnieją w świadomości społecznej. Zdumienie i kpiące uśmiechy wywołuje sam fakt, iż można się nimi interesować, zamiast zajmować się „prawdziwym życiem”.
Oto więc społeczeństwo dzisiejszej doby: bezkształtna, chorobliwie bezbarwna zbieranina atomów kręcących się wokół samych siebie, kierowanych jedynie egoistycznymi popędami. W ślad za wyczuwalnymi i obserwowalnymi trendami epoki podąża, jak zwykle, literatura. Społeczeństwa rozwinięte, jak same się chlubią, osiągnęły niespotykany nigdy wcześniej poziom alfabetyzacji, dzięki czemu ich członkowie mogą być w każdym roku budżetowym zalewani tysiącami bełkotliwych powieści-produkcyjniaków o sprawach na czasie: życiu „singli”, życiu „trzydziestolatków”, życiu dorosłych niedojrzałych do własnego wieku (kidultów), życiu „gejów”, życiu prostytutek, życiu alkoholików, życiu meneli, życiu „zbuntowanych nastolatków”, życiu japiszonów, życiu samobójców, życiu narkomanów, życiu rozwodników… i tak dalej. Tonami literackiego wypełniacza pozbawionego jakiejkolwiek myśli, jakiejkolwiek treści poza mniej lub bardziej (lub wcale) skrywaną fascynacją zepsuciem. A to jeszcze produkcyjniaki wyrabiane dla tej części sproletaryzowanego mentalnie „rynku”, która chce we własnych oczach uchodzić za czytelników literatury ambitnej. Kto zaś zliczy sensacyjne, przygodowe i romansowe chałtury wypluwane przez aparat marketingu i reklamy dla większości nowoczesnego proletariatu, która nawet takich „ambicji” nie przejawia?
Czy jednak polska literatura na początku dwudziestego wieku stała przed łatwiejszym zadaniem, niż na początku dwudziestego pierwszego? Na arenie międzynarodowej sprawa polska uchodziła wtedy od dłuższego czasu za szczęśliwie pogrzebaną, ku uldze niemal wszystkich liczących się rządów i ich dyplomatów. W ówczesnej kulturze panowała moda na upajanie się wyziewami własnego gnicia, nie mniej ostentacyjne niż dzisiaj. Wtedy także opatrywano tę żałosną skłonność mądrymi nazwami: modernizm, dekadentyzm, „wiek nerwowy”, fin de sičcle, podobnie jak dzisiaj do znudzenia gada się o „postmodernizmie”. Nastroje w polskim społeczeństwie nie skłaniały do triumfalizmu. Myli się ten, kto sądzi, że postpolityka, owo poddawanie się nurtowi wydarzeń połączone z niechęcią do grzebania się w jakichkolwiek ideach i koncepcjach politycznych, została wynaleziona dopiero po II wojnie światowej. W Polsce dawało się wyczuć pragnienie wielkich przemian – przy równie odczuwalnej niechęci do zrobienia czegokolwiek na ich rzecz. Działalność mniejszościowych środowisk, które postulowały wywołanie tych mgliście oczekiwanych przez ogół zmian, w praktyce często wywoływała u rodaków zaniepokojenie lub rozdrażnienie zamiast oczekiwanego oddźwięku. I wynikało to nie tyle z konserwatyzmu Polaków, z jakiegoś świadomego przywiązania do ładu zapewnianego przez trzy monarchie, ile raczej z prozaicznej ludzkiej skłonności do przyzwyczajania się do tego, co istnieje obecnie bez szukania sobie dodatkowych problemów. Domorośli politycy wyżywali się w kawiarnianych, piwiarnianych i imieninowych dyskusjach, w publicystyce frazes patriotyczny był jak zawsze w cenie, ale poza przysłuchiwaniem i udzielaniem się w pierwszych czy lekturą drugiego w gazetach trzeba było pracować i robić interesy, zajmować się prawdziwym życiem, a nie myśleć o głupotach.
Na przełomie stuleci senny bulgot nadwiślańskiego bagna przeciął nagle ostry głos surm, za którym wdarł się marszowy brzęk pancerzy i rycerskich ostróg: Wyspiański. Czym dla obudzenia mózgu narodu było prowadzone w cieniu już od szeregu lat dzieło Józefa Piłsudskiego (1867-1935), Romana Dmowskiego (1864-1939) i Władysława Studnickiego (1867-1953), to dla zbudzenia ducha narodu uczynił „piąty Wieszcz”, prostując im ścieżki do serc Polaków. Przebudzenie jednak rzadko bywa przyjemne. W dwóch genialnych dramatach narodowych, „Weselu” (1900) i „Wyzwoleniu” (1902), Wyspiański dał porażający obraz polskiego społeczeństwa: paraliżu woli, duchowego rozkładu, zatracenia się w prywatnym wygodnictwie, marazmu, zniewieścienia, tromtadrackiej pozy zastępującej myślenie polityczne, rozbuchanych, choć niekonkretnych marzeń o zmartwychwstaniu Polski zmieszanych z obojętnością na własną niemoc; analogiczną diagnozę postawił później Wacław Berent (1873-1940) w poświęconej tym samym zagadnieniom znakomitej powieści „Ozimina” (1911). A przecież, mimo całej ostrości sądu, obaj wielcy literaci nie konstatowali po prostu ze smutkiem pogodzenia się Polaków z rolą tworzywa historii, lecz szukali z niej drogi wyjścia; nie załamywali tylko rąk nad polską niezdolnością do akcji, lecz wzywali do jej przezwyciężenia. Obok partykularnej sprawy polskiej zajmowali się także bardziej uniwersalnym problemem nurtującego Europę kryzysu normatywnego, rozrostem dekadencji i zwątpienia. W ich utworach jako odpowiedź na kryzys kultury wydawało się rozlegać wołanie o heroiczny Czyn dla wspólnoty narodowej, odradzający ją w działaniu. Jednocześnie i Wyspiański, i Berent ukazali z całą jaskrawością, że społeczeństwo jest wiecznie niegotowe do Czynu, wiecznie wczorajsze. Swoje przesłanie adresowali więc zapewne nie do szerokich rzesz narodu, ale do jego awangardy, chcąc, by wcieliła się w Spenglerowski los, co wlecze za sobą w przyszłość oporną większość.*
Tradycjonaliści i koła konserwatywne nie wykazali wówczas zainteresowania obmyślaniem i przygotowywaniem Czynu. I w tym sensie zawiedli, nie wyczuwając doniosłości momentu historycznego, co dziwi tym bardziej, że właśnie konserwatyści odznaczali się zawsze najgłębszym rozumieniem historii i największą przywiązywali do niego wagę w swej myśli politycznej. Nigdy się nie dowiemy, jak potoczyłaby się historia Polski podczas „wojny powszechnej ludów” i jakie oblicze ideowe przyjęłaby odbudowana polska państwowość, gdyby we właściwym czasie podjęli owo zadanie. Skoro jednak omieszkali to uczynić, sztandar heroicznego Czynu podnieśli pisarze lewicowi, związani z narodowym skrzydłem ruchu socjalistycznego. Proces przebudzenia „żołnierza politycznego” rewolucji, próby, przez jakie musiał on przejść, jego zmagania z konformizmem większości rodaków i tragiczne często konsekwencje życiowe jego walki przedstawiali Gustaw Daniłowski (1871-1927) w powieściach „Z minionych dni” (1902) i „Jaskółka” (1907), Stanisław Brzozowski (1878-1911) w powieści „Płomienie” (1908) czy Andrzej Strug (wł. Tadeusz Gałecki, 1871-1937) w cyklu opowiadań „Ludzie podziemni” (1908) i powieści „Dzieje jednego pocisku” (1910). W pewnej mierze kontynuowali oni tradycję pisarską tworzącego wcześniej Józefa Atanazego Rogosza (1844-1896), kombatanta powstania styczniowego i demokratycznego radykała, autora utworów poświęconych galicyjskim spiskom niepodległościowym z lat czterdziestych XIX wieku, m.in. powieści „Marzyciele” (1881) i „Dla idei” (1885). Lewicowe poglądy społeczne, artykułowane w dziełach tych socjalistycznych pisarzy, można odsunąć na bok, doceniając je jako pierwsze od dawna przejawy zainteresowania polskiej literatury dynamiką Czynu i procesem jego narodzin, dalekie przy tym od idealizacji, jakiej temat ów poddawano w epoce romantyzmu. W Polsce niepodległej literatura przyzywająca nowe pokolenie do Czynu przestała stanowić domenę patriotycznego skrzydła lewicy. To czas, kiedy związany z ONR katolicki pisarz Władysław Jan Grabski (1901-1970) tworzy trylogię opisującą drogę „żołnierzy politycznych” narodowego radykalizmu, złożoną z powieści „Bracia” (1934), „Kłamstwo” (1935) i „Na krawędzi” (1936); czas, kiedy znany działacz i publicysta obozu narodowego Jędrzej Giertych (1903-1992) wydaje thriller polityczny „Zamach” (1938), opowiadający o walce nacjonalistycznej konspiracji z żydowskimi siłami lewicowego przewrotu.
Okrąg wieku się zamknął. Dziś, na początku XXI stulecia, znów otacza nas wszechobecne zwątpienie, wzbiera anomia, nabrzmiewa ropniem kryzys kultury. Raz jeszcze nastała, opisana niegdyś przez narodowego mesjanistę Jerzego Brauna (1901-1975), „ginąca era”. Nasz czas gnije. Ale wyziewy tego, co gnije, niekiedy okazują się zapalne. Znów potrzeba pisarstwa heroicznego, porywającego dusze czytelników, zwłaszcza młodego pokolenia – literatury, która wołałaby o Czyn, nawet gdyby początkowo miała wołać na puszczy – iskry w zapalnej atmosferze. Współczesna produkcja literacka szerzy modę na zniewieściałą „wrażliwość” oraz na upajanie się własną niekontrolowaną emocjonalnością. Jednak człowiek prawdziwie wrażliwy musi w końcu odnaleźć w sobie dziedzictwo przodków, którego dogłębne odczucie i przeżycie zakorzenia go we wspólnocie narodowej. Drogę tę przebył francuski pisarz nacjonalistyczny Maurice Barrčs (1862-1923), streszczając ją później w formule: „Kocham nade wszystko mój świat wewnętrzny, ale w nim odkrywam świat narodowy – staję się przeto dzieckiem narodu.” Ukazać tę drogę – to zadanie dla młodszych polskich pisarzy, często utalentowanych i umiejących trafić do czytelnika, lecz grzęznących w banalnej, bezideowej komercji. Przymusowa „powszechna edukacja” rzekomo zapewnia dziś wszystkim, niezależnie od miejsca urodzenia i statusu rodziny, bezprecedensowo swobodny rozwój zdolności. Gdzie zatem są prozaicy dzisiejszej doby na miarę Gustawa Daniłowskiego, Stanisława Brzozowskiego, Władysława Jana Grabskiego, Jędrzeja Giertycha, Juliusza Kaden-Bandrowskiego (1885-1944), Leonarda Fursa-Żyrkiewicza (1900-1965, ppłk dypl.), Andrzeja Trzebińskiego (1920-1942), gdzie poeci pokroju Edwarda Słońskiego (1872-1926), „Barda Czwartaków” Władysława Orkana (1875-1930), legionowego żołnierza zwiadu Stanisława Długosza (1891-1915), Bolesława Niemiry, Aleksandra Sygryca, Stanisława Szarskiego? W społeczeństwie zdominowanym, przynajmniej medialnie, przez skarlałe lub złamane charaktery, potrzeba jak nigdy literatury, która będzie wychowywać i inspirować ludzi Czynu. Nie słabeuszowskiej kultury, która fascynuje się własnym rozkładem, nie głosu duszy, która upaja się smrodem własnego gnicia, lecz literatury, która ponownie zwiąże zerwaną nić, łączącą współczesnych z minionymi generacjami. I zamieni tę nić w lont.
Adam Danek
* Chodzi o zaczerpniętą z pism Seneki sentencję „Ducunt fata volentem, nolentem trahunt” (łac. chcących losy prowadzą, niechętnych wloką), którą rewolucyjno-konserwatywny filozof Oswald Spengler (1880-1936) zamknął swe epokowe dzieło „Zmierzch Zachodu” (1918-1922). Kilka lat wcześniej od Spenglera użył jej do podsumowania swych rozważań inny rewolucyjny myśliciel – Lenin, w pracy „Oportunizm i krach II Międzynarodówki” (1916).
Oto więc społeczeństwo dzisiejszej doby: bezkształtna, chorobliwie bezbarwna zbieranina atomów kręcących się wokół samych siebie, kierowanych jedynie egoistycznymi popędami. W ślad za wyczuwalnymi i obserwowalnymi trendami epoki podąża, jak zwykle, literatura. Społeczeństwa rozwinięte, jak same się chlubią, osiągnęły niespotykany nigdy wcześniej poziom alfabetyzacji, dzięki czemu ich członkowie mogą być w każdym roku budżetowym zalewani tysiącami bełkotliwych powieści-produkcyjniaków o sprawach na czasie: życiu „singli”, życiu „trzydziestolatków”, życiu dorosłych niedojrzałych do własnego wieku (kidultów), życiu „gejów”, życiu prostytutek, życiu alkoholików, życiu meneli, życiu „zbuntowanych nastolatków”, życiu japiszonów, życiu samobójców, życiu narkomanów, życiu rozwodników… i tak dalej. Tonami literackiego wypełniacza pozbawionego jakiejkolwiek myśli, jakiejkolwiek treści poza mniej lub bardziej (lub wcale) skrywaną fascynacją zepsuciem. A to jeszcze produkcyjniaki wyrabiane dla tej części sproletaryzowanego mentalnie „rynku”, która chce we własnych oczach uchodzić za czytelników literatury ambitnej. Kto zaś zliczy sensacyjne, przygodowe i romansowe chałtury wypluwane przez aparat marketingu i reklamy dla większości nowoczesnego proletariatu, która nawet takich „ambicji” nie przejawia?
Czy jednak polska literatura na początku dwudziestego wieku stała przed łatwiejszym zadaniem, niż na początku dwudziestego pierwszego? Na arenie międzynarodowej sprawa polska uchodziła wtedy od dłuższego czasu za szczęśliwie pogrzebaną, ku uldze niemal wszystkich liczących się rządów i ich dyplomatów. W ówczesnej kulturze panowała moda na upajanie się wyziewami własnego gnicia, nie mniej ostentacyjne niż dzisiaj. Wtedy także opatrywano tę żałosną skłonność mądrymi nazwami: modernizm, dekadentyzm, „wiek nerwowy”, fin de sičcle, podobnie jak dzisiaj do znudzenia gada się o „postmodernizmie”. Nastroje w polskim społeczeństwie nie skłaniały do triumfalizmu. Myli się ten, kto sądzi, że postpolityka, owo poddawanie się nurtowi wydarzeń połączone z niechęcią do grzebania się w jakichkolwiek ideach i koncepcjach politycznych, została wynaleziona dopiero po II wojnie światowej. W Polsce dawało się wyczuć pragnienie wielkich przemian – przy równie odczuwalnej niechęci do zrobienia czegokolwiek na ich rzecz. Działalność mniejszościowych środowisk, które postulowały wywołanie tych mgliście oczekiwanych przez ogół zmian, w praktyce często wywoływała u rodaków zaniepokojenie lub rozdrażnienie zamiast oczekiwanego oddźwięku. I wynikało to nie tyle z konserwatyzmu Polaków, z jakiegoś świadomego przywiązania do ładu zapewnianego przez trzy monarchie, ile raczej z prozaicznej ludzkiej skłonności do przyzwyczajania się do tego, co istnieje obecnie bez szukania sobie dodatkowych problemów. Domorośli politycy wyżywali się w kawiarnianych, piwiarnianych i imieninowych dyskusjach, w publicystyce frazes patriotyczny był jak zawsze w cenie, ale poza przysłuchiwaniem i udzielaniem się w pierwszych czy lekturą drugiego w gazetach trzeba było pracować i robić interesy, zajmować się prawdziwym życiem, a nie myśleć o głupotach.
Na przełomie stuleci senny bulgot nadwiślańskiego bagna przeciął nagle ostry głos surm, za którym wdarł się marszowy brzęk pancerzy i rycerskich ostróg: Wyspiański. Czym dla obudzenia mózgu narodu było prowadzone w cieniu już od szeregu lat dzieło Józefa Piłsudskiego (1867-1935), Romana Dmowskiego (1864-1939) i Władysława Studnickiego (1867-1953), to dla zbudzenia ducha narodu uczynił „piąty Wieszcz”, prostując im ścieżki do serc Polaków. Przebudzenie jednak rzadko bywa przyjemne. W dwóch genialnych dramatach narodowych, „Weselu” (1900) i „Wyzwoleniu” (1902), Wyspiański dał porażający obraz polskiego społeczeństwa: paraliżu woli, duchowego rozkładu, zatracenia się w prywatnym wygodnictwie, marazmu, zniewieścienia, tromtadrackiej pozy zastępującej myślenie polityczne, rozbuchanych, choć niekonkretnych marzeń o zmartwychwstaniu Polski zmieszanych z obojętnością na własną niemoc; analogiczną diagnozę postawił później Wacław Berent (1873-1940) w poświęconej tym samym zagadnieniom znakomitej powieści „Ozimina” (1911). A przecież, mimo całej ostrości sądu, obaj wielcy literaci nie konstatowali po prostu ze smutkiem pogodzenia się Polaków z rolą tworzywa historii, lecz szukali z niej drogi wyjścia; nie załamywali tylko rąk nad polską niezdolnością do akcji, lecz wzywali do jej przezwyciężenia. Obok partykularnej sprawy polskiej zajmowali się także bardziej uniwersalnym problemem nurtującego Europę kryzysu normatywnego, rozrostem dekadencji i zwątpienia. W ich utworach jako odpowiedź na kryzys kultury wydawało się rozlegać wołanie o heroiczny Czyn dla wspólnoty narodowej, odradzający ją w działaniu. Jednocześnie i Wyspiański, i Berent ukazali z całą jaskrawością, że społeczeństwo jest wiecznie niegotowe do Czynu, wiecznie wczorajsze. Swoje przesłanie adresowali więc zapewne nie do szerokich rzesz narodu, ale do jego awangardy, chcąc, by wcieliła się w Spenglerowski los, co wlecze za sobą w przyszłość oporną większość.*
Tradycjonaliści i koła konserwatywne nie wykazali wówczas zainteresowania obmyślaniem i przygotowywaniem Czynu. I w tym sensie zawiedli, nie wyczuwając doniosłości momentu historycznego, co dziwi tym bardziej, że właśnie konserwatyści odznaczali się zawsze najgłębszym rozumieniem historii i największą przywiązywali do niego wagę w swej myśli politycznej. Nigdy się nie dowiemy, jak potoczyłaby się historia Polski podczas „wojny powszechnej ludów” i jakie oblicze ideowe przyjęłaby odbudowana polska państwowość, gdyby we właściwym czasie podjęli owo zadanie. Skoro jednak omieszkali to uczynić, sztandar heroicznego Czynu podnieśli pisarze lewicowi, związani z narodowym skrzydłem ruchu socjalistycznego. Proces przebudzenia „żołnierza politycznego” rewolucji, próby, przez jakie musiał on przejść, jego zmagania z konformizmem większości rodaków i tragiczne często konsekwencje życiowe jego walki przedstawiali Gustaw Daniłowski (1871-1927) w powieściach „Z minionych dni” (1902) i „Jaskółka” (1907), Stanisław Brzozowski (1878-1911) w powieści „Płomienie” (1908) czy Andrzej Strug (wł. Tadeusz Gałecki, 1871-1937) w cyklu opowiadań „Ludzie podziemni” (1908) i powieści „Dzieje jednego pocisku” (1910). W pewnej mierze kontynuowali oni tradycję pisarską tworzącego wcześniej Józefa Atanazego Rogosza (1844-1896), kombatanta powstania styczniowego i demokratycznego radykała, autora utworów poświęconych galicyjskim spiskom niepodległościowym z lat czterdziestych XIX wieku, m.in. powieści „Marzyciele” (1881) i „Dla idei” (1885). Lewicowe poglądy społeczne, artykułowane w dziełach tych socjalistycznych pisarzy, można odsunąć na bok, doceniając je jako pierwsze od dawna przejawy zainteresowania polskiej literatury dynamiką Czynu i procesem jego narodzin, dalekie przy tym od idealizacji, jakiej temat ów poddawano w epoce romantyzmu. W Polsce niepodległej literatura przyzywająca nowe pokolenie do Czynu przestała stanowić domenę patriotycznego skrzydła lewicy. To czas, kiedy związany z ONR katolicki pisarz Władysław Jan Grabski (1901-1970) tworzy trylogię opisującą drogę „żołnierzy politycznych” narodowego radykalizmu, złożoną z powieści „Bracia” (1934), „Kłamstwo” (1935) i „Na krawędzi” (1936); czas, kiedy znany działacz i publicysta obozu narodowego Jędrzej Giertych (1903-1992) wydaje thriller polityczny „Zamach” (1938), opowiadający o walce nacjonalistycznej konspiracji z żydowskimi siłami lewicowego przewrotu.
Okrąg wieku się zamknął. Dziś, na początku XXI stulecia, znów otacza nas wszechobecne zwątpienie, wzbiera anomia, nabrzmiewa ropniem kryzys kultury. Raz jeszcze nastała, opisana niegdyś przez narodowego mesjanistę Jerzego Brauna (1901-1975), „ginąca era”. Nasz czas gnije. Ale wyziewy tego, co gnije, niekiedy okazują się zapalne. Znów potrzeba pisarstwa heroicznego, porywającego dusze czytelników, zwłaszcza młodego pokolenia – literatury, która wołałaby o Czyn, nawet gdyby początkowo miała wołać na puszczy – iskry w zapalnej atmosferze. Współczesna produkcja literacka szerzy modę na zniewieściałą „wrażliwość” oraz na upajanie się własną niekontrolowaną emocjonalnością. Jednak człowiek prawdziwie wrażliwy musi w końcu odnaleźć w sobie dziedzictwo przodków, którego dogłębne odczucie i przeżycie zakorzenia go we wspólnocie narodowej. Drogę tę przebył francuski pisarz nacjonalistyczny Maurice Barrčs (1862-1923), streszczając ją później w formule: „Kocham nade wszystko mój świat wewnętrzny, ale w nim odkrywam świat narodowy – staję się przeto dzieckiem narodu.” Ukazać tę drogę – to zadanie dla młodszych polskich pisarzy, często utalentowanych i umiejących trafić do czytelnika, lecz grzęznących w banalnej, bezideowej komercji. Przymusowa „powszechna edukacja” rzekomo zapewnia dziś wszystkim, niezależnie od miejsca urodzenia i statusu rodziny, bezprecedensowo swobodny rozwój zdolności. Gdzie zatem są prozaicy dzisiejszej doby na miarę Gustawa Daniłowskiego, Stanisława Brzozowskiego, Władysława Jana Grabskiego, Jędrzeja Giertycha, Juliusza Kaden-Bandrowskiego (1885-1944), Leonarda Fursa-Żyrkiewicza (1900-1965, ppłk dypl.), Andrzeja Trzebińskiego (1920-1942), gdzie poeci pokroju Edwarda Słońskiego (1872-1926), „Barda Czwartaków” Władysława Orkana (1875-1930), legionowego żołnierza zwiadu Stanisława Długosza (1891-1915), Bolesława Niemiry, Aleksandra Sygryca, Stanisława Szarskiego? W społeczeństwie zdominowanym, przynajmniej medialnie, przez skarlałe lub złamane charaktery, potrzeba jak nigdy literatury, która będzie wychowywać i inspirować ludzi Czynu. Nie słabeuszowskiej kultury, która fascynuje się własnym rozkładem, nie głosu duszy, która upaja się smrodem własnego gnicia, lecz literatury, która ponownie zwiąże zerwaną nić, łączącą współczesnych z minionymi generacjami. I zamieni tę nić w lont.
Adam Danek
* Chodzi o zaczerpniętą z pism Seneki sentencję „Ducunt fata volentem, nolentem trahunt” (łac. chcących losy prowadzą, niechętnych wloką), którą rewolucyjno-konserwatywny filozof Oswald Spengler (1880-1936) zamknął swe epokowe dzieło „Zmierzch Zachodu” (1918-1922). Kilka lat wcześniej od Spenglera użył jej do podsumowania swych rozważań inny rewolucyjny myśliciel – Lenin, w pracy „Oportunizm i krach II Międzynarodówki” (1916).
sobota, 29 stycznia 2011
Oś Warszawa-Mińsk
Niedawna elekcja głowy państwa na Białorusi (stanowiąca, jak się wydaje, li tylko czystą formalność) ponownie zwróciła uwagę Polaków na owo ościenne państwo. W naszej ojczyźnie brakuje niestety prób pogłębionej refleksji nad znaczeniem, jakie dla Polski ma, lub może mieć, jej wschodni sąsiad. Kilku polskich publicystów, związanych z różnymi środowiskami szeroko pojętej prawicy, podjęło wprawdzie takie próby namysłu wolnego od przytłumienia przez ideologiczny dyskurs demokracji i „praw człowieka”. Ich marginalne w gruncie rzeczy głosy, pozbawione przełożenia na masowo rozpowszechniane treści medialne, nie mogły jednak w żaden sposób zrównoważyć, przepełniającego gazety i telewizje głównego nurtu, zalewu seansów nienawiści do „ostatniej dyktatury Europy” oraz nakazów poparcia dla „demokratycznej opozycji”, animowanej tam bez większych sukcesów przez ośrodki zachodnie. A szkoda, bo utonął w nim szereg cennych obserwacji.
Znaczenia Białorusi dla Polski oraz całej Europy Środkowej i Wschodniej nie powinna nam przesłaniać agresywna anty-białoruska propaganda płynąca z Zachodu ani buńczuczne wezwania jego przywódców politycznych do poddawania tego państwa ostracyzmowi lub innym dyplomatycznym szykanom z powodu jego „niedemokratyczności”. Nieuprzedzonemu obserwatorowi muszą się one wydać co najmniej podejrzane, skoro te same państwa zachodnie na wyprzódki zabiegają o dobre stosunki z równie „niedemokratyczną” Rosją.
Polskie ośrodki dyspozycji mają obowiązek dostrzegać przede wszystkim strategiczną, geostrategiczną i geopolityczną ważność Białorusi. Wedle ocen polskich strategów i ekspertów wojskowych państwo białoruskie, choć w przybliżeniu czterokrotnie mniej ludne od polskiego, góruje nad tym ostatnim pod względem potencjału militarnego – jako jedyny nasz sąsiad oprócz Niemiec i Rosji. Ponadto Białoruś jako jedyne z państw sukcesyjnych dawnej Rzeczypospolitej (Białoruś, Litwa, Łotwa, Polska, Ukraina) nie ma bezpośredniego dostępu do morza, lecz zarazem jako jedyne wśród nich posiada sieć rzeczną należącą jednocześnie do zlewisk mórz Bałtyckiego (Narew, Dźwina, Wilia, Niemen) i Czarnego (Dniepr, Berezyna, Prypeć), która łączy ją ze wszystkimi pozostałymi tymi państwami (Narew z Polską, Niemen i Wilia z Litwą, Dźwina z Łotwą, Prypeć, Berezyna i Dniepr – z Ukrainą). Pod względem geostrategicznym terytorium Białorusi tworzy m.in. korytarz wiodący na Grzędę Smoleńsko-Moskiewską, gdzie leży polityczny punkt ciężkości największego państwa na Ziemi. W samej Rosji nie brakuje ocen potwierdzających geostrategiczną doniosłość Białorusi. Podczas swej ubiegłorocznej wizyty w Polsce przychylił się do nich dr Modest Kolerow, w okresie prezydentury Włodzimierza Putina szef wydziału Administracji Prezydenta ds. kontaktów z zagranicą, obecnie kierujący rosyjską agencją informacyjną Regnum – który wystąpił jako gość specjalny III Zjazdu Geopolityków Polskich we Wrocławiu w październiku 2010 r. Zdaniem Kolerowa w wypadku, gdyby Aleksander Łukaszenka zdecydował się zrezygnować z goszczenia rosyjskiej stacji radiolokacyjnej „Węzeł Baranowicze” (ulokowanej w osadzie Gancewicze), droga w głąb Rosji od strony zachodniej stanęłaby otworem – i to jest przyczyną mocnej pozycji białoruskiego prezydenta w jego rozmowach z Moskwą. Zasadne wydaje się przeto bardziej krytyczne spojrzenie na serwowany nam przez media obraz państwa słabego i peryferyjnego, bo „w dzisiejszych czasach” wciąż „niedemokratycznego” i nie „wolnorynkowego”.
Myśliciele geopolityczni tacy, jak dr Stanisław Bukowiecki (1867-1944) czy Juliusz Mieroszewski (1906-1976) zwracali uwagę na konieczność orientowania polskiej polityki wschodniej na osiągnięcie przez Białoruś (niezależnie od jej ustroju wewnętrznego) możliwie jak największej niezależności od ośrodka rosyjskiego. U początków krwawo wywalczonej niepodległości Polski jej elita polityczna zlekceważyła kwestię białoruską, co z czasem pociągnęło za sobą konkretną cenę. W toku rokowań pokojowych po wojnie polsko-bolszewickiej strona sowiecka zgadzała się na ustalenie granicy z Polską na linii Połock – Bobrujsk – Mozyrz – Równe, z pozostawieniem po stronie polskiej Mińska i większej części Białorusi. Polska delegacja, pod przewodnictwem ludowca Jana Dąbskiego i endeka prof. Stanisława Grabskiego, odrzuciła tę propozycję, co zaakceptował również Naczelnik Państwa Józef Piłsudski. W wydanej później (w 1943 r. w Londynie) w języku francuskim broszurze „Granica polsko-sowiecka” Grabski wyjaśniał tę odmowę faktem, iż w przeciwnym wypadku po polskiej stronie linii granicznej znalazłoby się dodatkowo około 120 000 km2 terytorium z ludnością w dużej części prawosławną, co zmusiłoby Polskę do odejścia od forsowanej przez endecję koncepcji „inkorporacyjnej” na rzecz koncepcji „federacyjnej” – zarzucenia projektów odgórnej „polonizacji” ziem byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego, pozostawienia Białorusinom swobody rozwijania własnej kultury i nadania im pewnej autonomii w strukturze państwowej. Na podstawie jednego świadectwa trudno orzekać, czy dokładnie takie motywy przesądziły o rozstrzygnięciu rokowań, niemniej na żądanie polskich delegatów granica została przesunięta o około sto kilometrów na Zachód z korzyścią dla bolszewików. Decyzja ta stała w rażącej sprzeczności z wcześniejszym projektem przywódcy obozu narodowego znanym jako „linia Dmowskiego”, przewidującym pozostawienie po stronie polskiej m.in. Połocka, Mińska i Słucka. Gdyby Polska przyjęła pierwszy wariant, akceptowany wówczas także przez przeciwnika, istotnie mogłaby następnie objąć ziemie białoruskie autonomią, a z upływem lat może nawet zorganizować na nich zalążek oddzielnej państwowości, stopniowo przekształcany z tworu kadłubowego w sojuszniczy ośrodek państwowy. W ten sposób nie tylko ocaliłaby wiele tysięcy ludzkich istnień przed machiną bolszewickiego terroru (masowe groby jego ofiar na dzisiejszej Białorusi, pochodzące z okresu rządów Stalina, mieszczą w sobie szczątki szacunkowo kilkudziesięciu tysięcy osób) i podtrzymała dziedzictwo dawnej Rzeczypospolitej, ale powiększyłaby zasięg własnego panowania nad przestrzenią, a także obróciła państwowe i narodowe dążenia Białorusinów przeciw Związkowi Sowieckiemu, zyskując wysuniętą na Wschód placówkę, skąd dałoby się oddziaływać na ludność północno-zachodnich kresów ZSRS, prowadzić działalność wywiadowczą, propagandową, dywersyjną, destabilizacyjną i destrukcyjną. Ponieważ polska elita polityczna zmarginalizowała wówczas sprawę białoruską, zagospodarowała ją politycznie strona sowiecka (co przewidział wcześniej Stanisław Bukowiecki). To ona wystąpiła w charakterze organizatora białoruskiej państwowości i opiekuna rozwijającej się białoruskiej kultury narodowej. Sowiecka polityka na Białorusi prowadzona była na tyle przemyślnie, że w październiku 1925 r. białoruski rząd na wychodźstwie dokonał samorozwiązania, gdyż, jak ogłosili jego członkowie, Białoruska Socjalistyczna Republika Sowiecka nabrała cech rzeczywistego białoruskiego państwa narodowego (w latach trzydziestych sytuacja uległa całkowitej zmianie – komunistyczne władze rozpoczęły w BSRS intensywną rusyfikację). Bolszewicy stworzyli sobie tym samym bazę do prowadzenia we wschodnich województwach państwa polskiego działalności propagandowej, wywiadowczej, dywersyjnej, destabilizacyjnej, destrukcyjnej, a nawet partyzanckiej – co faktycznie miało miejsce.
Osobno od zagadnień polityki, geopolityki, geostrategii warto zwrócić uwagę na znaczenie Białorusi na płaszczyźnie cywilizacyjnej. W państwie tym krzyżują się wpływy kulturowe bałtyckie, rusko-słowiańskie, łacińsko-romańskie i grecko-bizantyjskie. Graniczne położenie Białorusi na ich styku predestynuje ją do roli pomostu między Wschodem a Zachodem i zarazem Środka pomiędzy nimi. Dzięki niemu Białoruś stanowi potencjalne miejsce syntezy pierwiastków wschodnich i zachodnich, a w rezultacie – narodzin nowej cywilizacji pomiędzy Orientem a Okcydentem, osobnej względem nich obu. W tym sensie państwo białoruskie jawi się jako kontynuator Wielkiego Księstwa Litewskiego, które niegdyś miało szansę dokonać takiej syntezy i stać się kolebką nowej jednostki cywilizacyjnej.
Ad rem. W naszej ocenie państwo polskie powinno dokonać całkowitego resetu (jak to się ostatnio modnie określa) swoich stosunków z Białorusią w takim ich kształcie, jak układały się one kolejno pod rządami SLD, PiS i PO co najmniej od 2004 r., tj. od chwili rzucenia przez polskie MSZ i pałac prezydencki hasła „powtórzenia pomarańczowej rewolucji” w Mińsku. Wskazane jest, aby Polska dążyła do jak najdalej idącej poprawy stosunków z państwem białoruskim, do nawiązania z nim jak najściślejszej i możliwie kompleksowej współpracy, włącznie z zainicjowaniem osi Warszawa-Mińsk, na podobieństwo niemiecko-francuskiej „osi elizejskiej” (nie chodzi, rzecz jasna, o podobieństwo w potędze podmiotów, ale w charakterze ich relacji). Leży to w dobrze pojętym interesie obu krajów, jak również liczącej czterysta tysięcy osób polskiej diaspory na Białorusi.
Przeciwnicy takiego projektu w pierwszej kolejności podniosą zapewne obiekcje natury prawno-międzynarodowej. Białoruś w ramach ZBiR pozostaje związana z Rosją węzłami bliskiej współpracy politycznej, gospodarczej i militarnej; Polska należy do NATO i Unii Europejskiej. Członkostwo obu krajów w strukturach międzypaństwowych ogranicza samodzielność prowadzenia przez nie polityki zagranicznej, w szczególności swobodę podejmowania przez nie decyzji o wyborze sojuszników. Historyczne precedensy dowodzą wszelako, iż zacieśniać współpracę i podejmować różne formy integracji mogą nawet państwa przynależne do wzajemnie wrogich bloków międzynarodowych (a przy postępującym obecnie odprężeniu między Zachodem a Rosją o stanie wrogości trudno mówić, więc aktualna sytuacja okazuje się łatwiejsza). Na przykład, początek Inicjatywie Środkowoeuropejskiej (CEI) dała grupa Czworokąta (Quadragonale), utworzona w 1989 r. przez cztery państwa o skrajnie różnym statusie: Włochy – militarnie i politycznie przynależne do obozu zachodniego; Węgry – militarnie i politycznie przynależne do obozu sowieckiego, komunistyczną Jugosławię – państwo dysydenckie z obozu sowieckiego, a więc skonfliktowane z oboma blokami; Austrię – państwo neutralne. Decyzja owa zaowocowała ich efektywną współpracą przez szereg następnych lat, rozszerzaną sukcesywnie o inne państwa. Podobne zbliżenie Polski i Białorusi zależy wyłącznie od determinacji obu stron w tym kierunku, dobrej woli, zrozumienia wspólnoty interesów oraz poczucia własnej wartości (czyt. uwolnienia się od nawyku pytania „starszych braci” o zgodę).
Kolejne, co zostałoby przeciwstawione projektowi zwrotu w stosunkach z państwem białoruskim, to twierdzenie „Zachód jest przeciw obecnej Białorusi i się za to na nas pogniewa”. Praktyka pokazuje tymczasem, że nad starczym zrzędzeniem Zachodu da się przejść do porządku dziennego. Zademonstrowała to Litwa, czyniąc w ubiegłym roku pewne kroki na rzecz normalizacji stosunków między państwami UE a Białorusią. Polskie władze, zamiast poprzeć Litwę i podjąć inicjatywę, skrytykowały ją ustami swych niektórych przedstawicieli. Niewielkie państwo odważnie próbuje wpłynąć na politykę wschodnią Unii Europejskiej, a wielekroć ludniejszą Polskę stać jedynie na bierność i potakiwanie. Państwo polskie po raz pierwszy od wielu lat dowiodłoby swej podmiotowej pozycji w polityce międzynarodowej, starając się zacieśnić więzi z Białorusią oraz wspierając wspomnianą akcję Litwy wszelkimi środkami. Otworzyłoby to, być może, drogę do budowy w przyszłości trójkąta Warszawa – Mińsk – Wilno, ten zaś wskrzeszałby w sporej części geopolityczną substancję dawnej Rzeczypospolitej.
Już 13 stycznia bieżącego roku w sali konferencyjnej sejmowego gmachu w Warszawie odbył się, zorganizowany pod przykrywką fachowej „konferencji”, anty-białoruski wiec otwarty przez polskiego marszałka sejmu. Kilka dni później w mediach pojawiły się informacje, iż w przygotowaniu ostatnich wystąpień „opozycji demokratycznej” na Białorusi miały udział polskie służby specjalne. Racja stanu Polski nakazuje, aby nasze państwo jak najszybciej wycofało się ze wszelkich tego typu prowokacyjnych działań. Przed kilku laty stacja TVN wyemitowała (na żywo) znamiennym wywiad z ówczesnym białoruskim ambasadorem w Warszawie, Pawłem Łatuszką (obecnie – ministrem kultury w białoruskim rządzie). Przez cały czas trwania wywiadu znany telewizyjny dziennikarz Bogdan Rymanowski bez cienia poszanowania choćby dla urzędu swego gościa, najbezczelniej w świecie beształ go za bycie reprezentantem „niedemokratycznego reżimu” i wypowiadał się w obraźliwym tonie na temat białoruskiego państwa. Indagowany w ten sposób dyplomata nie dał się sprowokować i z właściwą swej profesji rezerwą zbijał ataki spokojnymi, merytorycznymi wypowiedziami, jednak w końcu musiał wyrazić oburzenie napastliwym zachowaniem dziennikarza. Trudno dać wiarę, by ów incydent odbył się bez odpowiedniej politycznej inspiracji. Epoka takich nieodpowiedzialnych zagrań powinna bezpowrotnie odejść w przeszłość.
Jeden ze wspomnianych na początku publicystów rzucił pomysł utworzenia w Polsce „komitetu poparcia dla Białorusi”, atakowanej przez ośrodki zachodnie i służalcze wobec nich ugrupowania krajowe. Zgadzamy się, że komitet taki winien powstać, zawiązany przez środowiska rozumiejące polską rację stanu. I to szybko, zanim pomysł ten podchwycą i wykorzystają dla sprzecznych z nią celów aktywni w Polsce lobbyści interesów rosyjskich.
Adam Danek
Znaczenia Białorusi dla Polski oraz całej Europy Środkowej i Wschodniej nie powinna nam przesłaniać agresywna anty-białoruska propaganda płynąca z Zachodu ani buńczuczne wezwania jego przywódców politycznych do poddawania tego państwa ostracyzmowi lub innym dyplomatycznym szykanom z powodu jego „niedemokratyczności”. Nieuprzedzonemu obserwatorowi muszą się one wydać co najmniej podejrzane, skoro te same państwa zachodnie na wyprzódki zabiegają o dobre stosunki z równie „niedemokratyczną” Rosją.
Polskie ośrodki dyspozycji mają obowiązek dostrzegać przede wszystkim strategiczną, geostrategiczną i geopolityczną ważność Białorusi. Wedle ocen polskich strategów i ekspertów wojskowych państwo białoruskie, choć w przybliżeniu czterokrotnie mniej ludne od polskiego, góruje nad tym ostatnim pod względem potencjału militarnego – jako jedyny nasz sąsiad oprócz Niemiec i Rosji. Ponadto Białoruś jako jedyne z państw sukcesyjnych dawnej Rzeczypospolitej (Białoruś, Litwa, Łotwa, Polska, Ukraina) nie ma bezpośredniego dostępu do morza, lecz zarazem jako jedyne wśród nich posiada sieć rzeczną należącą jednocześnie do zlewisk mórz Bałtyckiego (Narew, Dźwina, Wilia, Niemen) i Czarnego (Dniepr, Berezyna, Prypeć), która łączy ją ze wszystkimi pozostałymi tymi państwami (Narew z Polską, Niemen i Wilia z Litwą, Dźwina z Łotwą, Prypeć, Berezyna i Dniepr – z Ukrainą). Pod względem geostrategicznym terytorium Białorusi tworzy m.in. korytarz wiodący na Grzędę Smoleńsko-Moskiewską, gdzie leży polityczny punkt ciężkości największego państwa na Ziemi. W samej Rosji nie brakuje ocen potwierdzających geostrategiczną doniosłość Białorusi. Podczas swej ubiegłorocznej wizyty w Polsce przychylił się do nich dr Modest Kolerow, w okresie prezydentury Włodzimierza Putina szef wydziału Administracji Prezydenta ds. kontaktów z zagranicą, obecnie kierujący rosyjską agencją informacyjną Regnum – który wystąpił jako gość specjalny III Zjazdu Geopolityków Polskich we Wrocławiu w październiku 2010 r. Zdaniem Kolerowa w wypadku, gdyby Aleksander Łukaszenka zdecydował się zrezygnować z goszczenia rosyjskiej stacji radiolokacyjnej „Węzeł Baranowicze” (ulokowanej w osadzie Gancewicze), droga w głąb Rosji od strony zachodniej stanęłaby otworem – i to jest przyczyną mocnej pozycji białoruskiego prezydenta w jego rozmowach z Moskwą. Zasadne wydaje się przeto bardziej krytyczne spojrzenie na serwowany nam przez media obraz państwa słabego i peryferyjnego, bo „w dzisiejszych czasach” wciąż „niedemokratycznego” i nie „wolnorynkowego”.
Myśliciele geopolityczni tacy, jak dr Stanisław Bukowiecki (1867-1944) czy Juliusz Mieroszewski (1906-1976) zwracali uwagę na konieczność orientowania polskiej polityki wschodniej na osiągnięcie przez Białoruś (niezależnie od jej ustroju wewnętrznego) możliwie jak największej niezależności od ośrodka rosyjskiego. U początków krwawo wywalczonej niepodległości Polski jej elita polityczna zlekceważyła kwestię białoruską, co z czasem pociągnęło za sobą konkretną cenę. W toku rokowań pokojowych po wojnie polsko-bolszewickiej strona sowiecka zgadzała się na ustalenie granicy z Polską na linii Połock – Bobrujsk – Mozyrz – Równe, z pozostawieniem po stronie polskiej Mińska i większej części Białorusi. Polska delegacja, pod przewodnictwem ludowca Jana Dąbskiego i endeka prof. Stanisława Grabskiego, odrzuciła tę propozycję, co zaakceptował również Naczelnik Państwa Józef Piłsudski. W wydanej później (w 1943 r. w Londynie) w języku francuskim broszurze „Granica polsko-sowiecka” Grabski wyjaśniał tę odmowę faktem, iż w przeciwnym wypadku po polskiej stronie linii granicznej znalazłoby się dodatkowo około 120 000 km2 terytorium z ludnością w dużej części prawosławną, co zmusiłoby Polskę do odejścia od forsowanej przez endecję koncepcji „inkorporacyjnej” na rzecz koncepcji „federacyjnej” – zarzucenia projektów odgórnej „polonizacji” ziem byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego, pozostawienia Białorusinom swobody rozwijania własnej kultury i nadania im pewnej autonomii w strukturze państwowej. Na podstawie jednego świadectwa trudno orzekać, czy dokładnie takie motywy przesądziły o rozstrzygnięciu rokowań, niemniej na żądanie polskich delegatów granica została przesunięta o około sto kilometrów na Zachód z korzyścią dla bolszewików. Decyzja ta stała w rażącej sprzeczności z wcześniejszym projektem przywódcy obozu narodowego znanym jako „linia Dmowskiego”, przewidującym pozostawienie po stronie polskiej m.in. Połocka, Mińska i Słucka. Gdyby Polska przyjęła pierwszy wariant, akceptowany wówczas także przez przeciwnika, istotnie mogłaby następnie objąć ziemie białoruskie autonomią, a z upływem lat może nawet zorganizować na nich zalążek oddzielnej państwowości, stopniowo przekształcany z tworu kadłubowego w sojuszniczy ośrodek państwowy. W ten sposób nie tylko ocaliłaby wiele tysięcy ludzkich istnień przed machiną bolszewickiego terroru (masowe groby jego ofiar na dzisiejszej Białorusi, pochodzące z okresu rządów Stalina, mieszczą w sobie szczątki szacunkowo kilkudziesięciu tysięcy osób) i podtrzymała dziedzictwo dawnej Rzeczypospolitej, ale powiększyłaby zasięg własnego panowania nad przestrzenią, a także obróciła państwowe i narodowe dążenia Białorusinów przeciw Związkowi Sowieckiemu, zyskując wysuniętą na Wschód placówkę, skąd dałoby się oddziaływać na ludność północno-zachodnich kresów ZSRS, prowadzić działalność wywiadowczą, propagandową, dywersyjną, destabilizacyjną i destrukcyjną. Ponieważ polska elita polityczna zmarginalizowała wówczas sprawę białoruską, zagospodarowała ją politycznie strona sowiecka (co przewidział wcześniej Stanisław Bukowiecki). To ona wystąpiła w charakterze organizatora białoruskiej państwowości i opiekuna rozwijającej się białoruskiej kultury narodowej. Sowiecka polityka na Białorusi prowadzona była na tyle przemyślnie, że w październiku 1925 r. białoruski rząd na wychodźstwie dokonał samorozwiązania, gdyż, jak ogłosili jego członkowie, Białoruska Socjalistyczna Republika Sowiecka nabrała cech rzeczywistego białoruskiego państwa narodowego (w latach trzydziestych sytuacja uległa całkowitej zmianie – komunistyczne władze rozpoczęły w BSRS intensywną rusyfikację). Bolszewicy stworzyli sobie tym samym bazę do prowadzenia we wschodnich województwach państwa polskiego działalności propagandowej, wywiadowczej, dywersyjnej, destabilizacyjnej, destrukcyjnej, a nawet partyzanckiej – co faktycznie miało miejsce.
Osobno od zagadnień polityki, geopolityki, geostrategii warto zwrócić uwagę na znaczenie Białorusi na płaszczyźnie cywilizacyjnej. W państwie tym krzyżują się wpływy kulturowe bałtyckie, rusko-słowiańskie, łacińsko-romańskie i grecko-bizantyjskie. Graniczne położenie Białorusi na ich styku predestynuje ją do roli pomostu między Wschodem a Zachodem i zarazem Środka pomiędzy nimi. Dzięki niemu Białoruś stanowi potencjalne miejsce syntezy pierwiastków wschodnich i zachodnich, a w rezultacie – narodzin nowej cywilizacji pomiędzy Orientem a Okcydentem, osobnej względem nich obu. W tym sensie państwo białoruskie jawi się jako kontynuator Wielkiego Księstwa Litewskiego, które niegdyś miało szansę dokonać takiej syntezy i stać się kolebką nowej jednostki cywilizacyjnej.
Ad rem. W naszej ocenie państwo polskie powinno dokonać całkowitego resetu (jak to się ostatnio modnie określa) swoich stosunków z Białorusią w takim ich kształcie, jak układały się one kolejno pod rządami SLD, PiS i PO co najmniej od 2004 r., tj. od chwili rzucenia przez polskie MSZ i pałac prezydencki hasła „powtórzenia pomarańczowej rewolucji” w Mińsku. Wskazane jest, aby Polska dążyła do jak najdalej idącej poprawy stosunków z państwem białoruskim, do nawiązania z nim jak najściślejszej i możliwie kompleksowej współpracy, włącznie z zainicjowaniem osi Warszawa-Mińsk, na podobieństwo niemiecko-francuskiej „osi elizejskiej” (nie chodzi, rzecz jasna, o podobieństwo w potędze podmiotów, ale w charakterze ich relacji). Leży to w dobrze pojętym interesie obu krajów, jak również liczącej czterysta tysięcy osób polskiej diaspory na Białorusi.
Przeciwnicy takiego projektu w pierwszej kolejności podniosą zapewne obiekcje natury prawno-międzynarodowej. Białoruś w ramach ZBiR pozostaje związana z Rosją węzłami bliskiej współpracy politycznej, gospodarczej i militarnej; Polska należy do NATO i Unii Europejskiej. Członkostwo obu krajów w strukturach międzypaństwowych ogranicza samodzielność prowadzenia przez nie polityki zagranicznej, w szczególności swobodę podejmowania przez nie decyzji o wyborze sojuszników. Historyczne precedensy dowodzą wszelako, iż zacieśniać współpracę i podejmować różne formy integracji mogą nawet państwa przynależne do wzajemnie wrogich bloków międzynarodowych (a przy postępującym obecnie odprężeniu między Zachodem a Rosją o stanie wrogości trudno mówić, więc aktualna sytuacja okazuje się łatwiejsza). Na przykład, początek Inicjatywie Środkowoeuropejskiej (CEI) dała grupa Czworokąta (Quadragonale), utworzona w 1989 r. przez cztery państwa o skrajnie różnym statusie: Włochy – militarnie i politycznie przynależne do obozu zachodniego; Węgry – militarnie i politycznie przynależne do obozu sowieckiego, komunistyczną Jugosławię – państwo dysydenckie z obozu sowieckiego, a więc skonfliktowane z oboma blokami; Austrię – państwo neutralne. Decyzja owa zaowocowała ich efektywną współpracą przez szereg następnych lat, rozszerzaną sukcesywnie o inne państwa. Podobne zbliżenie Polski i Białorusi zależy wyłącznie od determinacji obu stron w tym kierunku, dobrej woli, zrozumienia wspólnoty interesów oraz poczucia własnej wartości (czyt. uwolnienia się od nawyku pytania „starszych braci” o zgodę).
Kolejne, co zostałoby przeciwstawione projektowi zwrotu w stosunkach z państwem białoruskim, to twierdzenie „Zachód jest przeciw obecnej Białorusi i się za to na nas pogniewa”. Praktyka pokazuje tymczasem, że nad starczym zrzędzeniem Zachodu da się przejść do porządku dziennego. Zademonstrowała to Litwa, czyniąc w ubiegłym roku pewne kroki na rzecz normalizacji stosunków między państwami UE a Białorusią. Polskie władze, zamiast poprzeć Litwę i podjąć inicjatywę, skrytykowały ją ustami swych niektórych przedstawicieli. Niewielkie państwo odważnie próbuje wpłynąć na politykę wschodnią Unii Europejskiej, a wielekroć ludniejszą Polskę stać jedynie na bierność i potakiwanie. Państwo polskie po raz pierwszy od wielu lat dowiodłoby swej podmiotowej pozycji w polityce międzynarodowej, starając się zacieśnić więzi z Białorusią oraz wspierając wspomnianą akcję Litwy wszelkimi środkami. Otworzyłoby to, być może, drogę do budowy w przyszłości trójkąta Warszawa – Mińsk – Wilno, ten zaś wskrzeszałby w sporej części geopolityczną substancję dawnej Rzeczypospolitej.
Już 13 stycznia bieżącego roku w sali konferencyjnej sejmowego gmachu w Warszawie odbył się, zorganizowany pod przykrywką fachowej „konferencji”, anty-białoruski wiec otwarty przez polskiego marszałka sejmu. Kilka dni później w mediach pojawiły się informacje, iż w przygotowaniu ostatnich wystąpień „opozycji demokratycznej” na Białorusi miały udział polskie służby specjalne. Racja stanu Polski nakazuje, aby nasze państwo jak najszybciej wycofało się ze wszelkich tego typu prowokacyjnych działań. Przed kilku laty stacja TVN wyemitowała (na żywo) znamiennym wywiad z ówczesnym białoruskim ambasadorem w Warszawie, Pawłem Łatuszką (obecnie – ministrem kultury w białoruskim rządzie). Przez cały czas trwania wywiadu znany telewizyjny dziennikarz Bogdan Rymanowski bez cienia poszanowania choćby dla urzędu swego gościa, najbezczelniej w świecie beształ go za bycie reprezentantem „niedemokratycznego reżimu” i wypowiadał się w obraźliwym tonie na temat białoruskiego państwa. Indagowany w ten sposób dyplomata nie dał się sprowokować i z właściwą swej profesji rezerwą zbijał ataki spokojnymi, merytorycznymi wypowiedziami, jednak w końcu musiał wyrazić oburzenie napastliwym zachowaniem dziennikarza. Trudno dać wiarę, by ów incydent odbył się bez odpowiedniej politycznej inspiracji. Epoka takich nieodpowiedzialnych zagrań powinna bezpowrotnie odejść w przeszłość.
Jeden ze wspomnianych na początku publicystów rzucił pomysł utworzenia w Polsce „komitetu poparcia dla Białorusi”, atakowanej przez ośrodki zachodnie i służalcze wobec nich ugrupowania krajowe. Zgadzamy się, że komitet taki winien powstać, zawiązany przez środowiska rozumiejące polską rację stanu. I to szybko, zanim pomysł ten podchwycą i wykorzystają dla sprzecznych z nią celów aktywni w Polsce lobbyści interesów rosyjskich.
Adam Danek
sobota, 4 grudnia 2010
Józef Albin Herbaczewski i dziedzictwo Unii
Litwa należy do państw, których losy szczególnie gęsto splatały się w historii z losami Polski. Kiedy dzisiaj spoglądamy w przeszłość – i tę odległą, i tę niedawną – nasze postrzeganie dziejów Polski i Litwy okazuje się bardzo niejednorodne; brak w nim ciągłości. Z jednej strony wspomnienia ery jagiellońskiej czy ponad dwóch wieków istnienia Rzeczypospolitej Obojga Narodów przywołują wizję chwały, wielkości, budowanej wspólnie przez Polaków i Litwinów, a także wspólnej niedoli. Z drugiej strony pamięć okresu międzywojennego, II wojny światowej i trwającego do dziś okresu po rozpadzie bloku sowieckiego podsuwa nam obraz nieprzerwanego łańcucha wrogości, strachu, uraz, różnorodnych szykan. To ten drugi obraz, jako powstały w nowszych czasach, wywiera większy wpływ na sposób, w jaki dzisiaj patrzą na Litwę Polacy, a zwłaszcza środowiska takie, jak nasze – prawicowe czy nacjonalistyczne.
W trudnej historii stosunków polsko-litewskich w XX wieku wbrew obiegowemu wrażeniu nie zabrakło jednak ludzi rozumiejących, że takie myślenie o wspólnych dziejach Polski i Litwy, jako o walce dwóch narodowych egoizmów nieustannie czyhających, żeby skoczyć do gardła przeciwnika, niezależnie od wielu rzeczywistych wyrządzonych sobie nawzajem krzywd szkodzi tylko obu stronom i dowodzi ich słabości, a nie siły. Do takich właśnie osób należał prof. Józef Albin Herbaczewski (Juozapas Albinas Herbačiauskas, 1876-1944), wykładowca Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie i Uniwersytetu Witolda Wielkiego w Kownie, poeta, dramaturg, eseista, a okazjonalnie także polityk. Pod względem narodowym czuł się Litwinem, lecz Polskę uważał za swą drugą Ojczyznę. Jeszcze pod zaborami, gdy na ziemiach byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego ruchy narodowe polski i litewski toczyły już ze sobą zażartą walkę polityczną, a każdy z nich usiłował wkupić się w łaski caratu i wyprosić u niego zdławienie tego drugiego, Herbaczewski, z przekonań katolik i konserwatysta, opublikował książkę pod znamiennym tytułem „Głos bólu. Sprawa odrodzenia narodowego Litwy w związku ze sprawą wyzwolenia narodowego Polski” (1912). Przekonywał w niej, że „bez wolnej Polski nie będzie wolnej Litwy”. Wzywał do politycznego sojuszu narodów dawnej Rzeczypospolitej, w przeświadczeniu, że takie przymierze otworzyłoby dla tych narodów najkrótszą drogę do uzyskania niepodległości: „Polityczna przyjaźń Polaków, Litwinów i Ukraińców byłaby straszliwym ciosem dla rządów zaborczych.” Przestrzegał przed pomniejszaniem, roztrwonieniem lub zaprzepaszczeniem dziedzictwa historycznej polsko-litewskiej Unii (słowo „Unia” pisał zawsze wielką literą) przez krótkowzrocznych polityków i stronnictwa polityczne, zarówno polskie, jak i litewskie.
Po zakończeniu I wojny światowej oraz powstaniu niepodległych państw z centrami w Warszawie i Kownie Herbaczewski wystosował list do Ignacego Paderewskiego, przedstawiając się jako przynależny „do tej grupy Litwinów, która szczerze dążyła i dąży słowem i czynem do odnowienia Unii Litwy z Polską, ale już w duchu nowoczesnego unionizmu angielskiego”. Proponował ustalenie relacji między Litwą a Polską na zasadach podobnych do tych, na jakich opierał się związek Australii z Wielką Brytanią. Nie poprzestał przy tym na pracy koncepcyjnej – chciał wziąć czynny udział we wcielaniu w życie formułowanych przez siebie koncepcji. W tym celu w 1919 r. pod kierunkiem jednego z rzeczników prometeizmu Leona Wasilewskiego (1870-1936), byłego ministra spraw zagranicznych i emisariusza Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego na Litwę, włączył się aktywnie w pracę propagandową na rzecz federacji Litwy z Polską. Opublikował napisaną w języku litewskim broszurę p.t. „Dokąd zmierzasz Litwinie?” („Kur eini Lietuvi?”), w której scharakteryzował zagrożenie stwarzane dla Litwy przez Niemcy i Rosję Sowiecką. W cyklu artykułów ogłoszonych w tym samym czasie w Wilnie wywodził, iż potrzebne zbliżenie Polski i Litwy może się dokonać na gruncie wspólnej dla nich obu kultury łacińskiej. We wrześniu 1919 r. udał się wreszcie do Kowna, gdzie na publicznym spotkaniu starał się uświadomić Litwinom niebezpieczeństwo ukryte w orientacji germanofilskiej, zauważalnej w części litewskich sfer rządowych, oraz przekonać ich do korzyści, jakie może przynieść Litwie federacja z Polską.
Koncepcje Herbaczewskiego napotkały na mur uprzedzeń i niezrozumienia po obu stronach. Litewscy narodowcy atakowali go jako zdrajcę „zaprzedanego Polakom”. Polscy endecy oczerniali go, twierdząc, że działa „jako wróg Polski”. Tymczasem to właśnie Herbaczewskiemu przyznał rację dalszy bieg wydarzeń. Przestrzegał on polskie władze, iż „bez pozyskania sympatii, zaufania i poparcia Kowna Polska przegra swą polityczną i wojenną kampanię na Wschodzie”. Tak też się i stało. Dalekosiężne cele polskiej polityki wschodniej rozbiły się o fundamentalne błędy popełnione przez jej kierowników. Bo po co Leon Wasilewski zorganizował przy pomocy siatki Polskiej Organizacji Wojskowej nieudany zamach stanu w Kownie, który tylko wykopał między Litwą a Polską jeszcze głębszy rów wrogości i podejrzeń, a Polskę skompromitował na arenie międzynarodowej, ponieważ sprawa odbiła się echem w całej Europie? Po co Naczelnik Państwa i Naczelny Dowódca wojsk polskich po wyzwoleniu Wileńszczyzny i Białorusi spod władzy bolszewików utworzył Zarząd Cywilny Ziem Wschodnich na czele z komisarzem generalnym Jerzym Osmołowskim (1872-1952), który pracował pod hasłem odbudowy w nowej postaci Wielkiego Księstwa Litewskiego jako podmiotu geopolitycznego – skoro został on następnie sprowadzony do roli czysto dekoracyjnej, był lekceważony i pozbawiony rzeczywistych kompetencji przez polskie władze wojskowe i polityczne? Fiasko w nawiązaniu współpracy z państwem litewskim okazało się jedną z przyczyn (choć oczywiście nie jedyną) niepowodzenia polskiej polityki wschodniej w latach 1919-1920. Nie umiejąc rozwiązać problemu Wileńszczyzny w inny sposób, polskie kierownictwo państwa dokonało wreszcie jej zaboru siłą. Krok ten w naszych środowiskach prawicowych i nacjonalistycznych do dziś cieszy się uznaniem, zupełnie bezpodstawnym. Ta sprawnie przeprowadzona pod względem militarnym akcja była w rzeczywistości polityczną porażką Polski. Uniemożliwiła jej bowiem tak potrzebne nawiązanie normalnych stosunków z Litwą na niemal dwadzieścia następnych lat.
Od tamtych wydarzeń upłynęło wiele dziesiątków lat, a układ geopolityczny w Europie Środkowo-Wschodniej uległ całkowitej zmianie, lecz Litwa wciąż zachowuje istotne znaczenie dla bezpieczeństwa Polski. Jest ona jedynym obok Polski państwem graniczącym na lądzie i morzu z obwodem kaliningradzkim, wysuniętą placówką militarną i wywiadowczą Rosji w Europie Środkowo-Wschodniej i basenie bałtyckim, opasując go od wschodu i północy. Nizinne terytorium Litwy tworzy drogę pozwalającą ominąć bagniste obszary Wyżyny Białoruskiej i przez północny kraniec Białorusi, najwęższą (na osi Wschód-Zachód) i nie-bagnistą część tego państwa, dostać się na Grzędę Smoleńsko-Moskiewską, wiodącą do Moskwy. Ta droga może też, oczywiście, być przebyta w odwrotną stronę. Przez terytorium Litwy przebiega wówczas najdogodniejsza lądowa droga łącząca centralną Rosję z obwodem kaliningradzkim. Dodatkowo wybrzeże morskie Litwy zapewnia łatwy dostęp do linii brzegowej Polski, tworzącej jej północną, całkowicie otwartą granicę. Gdyby w przyszłości pojawiło się zagrożenie dla integralności państwowej Litwy (do czego, miejmy nadzieję, nie dojdzie), musiałaby ona szukać oparcia w pierwszej kolejności w Polsce, wbrew tendencjom dominującym w jej bieżącej polityce po 1991 r.
Historia relacji Polski i Litwy w XX wieku była nader skomplikowana – i słowo „skomplikowana” nie służy tu bynajmniej usprawiedliwianiu kogokolwiek, ani Litwinów, ani też strony polskiej. Polacy upraszczają ją z niekorzyścią dla Litwy, Litwini upraszczają ją z niekorzyścią dla Polski, oba narody eksponują krzywdy poniesione z ręki drugiej strony. Warto więc pamiętać i przypominać, że ta polsko-litewska gmatwanina losów nie składała się wyłącznie z uprzedzeń, wrogości, podejrzliwości i zbrodni, ale pojawiały się w niej również próby porozumienia – i to do nich warto współcześnie nawiązywać. Jedną z takich prób podjął w swoim czasie Józef Albin Herbaczewski. Pewien rosyjski uczony określił Polaków mianem narodu postimperialnego. W Polsce natomiast nie pamięta się, że narodem postimperialnym są również Litwini: polskie środowiska prawicowe i nacjonalistyczne chętnie przywołują wspomnienie „Polski od morza do morza”, podczas gdy w rzeczywistości od morza (Bałtyckiego) do morza (Czarnego) sięgała nie Polska, a Wielkie Księstwo Litewskie w jego granicach osiągniętych za panowania Olgierda. Waśnie pomiędzy Polską a Litwą pozostają sporem w rodzinie, a jak wiadomo, spory w rodzinie są najboleśniejsze i najtrudniejsze do zapomnienia.
W polskich ugrupowaniach prawicowych i nacjonalistycznych Litwa po dziś dzień budzi zainteresowanie wyłącznie jako przedmiot resentymentu historycznego. To błąd. Naprawa tego błędu może się rozpocząć od zidentyfikowania przez rodzime środowiska Prawicy integralnej – takie, jak na przykład nasze środowisko – środowisk Prawicy integralnej działających na Litwie i nawiązania z nimi kontaktów, które z czasem mogą przekształcić się we współpracę, wolną od prowincjonalizmu, szowinizmu, uprzedzeń, a przede wszystkim od tego, co tworzący współcześnie polski filozof prawicowy P. Bartula nazywa „nacjonalizmem ofiar”: domagania się od drugiej strony nieustannej ekspiacji za historyczne przewiny. Takie postawy służyć bowiem mogą jedynie interesom ośrodków zewnętrznych, tak jak współczesne utarczki litewsko-polskie służą manipulującym i Polską, i Litwą centrom dyspozycyjnym z Zachodu.
Adam Danek
Wystąpienie wygłoszone nad grobem Józefa Albina Herbaczewskiego, podczas zorganizowanych przez Dzielnicę Małopolską organizacji Falanga obchodów rocznicy jego śmierci, 3 grudnia 2010 r.
czwartek, 21 października 2010
Wywiad z p. Bogusławem Czaplińskim, działaczem opozycji antykomunistycznej w latach 80-tych.
Adam Czapliński: - Uczestniczył Pan w strajku Olsztyńskich Zakładów Graficznych w sierpniu 1981 roku. Pamięta Pan jak on przebiegał ?
Bogusław Czapliński: - Tak, pamiętam to bardzo dobrze. Nasz zakład strajkował najdłużej. To był nasz wyraz poparcia dla strajków ogólnopolskich. Mieliśmy wsparcie społeczeństwa. Postronni ludzie przynosili nam jedzenie, papierosy i podtrzymywali nas na duchu. Powiesiliśmy też krzyż na ścianie budynku zakładów. Jeśli się nie mylę, było to na cześć młodego chłopaka zamordowanego wcześniej przez komunistów w tamtym rejonie.
A.C: - O co walczyli opozycjoniści?
B.C: - Opozycja była bardzo podzielona. Skrajni lewicowcy wywodzący się najczęściej z Komitetu Obrony Robotników walczyli o demokrację socjalną, a raczej o władzę sprawowaną w tym systemie. Była to najbardziej pozytywistyczna grupa opozycjonistów. Prawicowcom z szeroko pojętego ruchu solidarnościowego, zależało w szczególności na zmianie systemu gospodarczego na wolnorynkowy. Zdarzali się wśród nich monarchiści i zwolennicy rządów autorytarnych.
A.C: - Stanisław Michalkiewicz stwierdził, że obecnie mamy do czynienia z „kapitalizmem kompradorskim”, ustrojem polegającym na silnej reglamentacji rynku i wykorzystywaniu przywilejów gospodarczych przez wąską grupę osób działającą wcześniej w systemie komunistycznym.
B.C: - To prawda i dlatego nie jestem zadowolony z przemian dokonanych w naszym kraju. Postanowienia okrągłostołowe dały komunistom ponowny wpływ na władzę, większość PKB jest wypracowywana w tzw. „szarej strefie”, a wszechobecna biurokracja odstrasza potencjalnego przedsiębiorcę, toteż nasza gospodarka nie rozwija się tak jak powinna.
A.C: - Czy była jakaś szansa na uniknięcie tej sytuacji?
B.C: - Myślę, że była. Upadła jednak wraz z rządem Jana Olszewskiego i nazywała się dekomunizacja. Teraz na zmiany jest już chyba za późno.
(rozmawiał Adam Czapliński - działacz Falangi Olsztyn)
Bogusław Czapliński: - Tak, pamiętam to bardzo dobrze. Nasz zakład strajkował najdłużej. To był nasz wyraz poparcia dla strajków ogólnopolskich. Mieliśmy wsparcie społeczeństwa. Postronni ludzie przynosili nam jedzenie, papierosy i podtrzymywali nas na duchu. Powiesiliśmy też krzyż na ścianie budynku zakładów. Jeśli się nie mylę, było to na cześć młodego chłopaka zamordowanego wcześniej przez komunistów w tamtym rejonie.
A.C: - O co walczyli opozycjoniści?
B.C: - Opozycja była bardzo podzielona. Skrajni lewicowcy wywodzący się najczęściej z Komitetu Obrony Robotników walczyli o demokrację socjalną, a raczej o władzę sprawowaną w tym systemie. Była to najbardziej pozytywistyczna grupa opozycjonistów. Prawicowcom z szeroko pojętego ruchu solidarnościowego, zależało w szczególności na zmianie systemu gospodarczego na wolnorynkowy. Zdarzali się wśród nich monarchiści i zwolennicy rządów autorytarnych.
A.C: - Stanisław Michalkiewicz stwierdził, że obecnie mamy do czynienia z „kapitalizmem kompradorskim”, ustrojem polegającym na silnej reglamentacji rynku i wykorzystywaniu przywilejów gospodarczych przez wąską grupę osób działającą wcześniej w systemie komunistycznym.
B.C: - To prawda i dlatego nie jestem zadowolony z przemian dokonanych w naszym kraju. Postanowienia okrągłostołowe dały komunistom ponowny wpływ na władzę, większość PKB jest wypracowywana w tzw. „szarej strefie”, a wszechobecna biurokracja odstrasza potencjalnego przedsiębiorcę, toteż nasza gospodarka nie rozwija się tak jak powinna.
A.C: - Czy była jakaś szansa na uniknięcie tej sytuacji?
B.C: - Myślę, że była. Upadła jednak wraz z rządem Jana Olszewskiego i nazywała się dekomunizacja. Teraz na zmiany jest już chyba za późno.
(rozmawiał Adam Czapliński - działacz Falangi Olsztyn)
niedziela, 10 października 2010
Ograniczyć "wolny rynek" !
Przez wiele lat w tych polskich środowiskach luźno pojętej prawicy, które uważały siebie za jej ideową część (i w ten sposób podkreślały swą odmienność od skoncentrowanej na bieżącej walce o stołki parlamentarne, coraz bardziej bezideowej „umiarkowanej prawicy” czy też „centroprawicy” – bardziej zasługującej na miano pipi-prawicy) dominowało bezwzględnie przeświadczenie o tożsamości pojęcia prawicy ze zbiorem poglądów ekonomicznych opatrywanych najczęściej pleonazmem „wolny rynek”. Schemat ów nakazywał wierzyć, że każdy prawdziwy prawicowiec musi wyznawać przekonania „wolnorynkowe” bądź „wolnościowe”, natomiast wszelka krytyka lub sprzeciw wobec „wolnego rynku” wychodzić mogą jedynie z lewicy i stanowią przejaw myślenia socjalistycznego. Przeświadczenie to, jako szkodliwe właśnie dla Prawicy, wypada wreszcie wykorzenić. Najbardziej wnikliwą krytykę „wolnego rynku” jako zjawiska ekonomicznego i społecznego, uwzględniającą obszernie jego konsekwencje w sferze polityki i sferze idei, rozwinęli przecież autorzy tzw. kulturowej krytyki kapitalizmu – bez wyjątku zadeklarowani konserwatyści. I mieli ku temu poważne powody.
Poglądy na ekonomię tak różnych myślicieli, jak: William Wordsworth (1770-1850), Samuel Taylor Coleridge (1772-1834), Robert Southey (1774-1843), Adam Heinrich Müller (1779-1829), Richard Oastler (1789-1861), Thomas Carlyle (1795-1881), Karl Rodbertus-Jagetzow (1805-1875), prof. Frederic Le Play (1806-1882), Karl Marlo (wł. prof. Karl Georg Winkelblech, 1810-1865), John Ruskin (1819-1900), Matthew Arnold (1822-1888), Konstantin Leontjew (1831-1891), markiz René de la Tour du Pin (1834-1924) William Morris (1834-1896), prof. Otto von Gierke (1841-1921), Albert hrabia de Mun (1841-1914), Giovanni Battista hrabia Paganuzzi (1841-1923), prof. Giuseppe Toniolo (1845-1918), prof. Frederic William Maitland (1850-1906), prof. Friedrich Meinecke (1862-1954), prof. Werner Sombart (1863-1941), prof. Leopold Caro (1864-1939), prof. Władysław Leopold Jaworski (1865-1930), prof. Ernst Troeltsch (1865-1923), Walter Rathenau (1867-1922), Charles Maurras (1868-1952), Filippo Meda (1869-1939), Hilaire Belloc (1870-1953), Gilbert Keith Chesterton (1874-1936), prof. Othmar Spann (1878-1950), wczesny ks. Jan Piwowarczyk (1889-1959), prof. Antonio de Oliveira Salazar (1889-1970), Ernst Jünger (1895-1998), Ferdinand Fried (wł. Friedrich Ferdinand Zimmermann, 1898-1967), Adam Doboszyński (1904-1949), dr Giselher Wirsing (1907-1975), prof. Wilhelm Röpke (1899-1966) zadają kłam wyobrażeniu, jakoby w naturze konserwatysty – a jądro Prawicy tworzy właśnie konserwatyzm – leżały kult „wolnego rynku” albo bezkrytyczne poparcie dla kapitalizmu. Brak tu miejsca, by przynajmniej streścić i zestawić ze sobą myśl ekonomiczną tych znamienitych reprezentantów różnorodnych odmian konserwatyzmu, toteż ograniczymy się do wskazania jedynie najważniejszego, źródłowego błędu ideologii „wolnego rynku”, oglądanej z zachowawczego punktu widzenia. Ideologia ta zasadza się na postulacie, iż w sferze gospodarczej człowiekowi powinno być wolno robić wszystko (o ile nie przymusza do niczego innych przemocą). Według (pipi-)prawicowców hołdujących takiej ideologii, postulat „każdemu wolno wszystko” powinien jednak ograniczać się do sfery ekonomicznej, nie dotykać zaś innych sfer rzeczywistości; często pojawia się u nich zbitka „liberalizm w sprawach gospodarczych, konserwatyzm w sprawach obyczajowych”. Ale to fikcja. Kto raz obwieścił regułę „wolno wszystko”, nie może postawić jej granic (bez jej zniesienia). Działalność człowieka w dowolnej dziedzinie życia daje się bowiem zinterpretować jako działalność ekonomiczna, skoro posiada aspekt ekonomiczny i wywołuje określone skutki w sferze gospodarczej. W ten sposób na przykład Kościół katolicki jawi się jako podmiot prowadzący na „rynku idei” działalność ekonomiczną (czy wręcz handlową), a relacje pomiędzy pojedynczym wiernym a Kościołem jako gra rynkowa między konsumentem (klientem) a producentem pewnego dobra – gra, w której już „wolno wszystko”. Kluczowe instytucje kultury okazują się zwykłymi podmiotami rynkowymi lub zwykłymi towarami, jakim nie przysługuje żaden szczególny szacunek ani odmienne zasady traktowania (można z nimi zrobić wszystko). Sfera ekonomiczna pożera całą rzeczywistość (jak w marksizmie). Świat zlewa się w jeden „wolny rynek”, gdzie „wolno wszystko”.
W rynkowej konkurencji zwycięża to, na co jest większy popyt, czyli to, co jest popularniejsze. Większą popularność zdobywa zaś z reguły to, co gorsze: prymitywne wytwory popkultury, niskie rozrywki, kiepska literatura, telewizyjny kicz i wulgarność, gazetowa demagogia i tak dalej. Wreszcie, nic nie sprzedaje się tak dobrze i nie przynosi takich zysków, jak wszelkie formy nierządu. Na „wolnym rynku”, gdzie „wolno wszystko”, nie ma żadnych obiektywnie wiążących norm postępowania (bo trudno za takie uznać czysto ekonomiczne determinanty zwiększania zysku i zmniejszania strat) – byt jakichkolwiek norm zależy od tego, ilu ludzi uda się ich głosicielom nakłonić do stosowania się do nich, ale wyłącznie za pomocą argumentacji, że się to opłaca. W rezultacie surowe normy będą zawsze niepopularne, z uwagi na niesione przez nie wyrzeczenia, podczas gdy dyrektywy przyzwalające na wszystko, bo pozbawione rygorów moralnych, zawsze znajdą popyt. Wbrew twierdzeniom apologetów „wolnego rynku”, „wolnorynkowa” reguła „wolno wszystko” uniemożliwia w praktyce istnienie jakiejkolwiek twardej etyki, moralności publicznej, dobrych obyczajów czy koncepcji honoru, ponieważ aby istnieć w praktyce, każde z nich musi być wiążące w wymiarze wspólnotowym, tj. na szczeblu całego społeczeństwa, a nie tylko w wymiarze prywatnym, na szczeblu świadomości „jednostki”. Gdy moralność zostaje zepchnięta do sfery prywatnej, właściwie nie ma już moralności. Determinanty ekonomiczne, wskazujące, czy dane działanie się opłaca, nie mówią nic o jego słuszności, godziwości ani prawowitości – a na „wolnym rynku” żadnych innych wskazówek trzymać się nie trzeba, bo można ich dobrowolnie i z wyboru przestrzegać lub nie. Tak oto „wolny rynek”, obejmując kolejne dziedziny życia, zaprowadza w nich indywidualizm, atomizm społeczny, permisywizm, libertynizm, egoizm i hedonizm. Zwolennicy ideologii „wolnościowej” faktycznie postulują przyzwolenie dla tych zjawisk, nawet, jeśli sami twierdzą inaczej. Czynią je bowiem kwestią „wolnego wyboru”, usiłując czasem nieprzekonująco bronić się przed konsekwencjami własnych poglądów zapewnieniem, że na w pełni „wolnym rynku” postawy takie znikną lub ulegną marginalizacji jako nieopłacalne i szkodliwe dla konsumentów. Praktyka pokazuje jednak, że dzieje się inaczej.
„Wolny rynek” sam w sobie nie niesie więc żadnego dobra (podobnie, jak jego brak). Należy poddać go działaniu czynników korygujących, starać się nałożyć mu wędzidła, ograniczenia o charakterze normatywnym. Najważniejsze z tych wędzideł tworzy etyka chrześcijańska. Powstanie i rozwój instytucji szerzących tradycyjną chrześcijańską etykę ekonomiczną (stowarzyszeń, ośrodków formacji, wydawnictw, duszpasterstw itp.) powinno cieszyć się poparciem władz politycznych, znajdującym wyraz m.in. w przyznawanych im przywilejach prawnych (jednak nie w postaci, wywierających korumpujący wpływ, dotacji finansowych z podatków).
Kolejne ważne wędzidło stanowi tradycja. Kluczowe wydaje się wypracowanie silnej społecznej dezaprobaty dla rozwijania form działalności gospodarczej lub ubijania interesów godzących w tożsamość wspólnoty, których beneficjenci muszą być traktowani jak wyrzutkowie i poddawani ostracyzmowi.
Odbudowy wymaga ponadto rzemieślniczy etos stanowy wraz z tradycjami poszczególnych zawodów – jakich resztki wegetują współcześnie pod postacią różnych koncepcji „etyki zawodowej”. Koniecznością wydaje się powolne wypracowanie analogicznych fundamentów normatywnych dla nowych profesji, tak, aby docelowo działalność gospodarczą przedstawicieli każdego zawodu miarkowały właściwe dla niego zwyczaje i normy, tworzące jego specyficzny, a przy tym nie oderwany od religii etos. Wszystko to każe stworzyć prawne ramy dla rozbudowy samorządów zawodowych – organów powołanych również do strzeżenia etosu zawodowego, egzekwowania go i karania jego naruszeń.
„Wolny rynek” musi w końcu ograniczyć honor zawodowy, oparty na ideale rzetelności, stawiającym jakość wytwarzanego towaru ponad maksymalizacją obrotu. W imię tegoż honoru trzeba wytępić, poprzez ośmieszanie i stygmatyzowanie, anglosaski model kupiectwa, oparty na ideale obrotności, na wyrachowanym sprycie i dążeniu do bezwarunkowej maksymalizacji zysku. Amerykański reakcjonista Richard Weaver (1910-1963) trafnie zauważył: „(…) zanik ideału heroicznego zawsze połączony jest ze wzrostem komercjalizmu. Zachodzi tutaj relacja przyczynowo-skutkowa, ponieważ człowiek związany z handlem jest z natury rzeczy relatywistą; jego umysł stale zajmuje się zmiennymi wartościami na rynku i nie ma dlań pewniejszej drogi upadku niż dogmatyzowanie i moralizowanie na temat rzeczy. ››Biznes i uczucie nigdy się nie mieszają‹‹ – to dewiza najwyższej wagi. Wyjaśnia ona skłonność wszystkich społeczeństw organicznych do wykluczania kupca z wpływowych pozycji i pozbawiania go prestiżu; na tej podstawie oparta jest zapewne ostra krytyka drobnych handlarzy w ››Prawach‹‹ Platona. Empiryczny charakter brytyjskiej filozofii nie pozostaje bez związku z komercyjnymi zwyczajami tego wielkiego kupieckiego narodu.”* Słowem, „wolny rynek” należy ująć w karby etosu pracy, w którym przywrócone zostanie pojęcie pracy jako czynności heroicznej, przenikniętej idealizmem, nie zaś czynności wyrachowanej. Nadanie pracy znamion „obrzędu o godności niemal religijnej”, zgodnie z postulatem narodowego mesjanisty Jerzego Brauna (1901-1975), będzie milowym krokiem ku odbudowie społeczeństwa tradycyjnego (organicznego).
Chrześcijańska etyka ekonomiczna, tradycja, zwyczaje, etos zawodowy, honor, mistyka pracy – oto, co powinno ograniczać „wolny rynek” i porządkować zachodzące na nim zjawiska. Nie należy ich natomiast regulować za pomocą mnożenia aktów prawa pozytywnego, które wiedzie w kierunku etatystycznego i socjalistycznego modelu gospodarki, właściwego zdegenerowanym („wysokorozwiniętym”) społeczeństwom nowoczesnym, obcego natomiast społeczeństwom tradycyjnym. Celem Kontrrewolucji jest gospodarczy organizm, a nie (etatystyczny) mechanizm ani (liberalny, libertariański) chaos.
Adam Danek
* Przeł. Barbara Bubula.
Poglądy na ekonomię tak różnych myślicieli, jak: William Wordsworth (1770-1850), Samuel Taylor Coleridge (1772-1834), Robert Southey (1774-1843), Adam Heinrich Müller (1779-1829), Richard Oastler (1789-1861), Thomas Carlyle (1795-1881), Karl Rodbertus-Jagetzow (1805-1875), prof. Frederic Le Play (1806-1882), Karl Marlo (wł. prof. Karl Georg Winkelblech, 1810-1865), John Ruskin (1819-1900), Matthew Arnold (1822-1888), Konstantin Leontjew (1831-1891), markiz René de la Tour du Pin (1834-1924) William Morris (1834-1896), prof. Otto von Gierke (1841-1921), Albert hrabia de Mun (1841-1914), Giovanni Battista hrabia Paganuzzi (1841-1923), prof. Giuseppe Toniolo (1845-1918), prof. Frederic William Maitland (1850-1906), prof. Friedrich Meinecke (1862-1954), prof. Werner Sombart (1863-1941), prof. Leopold Caro (1864-1939), prof. Władysław Leopold Jaworski (1865-1930), prof. Ernst Troeltsch (1865-1923), Walter Rathenau (1867-1922), Charles Maurras (1868-1952), Filippo Meda (1869-1939), Hilaire Belloc (1870-1953), Gilbert Keith Chesterton (1874-1936), prof. Othmar Spann (1878-1950), wczesny ks. Jan Piwowarczyk (1889-1959), prof. Antonio de Oliveira Salazar (1889-1970), Ernst Jünger (1895-1998), Ferdinand Fried (wł. Friedrich Ferdinand Zimmermann, 1898-1967), Adam Doboszyński (1904-1949), dr Giselher Wirsing (1907-1975), prof. Wilhelm Röpke (1899-1966) zadają kłam wyobrażeniu, jakoby w naturze konserwatysty – a jądro Prawicy tworzy właśnie konserwatyzm – leżały kult „wolnego rynku” albo bezkrytyczne poparcie dla kapitalizmu. Brak tu miejsca, by przynajmniej streścić i zestawić ze sobą myśl ekonomiczną tych znamienitych reprezentantów różnorodnych odmian konserwatyzmu, toteż ograniczymy się do wskazania jedynie najważniejszego, źródłowego błędu ideologii „wolnego rynku”, oglądanej z zachowawczego punktu widzenia. Ideologia ta zasadza się na postulacie, iż w sferze gospodarczej człowiekowi powinno być wolno robić wszystko (o ile nie przymusza do niczego innych przemocą). Według (pipi-)prawicowców hołdujących takiej ideologii, postulat „każdemu wolno wszystko” powinien jednak ograniczać się do sfery ekonomicznej, nie dotykać zaś innych sfer rzeczywistości; często pojawia się u nich zbitka „liberalizm w sprawach gospodarczych, konserwatyzm w sprawach obyczajowych”. Ale to fikcja. Kto raz obwieścił regułę „wolno wszystko”, nie może postawić jej granic (bez jej zniesienia). Działalność człowieka w dowolnej dziedzinie życia daje się bowiem zinterpretować jako działalność ekonomiczna, skoro posiada aspekt ekonomiczny i wywołuje określone skutki w sferze gospodarczej. W ten sposób na przykład Kościół katolicki jawi się jako podmiot prowadzący na „rynku idei” działalność ekonomiczną (czy wręcz handlową), a relacje pomiędzy pojedynczym wiernym a Kościołem jako gra rynkowa między konsumentem (klientem) a producentem pewnego dobra – gra, w której już „wolno wszystko”. Kluczowe instytucje kultury okazują się zwykłymi podmiotami rynkowymi lub zwykłymi towarami, jakim nie przysługuje żaden szczególny szacunek ani odmienne zasady traktowania (można z nimi zrobić wszystko). Sfera ekonomiczna pożera całą rzeczywistość (jak w marksizmie). Świat zlewa się w jeden „wolny rynek”, gdzie „wolno wszystko”.
W rynkowej konkurencji zwycięża to, na co jest większy popyt, czyli to, co jest popularniejsze. Większą popularność zdobywa zaś z reguły to, co gorsze: prymitywne wytwory popkultury, niskie rozrywki, kiepska literatura, telewizyjny kicz i wulgarność, gazetowa demagogia i tak dalej. Wreszcie, nic nie sprzedaje się tak dobrze i nie przynosi takich zysków, jak wszelkie formy nierządu. Na „wolnym rynku”, gdzie „wolno wszystko”, nie ma żadnych obiektywnie wiążących norm postępowania (bo trudno za takie uznać czysto ekonomiczne determinanty zwiększania zysku i zmniejszania strat) – byt jakichkolwiek norm zależy od tego, ilu ludzi uda się ich głosicielom nakłonić do stosowania się do nich, ale wyłącznie za pomocą argumentacji, że się to opłaca. W rezultacie surowe normy będą zawsze niepopularne, z uwagi na niesione przez nie wyrzeczenia, podczas gdy dyrektywy przyzwalające na wszystko, bo pozbawione rygorów moralnych, zawsze znajdą popyt. Wbrew twierdzeniom apologetów „wolnego rynku”, „wolnorynkowa” reguła „wolno wszystko” uniemożliwia w praktyce istnienie jakiejkolwiek twardej etyki, moralności publicznej, dobrych obyczajów czy koncepcji honoru, ponieważ aby istnieć w praktyce, każde z nich musi być wiążące w wymiarze wspólnotowym, tj. na szczeblu całego społeczeństwa, a nie tylko w wymiarze prywatnym, na szczeblu świadomości „jednostki”. Gdy moralność zostaje zepchnięta do sfery prywatnej, właściwie nie ma już moralności. Determinanty ekonomiczne, wskazujące, czy dane działanie się opłaca, nie mówią nic o jego słuszności, godziwości ani prawowitości – a na „wolnym rynku” żadnych innych wskazówek trzymać się nie trzeba, bo można ich dobrowolnie i z wyboru przestrzegać lub nie. Tak oto „wolny rynek”, obejmując kolejne dziedziny życia, zaprowadza w nich indywidualizm, atomizm społeczny, permisywizm, libertynizm, egoizm i hedonizm. Zwolennicy ideologii „wolnościowej” faktycznie postulują przyzwolenie dla tych zjawisk, nawet, jeśli sami twierdzą inaczej. Czynią je bowiem kwestią „wolnego wyboru”, usiłując czasem nieprzekonująco bronić się przed konsekwencjami własnych poglądów zapewnieniem, że na w pełni „wolnym rynku” postawy takie znikną lub ulegną marginalizacji jako nieopłacalne i szkodliwe dla konsumentów. Praktyka pokazuje jednak, że dzieje się inaczej.
„Wolny rynek” sam w sobie nie niesie więc żadnego dobra (podobnie, jak jego brak). Należy poddać go działaniu czynników korygujących, starać się nałożyć mu wędzidła, ograniczenia o charakterze normatywnym. Najważniejsze z tych wędzideł tworzy etyka chrześcijańska. Powstanie i rozwój instytucji szerzących tradycyjną chrześcijańską etykę ekonomiczną (stowarzyszeń, ośrodków formacji, wydawnictw, duszpasterstw itp.) powinno cieszyć się poparciem władz politycznych, znajdującym wyraz m.in. w przyznawanych im przywilejach prawnych (jednak nie w postaci, wywierających korumpujący wpływ, dotacji finansowych z podatków).
Kolejne ważne wędzidło stanowi tradycja. Kluczowe wydaje się wypracowanie silnej społecznej dezaprobaty dla rozwijania form działalności gospodarczej lub ubijania interesów godzących w tożsamość wspólnoty, których beneficjenci muszą być traktowani jak wyrzutkowie i poddawani ostracyzmowi.
Odbudowy wymaga ponadto rzemieślniczy etos stanowy wraz z tradycjami poszczególnych zawodów – jakich resztki wegetują współcześnie pod postacią różnych koncepcji „etyki zawodowej”. Koniecznością wydaje się powolne wypracowanie analogicznych fundamentów normatywnych dla nowych profesji, tak, aby docelowo działalność gospodarczą przedstawicieli każdego zawodu miarkowały właściwe dla niego zwyczaje i normy, tworzące jego specyficzny, a przy tym nie oderwany od religii etos. Wszystko to każe stworzyć prawne ramy dla rozbudowy samorządów zawodowych – organów powołanych również do strzeżenia etosu zawodowego, egzekwowania go i karania jego naruszeń.
„Wolny rynek” musi w końcu ograniczyć honor zawodowy, oparty na ideale rzetelności, stawiającym jakość wytwarzanego towaru ponad maksymalizacją obrotu. W imię tegoż honoru trzeba wytępić, poprzez ośmieszanie i stygmatyzowanie, anglosaski model kupiectwa, oparty na ideale obrotności, na wyrachowanym sprycie i dążeniu do bezwarunkowej maksymalizacji zysku. Amerykański reakcjonista Richard Weaver (1910-1963) trafnie zauważył: „(…) zanik ideału heroicznego zawsze połączony jest ze wzrostem komercjalizmu. Zachodzi tutaj relacja przyczynowo-skutkowa, ponieważ człowiek związany z handlem jest z natury rzeczy relatywistą; jego umysł stale zajmuje się zmiennymi wartościami na rynku i nie ma dlań pewniejszej drogi upadku niż dogmatyzowanie i moralizowanie na temat rzeczy. ››Biznes i uczucie nigdy się nie mieszają‹‹ – to dewiza najwyższej wagi. Wyjaśnia ona skłonność wszystkich społeczeństw organicznych do wykluczania kupca z wpływowych pozycji i pozbawiania go prestiżu; na tej podstawie oparta jest zapewne ostra krytyka drobnych handlarzy w ››Prawach‹‹ Platona. Empiryczny charakter brytyjskiej filozofii nie pozostaje bez związku z komercyjnymi zwyczajami tego wielkiego kupieckiego narodu.”* Słowem, „wolny rynek” należy ująć w karby etosu pracy, w którym przywrócone zostanie pojęcie pracy jako czynności heroicznej, przenikniętej idealizmem, nie zaś czynności wyrachowanej. Nadanie pracy znamion „obrzędu o godności niemal religijnej”, zgodnie z postulatem narodowego mesjanisty Jerzego Brauna (1901-1975), będzie milowym krokiem ku odbudowie społeczeństwa tradycyjnego (organicznego).
Chrześcijańska etyka ekonomiczna, tradycja, zwyczaje, etos zawodowy, honor, mistyka pracy – oto, co powinno ograniczać „wolny rynek” i porządkować zachodzące na nim zjawiska. Nie należy ich natomiast regulować za pomocą mnożenia aktów prawa pozytywnego, które wiedzie w kierunku etatystycznego i socjalistycznego modelu gospodarki, właściwego zdegenerowanym („wysokorozwiniętym”) społeczeństwom nowoczesnym, obcego natomiast społeczeństwom tradycyjnym. Celem Kontrrewolucji jest gospodarczy organizm, a nie (etatystyczny) mechanizm ani (liberalny, libertariański) chaos.
Adam Danek
* Przeł. Barbara Bubula.
Subskrybuj:
Posty (Atom)