FALANGA

Oficjalny blog publicystyczny Falangi

Przeszukaj blog

czwartek, 21 stycznia 2010

Falangizm i idee pokrewne

Celem niniejszego szkicu jest wskazanie orientacji ideowo-politycznej, do jakiej w opinii piszącego zbliża się, bądź też powinna się zbliżać, polska organizacja Falanga, określająca siebie mianem prawicy integralnej. W swej symbolice nawiązuje ona między innymi do utworzonej w latach trzydziestych XX wieku Falangi Hiszpańskiej (Falange Espańola)* – z czego krytycznie nastawieni komentatorzy czynili jej zresztą zarzut. To nawiązanie nie jest ani przypadkiem, ani też powierzchownym naśladownictwem. Hermeneutyka symboli pozostaje niezwykle ważna dla rozwoju tożsamości ideowej – stanowi jedną z nici zapewniających łączność i ciągłość między projektem politycznym a ożywiającymi go tradycjami z przeszłości.
Falanga Hiszpańska powstała w 1933 r. Momentem najdonioślejszym dla określenia jej charakteru ideowo-politycznego był jednak 17 kwietnia 1937 roku – utworzenie przez gen. Francisco Franco (1892-1975) Hiszpańskiej Falangi Tradycjonalistycznej (Falange Espańola Tradicionalista). Tą decyzją Caudillo zostały ujęte w jedną, państwową strukturę organizacyjną wszystkie żywioły reakcyjne, monarchistyczne, konserwatywne, nacjonalistyczne, narodowo-radykalne i faszystowskie (czy też faszyzujące).
W kręgu idei rozwijanych w FET na czoło szybko wysunął się hiszpański faszyzm. Jego centrum koncepcyjnym stał się powstały we wrześniu 1939 r. Instytut Studiów Politycznych (Instituto de Estudios Politicos). Hiszpańscy myśliciele faszystowscy Juan Beneyto Perez (1907-1994) i José Costa Serrano (1905-1970) w programowej pracy p.t. „Partia” (1939) zdiagnozowali chaos współczesnego świata, jego postępującą wielopłaszczyznowo dezintegrację, jako finalny owoc reformacji. W XVI wieku, we wczesnej nowożytności, chrześcijańska wspólnota religijno-polityczna rozpadła się na frakcje wyznaniowe, które zaczęły toczyć ze sobą bezwzględne walki. Współczesną kontynuację owego procesu stanowiło w ocenie autorów grupowanie się obywateli państwa w partie i ich nieprzerwana wojna polityczna, która paraliżuje państwo oraz degraduje je do roli areny walki i zarazem łupu. Inny myśliciel faszystowski, Francisco Javier Conde (1908-1975), wskazywał sposób przezwyciężenia tego stanu w eseju „O aktualnej sytuacji Europejczyka” (1949). Odnajdywał je także we wczesnej nowożytności, kiedy to narodził się nowy typ państwa, oparty o „Władzę zdolną położyć kres nieładowi, objawiającemu się pod postacią permanentnej wojny.” W nowym porządku politycznym państwo musiało dysponować wszelkimi środkami potrzebnymi do poskromienia elementów wywrotowych, zagrażających istnieniu wspólnoty, włącznie ze środkiem ostatecznym – możliwością zastosowania terroru politycznego. Ten ostatni Conde przedstawiał, idąc za konserwatywnym historiozofem Jakobem Burckhardtem (1818-1897), jako wynalazek renesansu – ponieważ „terror (…) wynika z sekularyzacji i profanacji starego porządku europejskiego”. Hiszpańscy faszyści dążyli do ponownej unifikacji państwa, rozpadającego się pod wpływem demoliberalizmu, i w tym celu chcieli wyposażyć je w moc pozwalającą poskromić wszystkie partykularne siły odśrodkowe.
Myśl Hiszpańskiej Falangi Tradycjonalistycznej miała zatem charakter statokratyczny. Pojęcie statokratyzmu wprowadził do języka polskiej nauki toruński politolog prof. Roman Bäcker. Statokraci ponad kłębowisko szarpiących się ze sobą o władzę partii, grup interesu, klas, ruchów pragną ponownie wydźwignąć państwo pojmowane jako całość (gr. hólon) – całość wyposażona w ośrodek kierowniczy dysponujący prerogatywami dostatecznymi, by móc podejmować oraz egzekwować decyzje polityczne ukierunkowane wyłącznie na dobro całości i nie potrzebować ubiegania się w tym celu o poparcie jakichkolwiek partykularnych części społeczeństwa. Do wyrażenia ich poglądów pojęcie statokratyzmu (co na język polski można przełożyć jako „państwowładztwo”) nadaje się znacznie lepiej od znanego w tradycji polskiej terminu „idea państwowa” czy stosowanego w literaturze zachodnioeuropejskiej terminu „etatyzm”, ponieważ w przeciwieństwie do tych wieloznacznych, dość bezkrwistych określeń kładzie ono wyraźny nacisk na państwo jako ośrodek mocy politycznej, podmiot panowania – a więc na odczuwalną obecność w porządku państwowym podmiotu władzy. Taki też był zasadniczy rys ideowy statokratyzmu, który wykrystalizował się jako reakcja na demontaż siły państwa, zachodzący w Europie w wyniku ekspansji reżimu demoliberalnego po I wojnie światowej i związanego z nim rozbicia (bądź rozproszenia) ośrodka władzy państwowej. Wzywał do odtworzenia silnego centrum władzy jako warunku odbudowy silnej wspólnoty politycznej, będącej przeciwieństwem „stanu trwałej półsuwerenności”, „politycznej formy bezsiły i upokorzenia”, „politycznego eunucha”, „fasady, za którą kryje się dyktatura związków zawodowych”, „społeczeństwa zorganizowanego jako państwo, w którym parlament jest organem partyjnej spółki z ograniczoną odpowiedzialnością” – jak ustrój demoliberalny nazywali (czy raczej wyzywali) reprezentanci niemieckiej Rewolucji Konserwatywnej, z reguły również stojący na pozycjach statokratycznych.
Prof. Bäcker jako trzy klasyczne przypadki statokratyzmu wymienia hiszpański frankizm, włoski faszyzm oraz polską sanację. Istotnie, gdy w Hiszpanii falangiści podnosili wspomniane wcześniej idee, a we Włoszech Giovanni Gentile na gruzach rozpasanej demokracji ustanawiał żelazną zasadę „wszystko w państwie, nic poza państwem, nic przeciwko państwu”, głosy statokratów podnosiły się także nad Wisłą, głównie – choć nie wyłącznie – w obozie piłsudczykowskim. Poszukując ideału utraconego ośrodka władczego i silnej struktury państwowej, zwrócili oni swe zainteresowania ku państwu sprzed epoki „inwazji społeczeństwa na państwo” (jak trafnie nazwał ją rewolucyjny konserwatysta prof. Arnold Gehlen, 1904-1976) i tym samym rozdarcia go pomiędzy dziesiątki szarpiących je w swoją stronę, egoistycznych interesów partykularnych – ku państwu oczernianemu przez liberalną publicystykę i historiografię (czy raczej propagandę) jako absolutne. Wdali się przy tym w polemikę z manierą używania pojęcia państwa absolutnego w sensie pejoratywnym. Związany (choć raczej luźno) z sanacją konserwatysta dr Stanisław Bukowiecki (1867-1944) pisał: „(…) każde społeczeństwo musi przede wszystkim mieć na względzie interes tej zbiorowości, która dla niego jest zbiorowością naczelną, a tą jest państwo. Zbiorowości są różnorodne, a jedna z nich musi być postawiona ponad wszystkie inne, w rzeczywistości historycznej państwo jest zawsze takim absolutem zbiorowości. Temu absolutowi muszą być podporządkowane wszystkie inne zbiorowości mniejsze, wszelkiego rodzaju zrzeszenia, stowarzyszenia charakteru prawno-publicznego i prawno-prywatnego, czy nadbudowy większe, obejmujące zbiorowości i zgromadzenia ponadpaństwowe. Wszystkie zjawiska historyczno-polityczne muszą być poddane pod kryterium użyteczności ich dla państwa – jako absolutnej zbiorowości. Tak było zawsze i być musi, bo instynkt zbiorowości ludzkiej musi mieć jeden naczelny wyraz.” Konserwatywny piłsudczykowski myśliciel prof. płk Wacław Makowski (1880-1942) bronił „państwa klasycznego”, czyli „absolutnego”. Pochwałę „państwa absolutnego”, wywodzonego z tradycji starożytnego Rzymu, głosił również konserwatysta prof. Antoni Wereszczyński (1878-1948) w pracy „Państwo antyczne i jego renesansy” (1934). Autor ów uważał jednak, iż pierwotnie zdrowy model państwa, jakim był „konstruktywny absolutyzm” uległ wpływom bizantyjskim i zaczął degenerować się we wschodni despotyzm, wydając w XVIII wieku owoc swego rozkładu – „państwa despotyczno-policyjne” takie, jak Prusy Fryderyka II oraz Austria Marii Teresy i Józefa II. Warto podkreślić, że polski obóz narodowy dość długo otwarcie odrzucał statokratyzm, ponieważ ideowy prym dzierżyli w nim intelektualiści zapatrzeni jednostronnie w państwo demoliberalne (by wymienić tak skądinąd znakomitych uczonych, jak prof. Wacław Komarnicki, prof. Feliks Koneczny, prof. Roman Rybarski czy prof. Bohdan Winiarski). W latach trzydziestych również on jednak zaczął przechodzić na pozycje statokratyczne, co znalazło wyraz m.in. w myśli Związku Młodych Narodowców (późniejszego Ruchu Narodowo-Państwowego).
Do spuścizny ideowej wszystkich tych formacji – falangistów, faszystów, piłsudczyków, narodowców, konserwatystów – pragnie twórczo nawiązywać Falanga. Pomimo upływu lat wypracowane przez nie pojęcia zaskakująco dobrze dają się zastosować do opisu rzeczywistości Republiki Okrągłego Stołu – zwłaszcza zaniku mocy politycznej i ogólnej państwowej atrofii, jakimi pozostaje ona dotknięta.

Adam Danek

* FE – hiszp. „wiara”.

piątek, 15 stycznia 2010

Wokół Odsieczy Wiedeńskiej 1683 r.

Patrzcie, jak dymem austriackie tleją
Wsi, miasta, osady, zamki i pałace,
Jak winogrady, pola. Jałowieją.
Z obywatelów wygnańcy, tułacze,
Krwawych łez szturmem przenikają nieba !
Boże ! Polskiego orła tu potrzeba !


(Stanisław Wojciech Chrościński)



12 września 1683 r. wojska chrześcijańskiej Europy dowodzone przez króla polskiego Jana III (1674-1696) rozgromiły oblegającą cesarski Wiedeń osmańską armię pod dowództwem wielkiego wezyra Kara Mustafy (1676-1683). Zwycięstwo liczących sobie w dniu bitwy około 70 tys. żołnierzy wojsk chrześcijańskich nad blisko 60 tysięczną (nie licząc 20 tys. oblegających Wiedeń janczarów) armią osmańską odbiło się szerokim echem w Europie. Jeden z trzech najważniejszych w ówczesnym świecie ośrodków politycznych islamu (obok Persji i Państwa Wielkiego Mogoła) poniósł przełomową w swej historii klęskę militarną, po której został zepchnięty do politycznej defensywy nie mogąc już dłużej zagrozić światu chrześcijańskiemu. Jak się wówczas wydawało, droga do wyzwolenia Bałkanów i Ziemi Świętej stanęła otworem.

Kampanię zwieńczoną porażką swych wojsk pod Wiedniem rozpoczęli Osmanowie wymarszem znad Sawy 24 maja 1683 r. w kierunku granicy węgierskiej z zamiarem opanowania części tego kraju znajdującej się pod panowaniem Habsburgów wraz z jego główną twierdzą w Jawarynie. W trzy dni po wymarszu dołączyły do nich posiłkowe oddziału chana krymskiego Murada Gereja a już 30 czerwca przekroczono granicę posiadłości austriackich Habsburgów.

Tymczasem na odbytej 7 maja naradzie wojennej dowództwo austriackie postanowiło użyć trzonu swych sił dowodzonego przez księcia Karola Lotaryńskiego do obsadzenia twierdzy w Komarom a następnie podjęcia w oparciu o nią działań zaczepnych przeciw posiadłościom osmańskim w Górnych Węgrzech i operującym tam węgierskim powstańcom Emeryka Thokoly'ego (kurucom). Plan zakładał zdobycie osmańskich twierdz w Ujvar i Ostrzyhomiu, wzmocnienie załogi Jawaryna i wreszcie obronę przed nadciągająca wyprawą Kara Mustafy przepraw na Dunaju i Rabie. Rozpoczęte 5 czerwca austriackie oblężenie Ujvar zostało przerwane już po upływie trzech dni na wieść o zbliżaniu się osmańskiej odsieczy. Wojska cesarskie wycofały się w stronę Komarom i Jawaryna osiągając ten drugi 23 czerwca. Tutaj część sił rozlokowano nad Rabą przeznaczając je do obrony przepraw, część natomiast pozostawiona na Słowacji miała osłaniać lewe skrzydło Austriaków przed uderzeniami kuruców. Mając przeciw sobie całą potężną wyprawę osmańską, zagrożony otoczeniem książę Karol Lotaryński musiał wycofać się wraz z 12 tysiącami swoich żołnierzy znad Raby przesuwając kawalerię w stronę Wiednia, piechotę zaś pozostawiając Jawarynie dla wzmocnienia jego obrony. Do 7 lipca Osmanowie sforsowali przeprawy ruszając ku Wiedniowi. Do blokady Jawaryna pozostawiono 20 tysięczny korpus pod dowództwem Ibrahima paszy, podczas gdy dla opanowania Preszburga i Nitry wielki wezyr wysłał liczący sobie 6 tysięcy żołnierzy z pogranicza oraz 10 tysięcy kuruców oddział pod dowództwem Abazy Husejna paszy.14 lipca siły Kara Mustafy stanęły u wrót cesarskiej stolicy, w samym sercu Europy. Wobec odmowy kapitulacji i nawrócenia się na islam przez obrońców, tego samego dnia rozpoczęto oblężenie.

Przy ponaglających próśbach austriackich o udzielenie pomocy, król Jan III oczekujący w Krakowie na pełną koncentrację wojsk polskich i litewskich, nie czekając spóźniających się Litwinów, wymaszerował 15 sierpnia na czele ponad 26 tysięcy wojsk koronnych. W tym samym czasie, operujący na Słowacji korpus Husejna paszy próbując uderzyć na stacjonujące pod Wiedniem wojska ks. Karola Lotaryńskiego zajął Preszburg, rozpoczął oblężenie tamtejszego zamku i budowę mostów na Dunaju. Dowiedziawszy się o tym przedsięwzięciu, wódz austriacki uderzył na Osmanów 29 lipca zadając im dotkliwe straty i zmuszając do odwrotu. Następnie wojska cesarskie rozłożyły się pod Angern nawiązując kontakt z siłami Jana III, który w tym czasie wyznaczył miejsce koncentracji swej armii w Kerms, około 60 km. na północ od Wiednia. By uniemożliwić połączenie się Austriaków z wojskami polskimi Husejn pasza skierował się na tą miejscowość, lecz w bitwie pod Bisambergiem 24 sierpnia został ponownie pokonany przez siły ks. Karola. Miejsce koncentracji armii chrześcijańskiej przeniesiono tymczasem bliżej Wiednia, do miejscowości Tulln.

Bitwa decydująca o powodzeniu odsieczy rozpoczęta została rozkazem naczelnego wodza wojsk sprzymierzonych Jana III 12 września o godzinie trzeciej nad ranem. Jako pierwsze atakowały wzdłuż Dunaju oddziały piechoty i dragonii austriackiej i szwabskiej, zdobywając do godziny ósmej Nusdorf, zaś do południa Heiligenstadt. W związku z groźbą uderzenia na lewe skrzydło całej armii osmańskiej, jeszcze zanim dogodną pozycję do szarży zajmą wciąż przedzierające się przez wzgórza Lasu Wiedeńskiego jazda polska wraz ze wspierającą ją piechotą i artylerią, dowodzący ze wzgórza Kahlenberg król Jan III wydał rozkaz powstrzymania natarcia wojsk austriackich i niemieckich na Dobling. Po dotarciu piechoty oraz dowodzonej przez gen. Marcina Kątskiego artylerii, rozpoczęto ostrzał i szturmowanie obsadzonych przez Osmanów winnic, wąwozów i murów oddzielających trzon sił polskich od okalającej Wiedeń doliny, w której obozem rozłożył się Kara Mustafa wraz ze swymi siłami. Zamiarem króla było uderzenie na obóz, zniszczenie przemieszczonych na front armii polskiej głównych sił muzułmańskich i odcięcie drogi ucieczki pozostałym wojskom, przeciw którym natarcie kontynuować miał ks. Karol Lotaryński, któremu to kazano wznowić marsz ku cesarskiej stolicy. Do godziny piętnastej wszystkie przeszkody na drodze polskiego natarcia zostały usunięte, wówczas też do ataku poderwano kilka chorągwi pancernych pod dowództwem strażnika koronnego Michała Zbrożka. Szarża przeniknęła głęboko w szeregi nieprzyjacielskie w końcu jednak atakujący zostali zmuszeni do odwrotu, ponosząc straty wysokości czwartej części składu osobowego chorągwi. Atak spełnił jednak swoją rolę pozwalając królowi rozpoznać, że teren nadaje się do uderzenia, którego wojska Kara Mustafy nie będą w stanie powstrzymać. Szarżę rozpoczęto około godziny dziewiętnastej rzucając do boju 20 tys. jazdy, wśród niej zaś 2500 husarii. Za nimi postępowały wojska austriackie i niemieckie. Uderzenie zmiotło skrzydłowe oddziały osmańskie, podczas gdy stojące w centrum wraz z samym Kara Mustafą broniły się jeszcze przez pewien czas w obozie osłaniając ucieczkę pozostałej części wojsk, do czasu gdy i one opuściły pole walki. Wojska chrześcijańskie nie ścigały pokonanych sił osmańskich, które przedostały się ostatecznie przez osłanianie przez Siedmiogrodzian ks. Michała Apafiego mosty i skierowały w stronę sił Ibrahima paszy. Armii Kara Mustafy nie udało się więc ostatecznie zniszczyć, jak chciał tego król, jednak zadano jej duże straty sięgające piętnastu tysięcy zabitych. Po stronie chrześcijańskiej padło 3,5 tysiąca zabitych w tym 1,3 tysiąca Polaków. Warto wspomnieć, że tuż przed bitwą z pola walki zrejterowali Tatarzy chana Murada Gereja (1678-1683), przy Osmanach zaś pozostało jedynie sześciuset z nich dowodzonych przez Hadży Gereja (1683-1684), późniejszego następcę złożonego z tronu przez Wysoką Portę splamionego wiedeńską dezercją Murada Gereja.

Dalszy przebieg kampanii, obejmujący poprowadzone przez wojska sprzymierzonych uderzenie na linii Ujvar-Ostrzyhom, dwie kolejne bitwy pod Parkanami (7 i 9 października), zdobycie i obsadzenie Ostrzyhomia, zaś wreszcie powtórne przekroczenie przez wojska polskie granicy i powrót do ojczyzny (13 grudnia), wymaga interpretacji w kontekście nakreślenia kierunków polityki polskiej w Europie Środkowej, co postaram się poniżej uczynić.

Od czasu śmierci Ludwika Jagiellończyka (1516-1526) w bitwie pod Mochaczem, na Węgrzech rozgorzała wojna domowa pomiędzy zwolennikami a przeciwnikami objęcia tronu przez Habsburgów. W toku rozdzierającego państwo konfliktu, stolica Węgier w Budzie została w 1541 r. zajęta wraz z całą centralna częścią kraju przez Imperium Osmańskie, podczas gdy resztki Królestwa znalazły się bądź to w granicach mającego od 1571 r. status księstwa Siedmiogrodu, bądź też w pozostającym pod panowaniem habsburskim tzw. Królestwie Węgierskim, rozciągającym się od Chorwacji po Spisz i Orawę i obejmującym niewielkie obszary nad Wagiem oraz w górnym biegu Sawy i Drawy.

Znajdujące się pod władzą Habsburgów ziemie węgierskie poddane zostały centralistycznej polityce dworu wiedeńskiego, szczególnie dokuczliwej za panowania cesarza Leopolda I (1657-1705), gdy podjęto bardzo energiczne próby zlikwidowania prowadzącego przez Chorwację dochodowego węgierskiego szlaku handlu bydłem, który zamierzano skierować przez ziemie austriackie. Próba zniszczenia węgierskiego kupiectwa zjednoczyła przeciw Habsburgom zarówno coraz liczniejszą i niechętną kontrreformacyjnej polityce dworu szlachtę kalwińską, jak i zainteresowaną dochodowym handlem wielka magnaterię wyznającą katolicyzm. Na czele partii narodowej, niechętnej zarówno Habsburgom jak i panowaniu osmańskiemu, stanął wkrótce ban chorwacki Mikołaj Zrinyi (1620-1664), już w 1651 r. opracowawszy plan wyzwolenia Królestwa spod dominacji obydwu jego ciemiężycieli.

Bezpośrednią przyczyną wojny nie stały się jednak plany Zrinyiego, lecz rywalizacja autriacko-ottomańska o dominację nad pozostającym formalnie lennem sułtana Siedmiogrodem. Po nieudanym (i nieuzgodnionym z dworem sułtańskim) ataku księcia siedmiogrodzkiego Jerzego II (1648-1658) Rakoczego na Polskę, został on odsunięty od władzy przez wielkiego wezyra Mehmeda paszę Köprülü, który też wyniósł na jego miejsce nie roszczącego sobie pretensji do politycznej samodzielności Akosa Barcsaya (1658-1660). Jerzy II bezskutecznie próbował odzyskać stracony tron, zaś po jego śmierci przeciw Barcsayowi wystąpił wspierany przez cesarza Leopolda I jeden z wodzów pokonanego księcia János Kemény (1660-1662). Przy pomocy wojsk cesarskich Keményemu udało się pokonać Barcsaya i zdobyć władzę, sam jednak został w niewiele czasu później jej pozbawiony interwencją ottomańską, która zmiotła również stacjonujące w Siedmiogrodzie oddziały austriackie na tronie książęcym osadzając Michała Apafiego I (1661-1690). .

Po zwycięstwie odniesionym w Siedmiogrodzie, Osmanowie kontynuowali marsz na Węgry w 1663 r. zdobywając szereg mocno ufortyfikowanych pogranicznych twierdz, wśród których znalazły się Ujvar, Wielki Waradyn, Novigrad i Nitra. Dowodzone przez Rajmunda Montecuccolego wojska austriackie skoncentrowały się na obronie rdzennych ziem austriackich Węgry wydając na pastwę najeźdźcy. Szlachtę węgierską ogarnęła panika. Jedynie na południu kraju, w Chorwacji, dzięki talentom taktycznym i operacyjnym Zrinyiego udawało się powstrzymywać ofensywę muzułmańską. Wreszcie jednak również dowodzone przez Montecuccolego połączone wojska francusko-niemiecko-austriackie odniosły zwycięstwo w sześciodniowej bitwie pod twierdzą Świętego Gottharda w sierpniu 1664 r. Chociaż jednak zwycięstwo 60-tysięcznych oddziałów cesarskich nad przeszło 100-tysięczną armią Fazyla Ahmeda paszy miało charakter przytłaczający i zmusiło muzułmanów do odwrotu, Austriacy zupełnie nie wykorzystali sukcesu zawierając pospiesznie pokój na bardzo dogodnych dla Osmanów warunkach. W położeniu politycznym Węgier wojna nic nie zmieniła.

W tej sytuacji, niechętna dworowi wiedeńskiemu szlachta węgierska starała się powiązać sprawę swego kraju bądź to z polityka króla francuskiego Ludwika XIV (Mikołaj Zrinyi, który jednak zginął na polowaniu w czasie rokowań z posłem francuskim), bądź też oprzeć się na zbliżeniu z Istambułem.

Te ostatnie sympatie były tym bardziej zrozumiałe, że na Węgrzech od XVI wieku począwszy, wielu zwolenników zdobyła reformacja. Najpopularniejszym jej nurtem okazał się być kalwinizm przyjęty na synodzie w Debreczynie w 1567 r.. Pomimo działalności kontrreformacyjnej zakonu jezuitów sprowadzonego na Węgry w 1561 r., zaś do Siedmiogrodu w 1580 r., kalwinizm zyskał sobie pozycję „religii narodowej” węgierskiej średniej i drobnej szlachty, szczególnie wielu wyznawców znajdując w zróżnicowanym etnicznie Siedmiogrodzie, zwłaszcza od czasu rządów Gábora Bethlena (1613-1629).

Tymczasem wykryty został kolejny antyhabsburski spisek na Węgrzech, zaś jego przywódcy skazani w 1671 r. przez sąd cesarski na karę śmierci. Wykrycie spisku zwanego od nazwiska swego przywódcy „spiskiem Wesseleny'ego”posłużyło Leopoldowi I za pretekst do zaostrzenia polityki wobec stanów węgierskich oraz nasilenia działań kontrreformacyjnych, to z kolei sprawiło, ze rzesze protestantów wywodzących się z chłopstwa, mieszczaństwa, pogranicznych żołnierzy zwolnionych ze służby, wielkich i drobnych obszarników wreszcie, schroniły się na terenie Siedmiogrodu by zorganizowawszy się tam, wtargnąć już w 1672 r. na teren Górnych Węgier i wzniecić tam powstanie. Toczona równocześnie przez Austrię wojna z Francją (1673-1679) umożliwiła zwanym kurucami węgierskim powstańcom dowodzonym od 1678 r. przez zdolnego dyplomatę i organizatora Emeryka Thököly, na odnoszenie licznych sukcesów.

Właśnie wówczas splotła się po raz pierwszy sytuacja wewnętrzna na Węgrzech i polityka imperialna króla polskiego Jana III. W wojnie koalicji państw europejskich z Francją i wspierająca ją Szwecją, Jan III zamierzał związać się z obozem francuskim, odzyskując tą drogą dla Polski tereny Pomorza Zachodniego i ewentualnie Śląska. Ponadto dążył król polski do wzmocnienia swojej władzy i konsolidacji państwa przez zapewnienie swemu synowi dziedziczności tronu. Prowadzić do tego miały antybrandeburski tajny układ z Francją podpisany w czerwcu 1675 r. w Jaworowie, mający podobny sens układ ze Szwecją podpisany w Gdańsku 1677 r. oraz poprowadzona w tym samym roku akcja dywersyjna przeciw Habsburgom na Węgrzech. Jan III nie tylko ułatwił kurucom zaopatrzenie w broń i rekruta, lecz także umożliwił sformowanie kilkutysięcznego oddziału pod dowództwem Hieronima Lubomirskiego, który podążył na pomoc powstańcom. Nieco wcześniej kuruce zaoferowali tron węgierski najstarszemu synowi Jana III, królewiczowi Jakubowi, z którym król polski wiązał nadzieje dynastyczne. Orientacja profrancuska władcy polskiego napotkała jednak wówczas silny sprzeciw szlachty zainteresowanej raczej odzyskaniem ziem utraconych na wschodzie w konfliktach z Wysoką Portą i z Rosją niż w urzeczywistnianiu planów dynastycznych Sobieskiego lub w przyłączaniu słabo już wówczas związanych z Polską ziem śląskich i pomorskich. Właśnie dlatego sejm 1678 r. zakazał zaciągów polskiego wojska w szeregi powstańców węgierskich, zaś stronnictwo sprzyjające wznowieniu wojny z Imperium Ottomańskim szukało wówczas w Austrii sojusznika.

Polityka węgierska Jana III uzyskała jednak dogodne warunki wznowienia po zwycięstwie wiedeńskim; pobita armia osmańska wycofała się w kierunku Jawaryna, następnie zaś do Budy, gdzie przeprowadzono jej koncentrację i skąd główne siły Kara Mustafy cofnęły się do Belgradu na leże zimowe. Na Węgrzech pozostawiono silny korpus jazdy pod dowództwem bejlerbeja Kara Mehmeda i umocnione załogi twierdz pozostających w rekach Osmanów, wśród nich zaś Ujvaru i Ostrzychomia. Król polski planował tymczasem kontynuowanie działań zaczepnych jeszcze przed nastaniem zimy i uderzenie prosto na Budę by tam ostatecznie zniszczyć armię ottomańską. Miało to umożliwić Janowi III opanowanie środkowych Węgier, wzdłuż biegu Cisy i Dunaju, co w połączeniu z kontrolowanymi przez kuruców terenami na wschód od Nitry dawałoby mu dogodną pozycję do zabiegania o zjednoczenie pod swym berłem całych Węgier. Scenariusz taki był tym bardziej prawdopodobny, że jesienią 1683 r. stosunki pomiędzy kurucami a Polakami stały się bodaj najbliższe, zaś przywódcy kuruców, w tym sam Emeryk Thokoly, słali do króla polskiego poselstwa z zapewnieniami poddaństwa i posłuszeństwa, sami Węgrzy natomiast licznie zaciągali się pod królewskie sztandary. Opanowanie środkowych Węgier i zapewnienie dziedziczenia węgierskiego tronu królewiczowi Jakubowi, wzmocniłoby szanse tegoż na objęcie także tronu polskiego, zaś przed polityką połączonych osobą wspólnego władcy królestw otworzyłoby perspektywy oddziaływania w kierunku Siedmiogrodu, Banatu, następnie zaś także Wołoszczyzny, Mołdawii, Budziaku i całych Bałkanów wraz z wybrzeżem czarnomorskim, które mogłyby zostać wówczas wyzwolone spod władzy sułtańskiej i zorganizowane w zgodzie z interesami i koncepcjami polskimi.

Kłóciły się te plany z koncepcjami geopolitycznymi cesarza Leopolda I dążącego do stłumienia powstania kuruców i podporządkowania sobie siłą całych Węgier, zaś następnie skierowania ekspansji w górę rzeki Morawy, ku Serbii. Będąc świadomym słabości zaplecza gospodarczego i finansowego polskich sił, cesarz Leopold pragnął odciągnąć je od ofensywy na środkowe Węgry i skierować ku północy, tak by nie osiągnąwszy założonych celów politycznych, Jan III musiał się wycofać w granice swego królestwa. Równocześnie, kręgi dworskie Wiednia zaczęły sondować możliwość jednostronnego ułożenia się z Osmanami. Obawiając się podpisania przez Austrię separatystycznego pokoju, który pozostawiłby Polskę osamotnioną w obliczu wciąż silnego i władającego Podolem aż po Dniepr Imperium Osmańskiego, król polski zdecydował się kontynuować wojnę według sugestii austriackich, byleby tylko nie dopuścić do pacyfikacji austriacko-osmańskiej i izolacji politycznej swego państwa.

Po zakończeniu wzmiankowanej kilka akapitów wyżej kampanii, w toku której przełomem okazała się być druga bitwa pod Parkanami stoczona 9 października i zakończona rozbiciem korpusu Kara Mehmeda oraz zdobyciem twierdzy przez połączone siły chrześcijańskie pod dowództwem Jana III, jednostki austriackie miały udać się na leże zimowe w zachodniej Słowacji, podczas gdy mocno już stopniała armia polska w Słowacji wschodniej. Plany króla zakładały wznowienie działań na węgierskim teatrze wojny wiosną następnego roku, wyparcie Osmanów daleko na południe lub zmuszenie ich do podpisania dogodnego układu pokojowego, w konsekwencji zaś wzmocnienie znaczenia polityki polskiej na Węgrzech. Zamiary te pokrzyżowali hetmani wielki litewski Kazimierz Sapieha oraz polny Jan Ogiński dowodzący 10-tysięcznym korpusem wojsk litewskich, którzy nie zdążywszy stawić się pod Wiedniem zaś 4 października 1683 r. na rozkaz królewski przekroczyli ze swym wojskiem granicę węgierską by połączyć się z armią polską. Pojawienie się tak licznych wojsk mogło znacząco wpłynąć na sytuację operacyjną na Słowacji paraliżując garnizony twierdz osmańskich i wpływając na postawę kuruców. Z tymi ostatnimi, po odrzuceniu przez Leopolda I żądań wysuniętych przez Thokoly'ego, Jan III prowadził negocjacje w sprawie zawiązania unii polsko-węgierskiej. Ze względu na niezdecydowanie strony polskiej negocjacje od początku szły bardzo opornie, jednak wejście armii litewskiej, która na wyraźną sugestię niechętnych królowi magnatów zaczęła grabić i plądrować Orawę i przyległe tereny słowackie, doprowadziło do ostatecznego zerwania rozmów przez stronę węgierską zaś wśród ludności słowackiej roznieciło nastroje antypolskie. Wyczerpane i pozbawione perspektyw politycznego sukcesu oddziały królewskie, targane na domiar złego obstrukcją hetmanów i towarzyszących wojsku senatorów, w grudniu powróciły w granice Polski.

Niepowodzenie planów królewskich z 1683 r. w zasadzie przekreśliło szanse związania Węgier z Polską, dalsze zaś posunięcia polskie wymierzone w Imperium Ottomańskie skierowane były ku południowemu wschodowi a więc Podolu, Jedysanowi, Budziakowi i Mołdawii. Wyparty politycznie i strategicznie z Węgier, nie rezygnował król polski z ekspansji na południe oraz ze starań o tron książęcy dla swojego syna, tym razem jednak kierunek jego polityki, inaczej niż w przypadku wcześniejszego zainteresowania Prusami i Śląskiem oraz kierunku węgierskiego – przynajmniej do czasu – zgodny był z zainteresowaniami szlachty.

Początki konfliktów w tym regionie sięgały połowy lat 60-tych, gdy w miarę pomyślnego dla Stambułu dobiegania końca walk z Wenecją o Kretę, zaktywizował on swoją politykę wobec Ukrainy, na prawa do której mógł powoływać się od czasu poddania mu tego kraju przez Bohdana Chmielnickiego w 1650 r. Gdy więc w 1666 r. sułtan usunął z tronu krymskiego przychylnego Rzeczypospolitej chana Mohammeda Gereja, jego następca wszedł w porozumienie z hetmanem kozaków lewobrzeżnej Ukrainy Piotrem Doroszenką, po czym połączone siły tatarsko-koazackie zmiotły jesienią tego roku wojska koronne stacjonujące na Naddnieprzu. W następnym roku, siły kozackie i tatarskie podjęły uderzenie na Lwów, jednak zatrzymane zostały pod Podhajcami, gdzie na czele ośmiotysięcznych oddziałów polskich stawił im czoła ówczesny hetman koronny a przyszły król polski Jan Sobieski. Po dwóch tygodniach bezskutecznie powtarzanych szturmów, w sytuacji gdy obecność wojsk koronnych pod Podhajcami zagrażała szlakom zaopatrzeniowym atakujących, Tatarzy zdecydowali się odnowić przymierze z Polską, zaś kozacy Doroszenki uznać na powrót zwierzchnictwo polskiego monarchy. Zbiegło się to z abdykacją Jana Kazimierza (1648-1668), po którym na tron polsko-litewski wstąpił syn osławionego wodza z czasów wojen kozackich Jeremiego Wiśniowieckiego, nieudolny w najwyższym stopniu Michał Korybut Wiśniowiecki (1669-1674).

Pod panowaniem nowego władcy wzmogły się walki frakcyjne i zamęt na Ukrainie, gdzie Piotr Doroszenko nie ustawał w zabiegach by zjednoczyć pod swą władzą hetmańską prawo- i lewobrzeżne Naddnieprze. Wysunięta przez niego propozycja związania z Rzeczpospolitą całej Ukrainy, jednak poprzez nadanie jej niemal zupełnej niezależności, została odrzucona z inspiracji podkanclerzego Andrzeja Olszowskiego, po czym Doroszenko pozbawiony został buławy hetmańskiej przekazanej wygodniejszemu dla strony polskiej lecz zupełnie pozbawionemu posłuchu wśród kozaków Michałowi Chanence. Doroszenko odwołał się wówczas do pomocy Tatarów i Osmanów, jednak ofensywa tatarska podjęta w 1671 r. rozbita została w dwóch kolejnych bitwach przez Sobieskiego, zaś sam Doroszenko wyparty z Bracławszczyzny. W następnym roku Imperium Osmańskie oficjalnie wypowiedziało wojnę Rzeczypospolitej, po czym padyszach Mehmed IV wkroczył na czele blisko 200 tysięcznej armii osmańsko-tatarskiej na Podole, szybko zajmując broniony przez nieledwie tysiąc osobową załogę Kamieniec. Trzon sił sułtańskich rozpoczął następnie marsz ku Lwowowi, podczas gdy czambuł tatarski pustoszył kraj aż po rzekę San. Rzeczpospolita nie miała wystarczająco licznych sił by przeciwstawić się najazdowi sułtańskiemu (choć przeciw Tatarom skutecznie kontratakował spod Krasnegostawu na południe Jan Sobieski), stąd już w październiku 1672 r. podpisano w Buczaczu rozejm. Warunki tegoż były dla strony polskiej upokarzające i na dłuższą metę niemożliwe do utrzymania przekazując Osmanom województwo podolskie wraz z Kamieńcem, a także bracławskie i pozostałą przy Polsce część kijowskiego (były to rozległe ziemie rozciągające się pomiędzy środkowym Dniestrem a środkowym Dnieprem, pod obydwu stronach Bohu, na północ od granicy z Jedysanem, zaś na południe od rzeki Roś). Już w następnym roku sejm odmówił ratyfikowania traktatu i uchwalił wysokie podatki na wystawienie 50-tysięcznej armii, na czele której Jan Sobieski wkroczył wkrótce do Mołdawii i zadał tam dotkliwą klęskę Osmanom niszcząc w listopadzie 1673 r. pod Chocimiem 30-tysięczny korpus ich wojsk pod dowództwem Husejna baszy. Zwycięstwo nie zostało jednak przez stronę polską zagospodarowane, gdyż po wypowiedzeniu posłuszeństwa przez hetmana litewskiego Michała Paca, Sobieski zmuszony był zrezygnować z planowanej akcji na Dunaj po czym wycofać swoje siły.

Talent wojskowy Sobieskiego zadecydował o wyniesieniu go na tron polski zaraz po śmierci Michała Korybuta. Panując jako Jan III kontynuował walkę przeciw Osmanom. Już w 1674 r. podejmuje uderzenie na bracławszczyznę odciążając wojska rosyjskie opierające się oddziałom osmańskim idącym na odsiecz obleganemu przez Rosjan w Czechryniu Doroszence i zarazem podporządkowując sobie to województwo. W 1675 r. niszczy idące na Lwów wojska tatarskie podczas gdy załoga broniąca się w Trembowli powstrzymuje główne siły osmańskie do czasu nadejścia królewskiej odsieczy, na wieść o której oblężenie zostaje zwinięte zaś ofensywa zaniechana. Wreszcie w 1676 r. spada na Pokucie najazd osmański kierowany przez Ibrahima Szejtana, odparty pod Żurawnem przez dwukrotnie mniejsze siły Jana III. Zawarty po dwóch tygodniach oblężenia, przy pośrednictwie francuskim rozejm, pozostawiał przy Wysokiej Porcie wszystkie ziemie zdobyte przez nią w 1672 r.

W związku z niespełnionymi nadziejami polskimi na poprawę stosunków polsko-rosyjskich po rozejmie w Andruszowie, zakończenie wojny z Osmanami próbowano wykorzystać do zbliżenia politycznego z Istambułem. Z misją dyplomatyczną do wielkiego wezyra udał się wojewoda chełmiński Jan Gniński nie zyskawszy jednak niczego ponad formalne zrzeczenie się haraczu, do wypłacania którego Rzeczpospolita zobowiązała się rozejmem buczackim, lecz faktyczne zwolnienie z którego wywalczyła już do czasu rozejmu żórawińskiego. Pozostałe postanowienia ratyfikowanego ostatecznie w 1678 r. traktatu mówiły o przekazaniu Polsce Pawołoczy i Białej Cerkwi, podczas gdy strona polska miała zobowiązać się do niepopierania żadnego z nieprzyjaciół sułtana, podobnie jak do nieudzielania schronienia żadnemu z jego zbuntowanych poddanych z Siedmiogrodu, Mołdawii lub Wołoszczyzny. W tej sytuacji, Polska ponowiła (po raz pierwszy podjętą po rozejmie w Andruszowie) próbę zbliżenia z Rosją, jednak wysłana w tym celu do Moskwy w 1679 r. misja dyplomatyczna referendarza litewskiego Cypriana Brzostowskiego zakończyła się całkowitym niepowodzeniem. Z kolei późniejszy o dwa lata traktat rosyjsko-osmański stał się dowodem zdecydowania Rosji do pozostania przy swych zdobyczach na Rzeczypospolitej z lat 1654-1667. Istniała jednak jeszcze jedna możliwość wzmocnienia się wobec Imperium Ottomańskiego, mianowicie przez sojusz z Austrią, któremu cesarz Leopold I stał się szczególnie przychylny po poddaniu się przez powstańców Thokoly'ego protekcji osmańskiej i zajęciu Strasburga przez Francję w 1681 r. Dyplomacja wiedeńska starająca się o przymierze zaczepno-obronne z Polską znalazła zrozumienie u Jana III obawiającego się konsekwencji geopolitycznych, jakie dla Polski miałoby opanowanie całych Węgier a być może także Czech i Austrii przez Osmanów.

Podczas wyprawy wiedeńskiej Jana III, na jesieni 1683 r. Podole stało się pobocznym teatrem wojny polsko-osmańskiej. W końcu września, kasztelan Andrzej Potocki wyruszył przeciw nieprzyjacielowi na czele kilkunastu chorągwi jazdy wyzwalając Jazłowiec zaś niebawem łącząc swe siły z niewielką grupą jazdy stolnika bełskiego Andrzeja Sierakowskiego, który wcześniej rozbił silną eskortę osmańską osłaniająca transport żywności dla Kamieńca Podolskiego i zdobył sam transport. Następnie Polacy gromią pustoszący Wołyń zagon tatarski, rozbijają nowe posiłki zmierzające do Kamieńca, wreszcie odbierają Osmanom szereg miejscowości na Podolu tak iż ich załogi ostają się jedynie w Kamieńcu Podolskim, w Barze i Międzybożu. Przeciw władającemu z ramienia sułtana terenami między Dniestrem a Dnieprem hospodarowi mołdawskiemu Jerzemu Duce wybucha powstanie czerni ukrainnej, zaś mianowany przez króla hetmanem kozackim nobilitowany szlachcic Kunicki mobilizuje kozaków do walki z Portą, odbiera jej Niemirów, Bar i Międzybóż, do końca listopada zaś podporządkowuje sobie wszystkie ziemie nad Dniestrem i wprowadza swoje wojska do Mołdawii. Wraz z nim do kraju nad Prutem i Seretem wkroczył obalony przed laty a znajdujący poparcie na dworze polskim hospodar Stefan Petryczejko (1672-1674, 1684). Wzywając Mołdawian do walki z Osmanami i ich lennikiem Duką znalazł szerokie poparcie , zaś połączone siły polsko-kozacko-mołdawskie szybko wyzwoliły całe księstwo i w grudniu ruszyły na Budziak by zniszczyć tamtejsze koczowiska ordy tatarskiej pustoszącej w minionych latach zarówno Mołdawię, jak Podole i Ukrainę. 5 grudnia wojska Kunickiego pobiły doraźnie zorganizowane siły tatarskie, następnie spustoszyły siedziby ordy, jednak już na początku stycznia poniosły porażkę w bitwie pod Janyk Hissar nad Dniestrem ze strony powracających spod Wiednia na Krym sił Hadży Gereja. Kunicki pod osłoną taboru wycofał się do Jass, następnie zaś, po przejściu Mołdawian na stronę Tatarów, przekroczył Dniestr i uszedł na Ukrainę. Osamotniony Petryczejko zwrócił się o pomoc do polskiego króla, ten jednak, rozłożony ze swym wojskiem na leżach zimowych, nie mógł jej udzielić. W lutym 1684 r., po przejściowych sukcesach, Petryczejko uległ połączonemu uderzeniu osmańsko-tatarskiemu na Mołdawię i uciekł do Polski, podczas gdy na tronie w Jassach osadzony został posłuszny Wysokiej Porcie Dymitr Cantacuzino (1674-1675, 1684-1685) . W kwietniu tego samego roku, połączone siły osmańsko-tatarskie uderzyły na Podole wzmacniając załogę Kamieńca oraz odbierając Polakom wiele twierdz zdobytych przez nich w kampanii jesiennej poprzedniego roku.

Pozornie niewiele politycznie znacząca awantura mołdawska zwróciła uwagę króla i szlachty na to księstwo. Stosunkowo łatwe opanowanie Mołdawii obudziło wśród dowódców polskich przekonanie, że kraj ten można będzie przekształcić w buforowe i poddane protekcji polskiej państewko, odgraniczające Rzeczpospolitą od bezpośredniego najazdu osmańskiego od południa. Król Jan III liczył z kolei na tron hospodarski dla swojego syna zwiększający jego szanse elekcji w Polsce. Plany te nałożyły się na powojenny entuzjazm szlachty pragnącej nie tylko wyzwolenia spod despotii osmańskiej terenów południowo-wschodniej Europy ale też Grobu Pańskiego w Palestynie. Jan III, będąc przekonanym że tylko dalsze błyskotliwe sukcesy militarne zapewnią dostateczne poważanie jego rodowi by wynieść na tron królewski Jakuba, parł nie tylko do wyzwolenia Podola i Ukrainy, lecz także Mołdawii i Wołoszczyzny oraz oparcia granic na Morzu Czarnym i Dunaju by z tej pozycji walczyć o wpływy na Węgrzech.

Dla przeprowadzenie swoich planów poczynił król szeroko zakrojone staranie dyplomatyczne; w styczniu dla idei wojny z Imperium Ottomańskim pozyskał Wenecję, 5 marca 1684 r. w Linzu podpisano zaś układ polsko-wenecko-austriacko-papieski o powołaniu Ligi Świętej do wojny z Osmanami. Zgodnie z poczynionymi ustaleniami, Polska miała zdobyć uznane za jej strefę wpływów Mołdawię i Wołoszczyznę, Austria zająć Węgry, gdy tymczasem Wenecja opanować miała Moreę i Kretę, zaś jej flota odciąć Istambuł od odstaw żywności i blokować wybrzeża Azji Mniejszej.

Przedmiotem zabiegów dyplomatycznych stała się także rządzona przez regentkę Zofię i jej faworyta kniazia Wasyla Golicyna (formalnie pod panowaniem carów Iwana i Piotra) Rosja. Golicyn, zdając sobie doskonale sprawę z korzyści jakie może przynieść Rosji klęska Osmanów pod Wiedniem, warunkiem włączenia się do Ligi Świętej czynił ostateczna zgodę Polski na zatrzymanie Kijowa oraz wszystkich ziem zdobytych na niej przez Rosję w latach 1654-1667. Takie stanowisko przedstawione zostało posłom cesarza Leopolda I, w odpowiedzi na co, dyplomacja austriacka i papieska poczęły wywierać nacisk na Jana III (również za pośrednictwem jego spowiednika ojca Voty), by ten zgodził się na warunki rosyjskie. Po dwóch latach żmudnych negocjacji prowadzonych w Andruszowie, w czasie których delegacja rosyjska nie zgodziła się na żadne ustępstwa, polskie poselstwo z wojewodą poznańskim Krzysztofem Grzymułtowskim udało się do Moskwy, gdzie 6 maja 1686 r. podpisany został „wieczny pokój”, zgodnie z warunkami którego, Polska godziła się na pozostanie w granicach Rosji ziem smoleńskiej, siewierskiej i czernichowskiej, kilku znaczących twierdz w witebskiem oraz Kijowa wraz z okręgiem. Pod wyłączne wpływy Moskwy przechodziło Zaporoże pozostające dotychczas kondominium polsko-rosyjskim (zgodnie z postanowieniami kończącego wojnę rosyjsko-osmańską traktatu w Bakczysaraju z 1681 r. nominalnie będące pod władzą sułtana). Można chyba pokusić się o stwierdzenie, że „pokój Grzymułtowskiego” był bodaj największą strategiczną polską klęską polityczną tamtych czasów przesądzając – jak się miało okazać ostatecznie – na korzyść Rosji rywalizację o preponderencję w Europie Wschodniej.

Król polski poczynił też szereg starań o pozyskanie przychylności władców Europy Zachodniej oraz pozaeuropejskich sąsiadów Imperium Osmańskiego. Poselstwa wysłano między innymi do Arabii, Abisynii, Indii i Persji. Było to o tyle uzasadnione, że XVII-wieczne Imperium Ottomańskie rozciągało swe granice na ogromnej przestrzeni wokół Morza Czarnego, Azowskiego, Egejskiego, Adriatyckiego, wschodniej części Śródziemnego, wreszcie wokół Morza Czerwonego sięgając też Zatoki Perskiej zaś przejściowo także Morza Kaspijskiego. W granicach państwa Osmanów znalazły się dorzecza tak znaczących geopolitycznie rzek jak Nilu w jego dolnym biegu, nawadniających Mezopotamię i Kurdystan Eufratu i Tygrysu, uchodzących do Morza Kaspijskiego i nawadniających Gruzję, Armenię, Azerbejdżan i Szyrwan Araksu i Kury, ponadto zaś ujścia w zasadzie wszystkich rzek wpadających do Morza Czarnego a więc Kubania, Donu, Dniepru, Bohu, Dniestru i Dunaju wraz z jego dopływami w średnim i dolnym biegu, spośród których za znaczące można uznać Cisę, Maruszę, Seret i Prut. Posiadłości te nie tylko pozwalały Osmanom kontrolować życie gospodarcze wielu różnorodnych krain i ludów, ale też czyniły ich niekiedy uciążliwym sąsiadem organizmów politycznych konkurujących z Wysoką Portą o wpływy i panowanie w różnych regionach świata. Świadomość tego faktu skłoniła króla polskiego do próby pozyskania dla Ligi Świętej sojuszników zarówno w Europie, jak też w Azji i Afryce.

Najpoważniejszy charakter przybrały zabiegi dyplomatyczne króla wobec Persji pozostającej wówczas pod panowaniem Sulejmana I (1666-1694) Do Isfahanu kilkakrotnie jeździł Syryjczyk znany w Polsce jako Konstanty hr. de Siri-Zgórski, następnie zaś Ormianin Teodor Mironowicz, żadnemu jednak nie udało się przekonać perskiego szacha do wzięcia udziału w wojnie przeciw tradycyjnemu rywalowi Persji (niewykorzystanie przez Persję słabości Osmanów po bitwie pod Wiedniem odbiło się niekorzystnie na stosunkach obydwu państw umożliwiając opanowanie przez drugie z nich na początku XVIII wieku takich krajów spornych jak Luristan, Azerbejdżan, wschodnia Gruzja i Szyrwan).

Wszystkie działania dyplomatyczne, zarówno Polski jak i równolegle podejmowane przez Rosję, zakończyły się ostatecznie niepowodzeniem i w wojnie wzięli udział jedynie „członkowie-założyciele” Świętej Ligi oraz Rosja.

Ze strony polskiej wojna rozpoczęła się w sierpniu 1684 r. gdy król na czele 22-23 tysięcy żołnierzy wyruszył na Podole wyzwalając wkrótce Jazłowiec i docierając nad Dniestr. Wtedy jednak w obozie polskim pojawiła się opozycja przeciwko królewskim planom uderzenia na Mołdawię, zarazem zaś powiększeniu uległy siły osmańskie, podczas gdy oddziały polskie były nękane przez głód i choroby. Nie doczekano się także pomocy ze strony walczących na Węgrzech sił austriackich, gdyż te utknęły pod Budą, zarazem zaś Leopold I nie zamierzał respektować ustaleń uznających Mołdawię i Wołoszczyznę za strefę wpływów polskich i pragnął ich przyłączenia do posiadłości habsburskich. W tej sytuacji zarządzono odwrót nie osiągnąwszy granic księstw naddunajskich. Również podjęta w następnym roku wyprawa hetmana Jabłonowskiego zakończyła się niepowodzeniem. Kluczowa dla rozwiania się szans na włączenie pod wpływy polskie księstw naddunajskich okazała się jednak dopiero wyprawa Jana III podjęta w 1686 r. na czele blisko 36 tysięcy żołnierzy. Nękana wojną szarpaną przez nieliczną partyzantkę mołdawską i tatarską, maszerując w trudnych warunkach terenowych i wśród niespotykanej posuchy, armia królewska wkrótce wycofała się nie zdoławszy rozbić broniących kraju sił bejlerbeja sylistryjskiego Mustafa paszy.

W okresie polskich wypraw, Mołdawia toczona była przez zacięta rywalizację zorientowanego na Polskę rodu Costinów oraz pozostającego przy Imperium Ottomańskim rodu Rosetich. Początkowo, w 1685 r. górę wzięło stronnictwo propolskie, gdy pod jego naciskiem hospodar Konstanty Cantemir (1685-1693) powołał na stanowisko kanclerza przewodniczącego tej frakcji Mirona Costinę, jednak po niepowodzeniu drugiej wyprawy Jana III przewagę uzyskał ród Rosetich i Cantemir zdecydował się pozostać przy Istambule. Również hospodar wołoski Serban Cantacuzino (1678-1688) zainteresowany był poddaniem swego kraju wpływom polskim i choć żaden z władców księstw naddunajskich nie poparł otwarcie Jana III w 1686 r. obawiając się jego planów dynastycznych (oznaczających wszak detronizację książąt), to jednak wysoko rozwinięta kultura polskiego Baroku oraz popularność stanowych wolności szlacheckich, czyniła zarówno z Mołdawii jak i Wołoszczyzny dogodny teren polskiej ekspansji politycznej, zaś stany tamtejsze i władców przychylnymi Polsce. Zmieniać się to poczęło dopiero w 1686 r., kiedy to Cantacuzino nawiązał kontakty z dworem wiedeńskim i zaoferował mu uznanie cesarskiego zwierzchnictwa w zamian za zgodę Austrii na przejęcie przez niego władzy absolutnej i dziedzicznej w Wołoszczyźnie oraz przyłączenie do niej Banatu. Leopold I odmówił, wobec czego Cantacuzino podjął próbę zbliżenia politycznego z Rosją. Jego następca, Konstantyn Brincoveanu (1688-1714), zaniepokojony rosnącymi wpływami austriackimi, wezwał na pomoc wojska tatarskie, z których pomocą wyparł Austriaków z granic księstwa. Brincoveanu popierał także wiernych Osmanom powstańców Thokoly'ego, gdy jednak przekonał się o słabnięciu Imperium Ottomańskiego, nawiązał bliższe kontakty z carem Piotrem I. Nie udało się także stronie polskiej pozyskać przychylności panującego w Siedmiogrodzie księcia Michała Apafiego, ostateczny zaś kres istnieniu stronnictwa propolskiego w Mołdawii położyła śmierć jego przywódcy Mirona Costiny, straconego przez zwolenników Wysokiej Porty w 1691 r., po niepowodzeniu kolejnej wyprawy Jana III do tego kraju.
Założonego celu nie przyniosła również wyprawa królewicza Jakuba na Kamieniec Podolski w 1687 r, które to niepowodzenie skłoniło skądinąd króla polskiego do próby wyprowadzenia Rzeczypospolitej z Ligi Świętej. W prowadzonych w 1689 r. negocjacjach strona polska zażądała przekazania jej Podola wraz z Kamieńcem, przesiedlenia Tatarów do Azji, przyłączenia Mołdawii i Wołoszczyzny oraz części stepów czarnomorskich. W swoich roszczeniach rumuńskich, Jan III napotkał jednak przeciwdziałanie dworu wiedeńskiego, gdzie planowano poddanie obydwu księstw zwierzchności habsburskiej. Ostatecznie rokowania zostały zerwane, zaś zgoda cesarza Leopolda I na małżeństwo królewicza Jakuba ze spokrewnioną z Habsburgami księżniczką neuburską Jadwigą Eleonorą zadecydowała o pozostaniu Rzeczypospolitej w Lidze Świętej i podjęciu wspomnianej już wyprawy na Mołdawię w 1691 r. Wycofując się i w tym roku z Mołdawii, Polacy zdołali jedynie pozostawić swe załogi w kilku zdobytych twierdzach. W rok później pojawiła się kolejna szansa zakończenia wojny, gdy poseł tatarski zaproponował w imieniu chana i sułtana pokój na warunkach zakładających zwrot Polsce wszystkich ziem zagarniętych w 1672 r. Sejm na którym miano rozpatrzyć tą propozycję został jednak w styczniu 1693 r. zerwany przez przekupionych przez Wiedeń stronników austriackich, zaś sułtan wycofał się ze swoich propozycji i Rzeczpospolita musiała kontynuować wojnę. Ostatnia polska wyprawa na Mołdawię miała miejsce już po śmierci Jana III (zm. 17 czerwca 1696 r.), za panowania Augusta II (1697-1704, 1709-1733) w 1698 r. Doskonale przygotowana kampania skończyła się jednak nie dalej niż pod Podhajcami, zarazem zaś w styczniu kolejnego roku podpisany został pokój kończący wojnę Ligi Świętej z Imperium Ottomańskim. Polska na mocy jego postanowień odzyskała Bracławszczyznę i Podole z Kamieńcem.

Przyczyn niskiej skuteczności wysiłków militarnych Rzeczypospolitej przedsiębranych już po bitwie wiedeńskiej należy upatrywać w słabości gospodarczej i organizacyjnej państwa. Już podczas przygotowywania kampanii wiedeńskiej zaplecze finansowe armii musiano początkowo improwizować z prywatnych zasobów króla, magnackich dowódców i subsydiów cesarskich i papieskich. W toku kampanii król kilkakrotnie musiał zmagać się z magnacką opozycją we własnym obozie, zaś obstrukcja dowódców armii litewskiej, która dołączyła do królewskiej jesienią 1683 r. na Słowacji, była oczywista. Niewydolność finansowa państwa, słabość hierarchii dowódczej oraz powodująca uzależnienie od armii austriackiej strukturalna asymetria sił polskich, w których największy udział miały husaria i różne rodzaje jazdy, uniemożliwiły Janowi III realizację jego ambitnej węgierskiej i rumuńskiej strategii. Można się w tym kontekście zastanawiać, czy zaniechanie przez króla tych planów i natychmiastowe podpisanie po zakończeniu kampanii wiedeńskiej odrębnego układu pokojowego z Osmanami, wymuszającego na pobitym przeciwniku zwrot ziem utraconych na Podolu i Ukrainie, nie byłby dla Polski korzystniejszy chroniąc ją przed udziałem w uciążliwej, ciągnącej się 15 lat wojnie ? Niewykluczone, że tak właśnie by było, jednak czy ówczesna sytuacja międzynarodowa, w której potężne do niedawna Imperium Ottomańskie poniosło tak dotkliwą klęskę, gdy skierowały się przeciw niemu równocześnie wojska Wenecji, Austrii, następnie zaś Rosji i gdy ludy bałkańskie burzyły się przeciw jego władzy zwracając zarazem swe nadzieje ku Polsce, nie uzasadniała bardziej ofensywnej postawy ? Chyba jednak uzasadniała i właśnie dlatego, rozległość imperialnej perspektywy Jana III należy pochwalić, podczas gdy źródeł niepowodzeń upatrywać w strukturalnej i instytucjonalnej słabości szlacheckiego państwa stanowego.

Na koniec warto wskazać jeszcze faktyczne skutki geopolityczne wyprawy wiedeńskiej. Austria już w 1686 r. zdobyła Budę, w 1687 r. jej wojska rozbiły Osmanów pod Mohaczem, w 1688 r. zdobyły Belgrad, w 1689 r. pokonały ponownie siły osmańskie pod Niszem. Wobec sukcesów wojsk austriackich sejm węgierski obradujący w Pozsony w latach 1687-1688 zrzekł się prawa elekcyjności tronu i prawa do rokoszu uznając zarazem dziedziczną władzę Habsburgów w kraju. W tym samym 1687 r. Józef Habsburg, najstarszy syn cesarza Leopolda rozpoczął panowanie na Węgrzech (oraz w Czechach) jako Józef I (1687-1711). Tak więc Węgry, zamiast znaleźć się w orbicie wpływów polskich, przeszły pod trwałą władzę Habsburgów, którzy wyzwalając w 1716 r. Banat, zjednoczyli ostatecznie pod swym berłem wszystkie ziemie Królestwa. Granica posiadłości austriackich na początku XVIII wieku oparta więc była na Dunaju na południu (za wyjątkiem należącej do Habsburgów przejściowo w latach 1718-1739 Serbii), na Alucie zaś i na paśmie Karpat na wschodzie. Granica posiadłości habsburskich z Polską uległa więc wydłużeniu obejmując od tej pory także Górne Węgry i Księstwo Siedmiogrodzkie aż po Bukowinę (przyłączoną przez Habsburgów w 1775 r.). Niekorzystnemu wydłużeniu uległa także przejściowo granica polsko-rosyjska, Rosja bowiem, pomimo niepowodzeń dwóch kolejnych wypraw księcia Golicyna w 1687 i 1689 r. (za pierwszym razem wojska rosyjskie nie zdołały sforsować spalonego przez Tatarów stepu, za drugim nie udało im się zdobyć położonej u nasady Półwyspu Krymskiego twierdzy w Perekopie), dzięki śmiałości Kozaków dońskich zdobyła w 1696 r. Azow, zaś w traktacie karłowickich przyłączyła zarówno ten port jak i całe Zaporoże (utrzymane do 1711 r.) uzyskując też prawa żeglugi na Morzu Czarnym. Rosja uzyskała więc ujście Donu i środkowy bieg Dniepru sięgając aż po Targowicę i Czerkasy, uzyskując tym samym dogodne pozycje do ekspansji zarówno kosztem Rzeczypospolitej jak i Chanatu Krymskiego.


Ronald Lasecki

czwartek, 17 grudnia 2009

Aleksander Rembowski jako konserwatywny jurysta

Prawica posiada w Polsce bogatą tradycję intelektualną, jednak w znacznej mierze zaniedbaną i często niedocenianą przez jej współczesnych adherentów. Gdy ci wolą kierować swą uwagę ku cudzoziemskim autorom i nurtom – niejednokrotnie pod wpływem środowiskowych mód – oryginalna spuścizna wielu rodzimych prawicowych myślicieli pozostaje w zapomnieniu, pogłębiającym się z upływem czasu.

Do szeregu zapoznanych dziś polskich zachowawców należy niewątpliwie dr Aleksander Rembowski (1847-1906), kierownik Biblioteki Ordynacji Krasińskich. Na tle życia umysłowego w Polsce popowstaniowej, dotkliwie wyjałowionego przez pozytywizm z jego postępowymi ideałami, ten wykształcony w Heidelbergu prawnik objawił się jako konserwatywny analityk prawa oraz idei i instytucji politycznych, wyróżniający się wnikliwością. Swe poglądy wykładał w pracach poświęconych znaczeniu poszczególnych instytucji, jak „O gminie, jej organizacji i stosunku do państwa” (1873) czy „Izby wyższe i arystokracja nowożytna” (1894), historii myśli politycznej, jak „Jan Ostroróg i jego memoriał o naprawie Rzeczypospolitej wobec historii prawa i nauki politycznej” (1884), a zwłaszcza historii ustroju Polski, jak „Konfederacja i rokosz. Porównanie stanowych konstytucji państw europejskich z ustrojem Rzeczypospolitej Polskiej” i „Przyczynek do dziejów konstytucyjnych Księstwa Warszawskiego. Studium historyczno-polityczne” (obie z 1896 r.). Niestety, po dziś dzień żadne z pism Rembowskiego nie doczekały się wznowienia. Niniejszy artykuł stanowi skromną próbę przypomnienia idei zawartych w dorobku prawicowego jurysty.

U podstaw filozofii politycznej warszawskiego zachowawcy leżała, mocno przezeń eksponowana, organiczna teoria państwa. Rembowski traktował państwo jako przenikniętą życiem całość o złożonej, nieprzypadkowej strukturze wewnętrznej, składającą się ze zróżnicowanych, nierównych sobie, lecz ściśle współzależnych (należałoby raczej powiedzieć: zrośniętych) części, z których każda, spełniając sobie właściwe funkcje, pozostaje niezbędna dla wszystkich pozostałych i dla bytu całości. Postrzegając państwo jako organizm, autor „Konfederacji i rokoszu” radykalnie odrzucał racjonalistyczną filozofię europejskiego „oświecenia”. Stosunek oświeceniowych intelektualistów do wspólnoty politycznej odznaczał się konstruktywizmem – przekonaniem, że ludzki rozum może dowolnie zmieniać istniejący ustrój państwowy lub zlikwidować go i zaprojektować zupełnie nowy, że tradycja nie powinna go w tym wcale ograniczać, a wręcz przeszkadza mu ona w dokonywaniu postępowych zmian na lepsze. Oświeceniowcy popierali tedy niekrępujące się tradycją (a zwykle ją zwalczające) rządy oświeconego absolutyzmu. Lubili porównywać państwo nie do organizmu, lecz do jego przeciwieństwa – mechanizmu, a zasady jego działania – do praw fizyki, wykorzystywanych przy budowie i przerabianiu państwa tak samo, jak każdej innej maszyny. Ich sposób myślenia, prowadzący do pochwały inżynierii społecznej, kontynuowali w XIX wieku pozytywiści; niektórzy z nich opisywali wręcz politykę jako „fizykę społeczną”. Rembowski stał na antypodach tych modernistycznych wyobrażeń. Zakładał, jak wszyscy prawdziwi konserwatyści, że do badania natury państw i społeczeństw należy stosować w pierwszym rzędzie nauki historyczne, a nie efekciarski żargon naśladujący nauki ścisłe. Podstawowy błąd racjonalistów-nowinkarzy dostrzegał w uznaniu społeczności za zbiór „jednostek” – niczym ze sobą niepowiązanych atomów. Państwo w ich opinii nie mogło wyrastać naturalnie ze społeczeństwa (bo nie miałoby z czego, skoro społeczeństwo nie istniało jako całościowa struktura). Mogli je więc uważać wyłącznie za konstrukcję – rzecz sztuczną, oddzielną od społeczności ludzkiej – co pozwalało przedstawiać je jako „maszynerię działającą ślepo lub mającą swe własne, absolutne zachcianki”. Powstanie państwa musiała więc, wedle ich rozumowania, poprzedzać decyzja ludzi-atomów o jego założeniu, powzięta drogą dobrowolnej umowy. Rok 1789 uzupełnił ukutą w ciemnym wieku „oświecenia” mechanistyczną i konstruktywistyczną koncepcję państwa o ideologię „umowy społecznej”. Warszawski zachowawca odrzucał ideowe podstawy Wielkiej Rewolucji Antyfrancuskiej – zarówno „wybujały indywidualizm”, jak i mrzonki „kontraktu społecznego, przyznające jednostce fikcyjny wpływ na powstawanie państwa”. Przeciwstawiał im odmienną teorię pochodzenia wspólnoty politycznej. Przy założeniu, iż państwo stanowi rezultat społecznej natury człowieka, jawiło się ono jako „organizm działający, istniejący i rozumujący za pośrednictwem ludzi”. Państwo wyrastało ze społeczeństwa, będącego z kolei owocem wspólnotowych skłonności wszystkich ludzi. Zwolennikom ideologii „umowy społecznej” i związanego z nią atomizmu, którzy bronili ich (co zachodzi i dzisiaj) jako sprawdzonych, użytecznych narzędzi walki z systemami ograniczającymi swobodę „jednostek”, Rembowski odpowiadał: „(…) jeżeli teorię kontraktu historycznie uzasadnić można jako reakcję przeciwko oświeconemu absolutyzmowi, a nadmierny indywidualizm jako reakcję przeciw przywilejom stanowym, to tak samo w teorii organicznej widnieje dążenie do usunięcia niedostatków nauki o kontrakcie społecznym i, choćby z tego jedynie względu, historycznej zasługi powyżej teorii odmówić nie można.”

Jak już wspomnieliśmy, autor „Konfederacji i rokoszu” nie uznawał monarchii realizujących w XVIII i XIX wieku model oświeconego absolutyzmu za odzwierciedlenie organicznej teorii państwa. Model ów sprowadzał się bowiem do odgórnego programowania wszystkich procesów zachodzących w łonie wspólnoty politycznej przez jedną instytucję, koncentrującą w sobie całość władzy państwowej. Rembowski oceniał taki system jako szkodliwy nawet przy założeniu, iż instytucja sterująca kieruje się dobrem wspólnoty – bo likwidujący organiczny charakter tej ostatniej. Choćby „(…) monarchizm oświecony dążył niewątpliwie do państwowego dobra i każda jego czynność i każda jego czynność, każde niemal tchnienie poświęcone było temu celowi”, to jednak i tak „w tej absolutnej budowie panował spokój cmentarny, swoboda obywatelska uleciała spośród rzeszy rekrutów i opodatkowanych, pozostawiając tylko nienawiść i waśń socjalną pragnącą złupić bezkarnie możnych i bogatych.” Społeczeństwo organiczne tworzyło jedność, lecz wewnętrznie zróżnicowaną na nierówne sobie części, z których każda odpowiadała za realizację poszczególnych funkcji, umożliwiających trwanie całości. Wzór ów najbardziej wyraziście urzeczywistnił się w społeczeństwie stanowym – historycznie wykształconym ustroju, ufundowanym z jednej strony na odrębności i samorządności poszczególnych warstw społecznych, z drugiej zaś na ich ścisłym wzajemnym związku. Oświecony absolutyzm kreował natomiast dokładne zaprzeczenie wzoru organicznego, gdyż znosił wewnętrzną hierarchię i zróżnicowanie tkanek społecznych, redukując je do jednorodnego, amorficznego „zbiorowiska poddanych”.

Z powyższych przyczyn warszawski zachowawca wysoko cenił polską Konstytucję 3 Maja i ustanowiony przez nią ustrój, w którym widział dobroczynne przeciwieństwo oświeconego absolutyzmu. Gdy oświecony absolutyzm ubijał społeczność w bezkształtną, egalitarną masę „jednostek”, co następnie innymi metodami kontynuowały prądy wyzwolone przez Wielką Rewolucję Antyfrancuską, pierwsza konstytucja Rzeczypospolitej, nie epatując „francuskimi hasłami wolności i równości, które we własnej ojczyźnie były zwiastunami socjalnej burzy i anarchicznego rozstroju, nie rozproszyła całego społeczeństwa na atomy, lecz zespoliła mieszczaństwo w organa samorządne, a reprezentantów ich stanu przyjęła na powrót w podwoje sejmowe”, a przy tym objęła „lud rolniczy, czyli włościan opieką rządu krajowego”. Konstytucja 3 Maja nie zniosła więc, ale odnowiła i przez to ożywiła ponownie tradycyjny, stanowy porządek społeczny, usuwając tylko jego wypaczenia narosłe w zbyt długim okresie – niezgodnej z ideą społeczeństwa organicznego – całkowitej dominacji jednego stanu nad pozostałymi. Odnowa przyszła (jak zawsze w społecznościach tradycyjnych) z góry, a nie (jak w rojeniach ideologów rewolucji) z dołu: konstytucja była „dziełem szlachty”, dążącej świadomie do włączenia w służbę dobru wspólnoty „niższych klas społeczeństwa, obudzenia tym sposobem wśród nich przywiązania do nowego porządku, dziełem mającym ocalić egzystencję polityczną Rzeczypospolitej”. Na jej mocy wszystkie stany zostały ponownie zintegrowane z ładem państwowym, tak, aby żaden z nich nie mógł być użyty do jego obalenia. Wbrew lewicowym interpretacjom historii Polski, Konstytucja 3 Maja była w swej istocie jednoznacznie antyrewolucyjna, była przebudzeniem „dawnego organizmu państwowego, usuwającym wszystkie błędy i wady, których owocem w ciągu XVII i XVIII w. było ogólne zwyrodnienie politycznego ustroju”. Odwrotny, rewolucyjny charakter miała powstała w tym samym roku konstytucja Francji, zrywająca „z instytucjami, pod których opieką naród francuski w ciągu wieków wzrastał i dojrzewał”; Rembowski nazywał ją oderwaną od historycznej tradycji „sztuczną konstrukcją” i „abstrakcyjną budową, wspartą na ogólnikowych postulatach etycznych”. Francuską konstytucję z 1791 r. należało odczytać jako zamierzony akt kontestacji istniejącego dotąd ładu prawno-państwowego. W przeciwieństwie do niej, polska Konstytucja 3 Maja, jakkolwiek przeniknięta „tymże samym duchem nowożytnego porządku państwowego i tymże samym pragnieniem stworzenia organizacji, która by nowym potrzebom zapewniła trwały rozwój i siłę”, urzeczywistniła „przeistoczenie dawnego państwa w nowożytne” poprzez „nierozerwalny sojusz przeszłości z przyszłością”, a nie przez wrogość drugiej do pierwszej.

Zupełnie inaczej oceniał autor „Konfederacji i rokoszu” konstytucję Księstwa Warszawskiego z 1807 r. Nie realizowała ona idei państwa organicznego, lecz oddała wspólnotę polityczną pod jednostronne, mechaniczne sterowanie aparatu administracyjnego, pozostawiając tylko dla pozoru tradycyjnym ciałom takim jak Sejm „piękne nazwisko władzy prawodawczej”. Rembowski podkreślał jednak, iż konstytucja ta nie wyrastała w żaden sposób z tradycji rodzimej, lecz została narzucona z zewnątrz, pozostając zinstytucjonalizowaną formą politycznego protektoratu napoleońskiej Francji – „jedynie wyrazem woli i przeświadczenia mocarza, który Księstwo powołał do bytu i utrzymywał swym potężnym wpływem”. Również kolejna konstytucja Polski, z roku 1815, pomimo zniszczenia francuskiego systemu międzynarodowo-politycznego, „nie nawiązywała bezpośrednio tradycji z sejmem wielkim, (…) naśladowała nowe konstytucje, których Francja jest kolebką”, popadając tym razem w skrajność liberalną w miejsce skrajności mechanistyczno-biurokratycznej.

Francuskie wpływy ustrojowe uważał warszawski zachowawca za szkodliwe, przynajmniej od chwili wybuchu Wielkiej Rewolucji Antyfrancuskiej. Jeżeli bowiem konserwatywny ład polityczny oznaczał syntezę porządku z poprawnie pojmowanymi zasadą władzy i wolnościami, to od 1789 r. we Francji nieustannie panował system „samowoli bądź to zgromadzeń prawodawczych, bądź władzy wykonawczej”, pozbawiony każdego z tych elementów, bo wyrosły na podłożu anarchicznego rewolucyjnego despotyzmu. W istocie, zarówno w „deklaracji praw człowieka, i w konstytucjach Napoleońskich nie było miejsca dla swobody indywidualnej. (…). Rozszalały terroryzm narodowych zgromadzeń lub bezduszność centralizacji administracyjnej trzymały w żelaznych okowach wolność obywatela; nic dziwnego więc, że z chwilą wypadku Napoleona wystąpiło na jaw pragnienie wyswobodzenia się spod uciążliwego jarzma oraz zapewnienia myślom, sumieniu i działaniom jednostki więcej niezawisłości i swobody, niż zapewniały rewolucyjne i Napoleońskie rządy (…).” Stan ów nie uległ jednak przeobrażeniu pomimo kolejnych zmian form rządu we Francji, łącznie ze zmianą na formę republikańską. Zasadnicza struktura państwa pozostała taka, jaką ukształtowała ją rewolucja, a przewrót republikański sprowadzał się do zastąpienia dawnego samowładztwa i omnipotencji Zgromadzenia Narodowego, Pierwszego Konsula czy „cesarza Francuzów” samowładztwem i omnipotencją demokratycznego parlamentu: „(…) rewolucje i przewroty wpłynęły na to, że organ prawodawczy uczuł się (…) zwierzchniczym spadkobiercą monarchizmu, a w przeświadczeniu, że on uosabia cały naród, zdradzał na każdym kroku zachcianki autokratyczne w wyższym stopniu niż napoleoński imperializm. Wobec parlamentu rzeczypospolitej nie mogło też być mowy o niezbędnej samoistności rządu. Podejrzliwość i zwierzchnicze zachcianki skłaniały parlament do nieustannego wdzierania się w głąb administracji i do ciągłego jej dezorganizowania. Wobec zaś takiego postępowania mogło się zdawać, że parlament chce być nie tylko organem prawodawczym, lecz i administracyjnym (…)”, choć na każdy kroku daje popisy „wzajemnej nienawiści, nieubłaganego zwalczania się i eksploatowania publicznego dobra w imię egoizmu” w wykonaniu zasiadających w nim partii politycznych. Rdzeniem ustroju Francji w okresie porewolucyjnym, ukrytym niezmiennie za wymieniającymi się okresowo fasadami form rządu, pozostawał w ocenie Rembowskiego brak wzajemnej niezależności organów realizujących ustawodawczą i wykonawczą funkcję władzy państwowej, podobnie, jak to miało miejsce w oświeconym absolutyzmie. Niezależność taka wpisywała się w ideę państwa organicznego i zarazem kładła fundament pod wolności członków wspólnoty politycznej. Jej brak stanowił zaprzeczenie tej idei i w prostej linii kontynuację oświeceniowej koncepcji państwa. W dodatku skupienie całej władzy prawodawczej w rękach jednego organu prowadziło do systematycznego eliminowania z prawa, degradowanego przez ów organ do roli narzędzia jego społeczno-politycznej inżynierii, konserwatywnych treści, do redukcji prawa do „chwilowych przepisów, zależnych od zmiennego kaprysu woli państwowej” wypranych całkowicie z „poczucia etycznego” – co chciałoby się określić mianem pozytywizmu prawniczego stosowanego.

Identyfikując źródła ujemnych przemian ustrojowych w Europie i poddając je krytyce, obok oświeceniowej koncepcji państwa autor „Konfederacji i rokoszu” wskazywał na doktryny demokratyczne. Polemizował z rozpowszechnianymi także i dzisiaj twierdzeniami, jakoby demokracja w jakikolwiek sposób wyrastała z przeszłości, istniała od czasów starożytnej Hellady. Wskazywał, iż w rzeczywistości powstała ona w opozycji do przeszłości, „po wielkiej rewolucji, niwecząc wszelkie dawne stosunki i wpływy, zaprowadziła jedną kardynalną zmianę: zastąpiła dawne stosunki i wpływy nowymi ilościowymi. Obecnie ilość wszędzie panuje i o czymkolwiek jest mowa, na pierwsze miejsce występuje cyfra ››pojedynków‹‹.” Prądy demokratyczne wypływały wprost z „nauki rewolucyjnej” z jej hasłami „oderwanej wolności i równości”. Uderzały w same podstawy organicznego ładu politycznego, bowiem żądały oddania najwyższej władzy w państwie ciału parlamentarnemu wyłanianemu nie w oparciu o porządek grup społecznych, stanów i innych naturalnych wspólnot, lecz wyłącznie o większość ujednoliconej masy wyborców, czyli, jak się wyrażał, „bydło wotujące”. Demokratyczni doktrynerzy kierowali się przekonaniem, że w świecie doczesnym da się stworzyć ustrój doskonały, o ile w życie zostanie wcielona idea politycznego egalitaryzmu, podnoszona przez nich „niby czcza abstrakcja” – i w tym celu należy zniszczyć istniejące dotychczas, historyczne tradycje ustrojowe. W ocenie Rembowskiego realizacja ich postulatów prowadziła w pierwszej kolejności do ruiny najważniejszej funkcji władzy państwowej – funkcji wykonawczej, w ładzie organicznym zastrzeżonej tradycyjnie dla monarchicznej głowy państwa.

Warszawski zachowawca odrzucał Monteskiuszowską teorię „o podziale władzy państwowej”, przekonując, że władza w państwie „musi być jednolita i że rozdział jest tylko formalny, spowodowany naturalną potrzebą podziału pracy” – podobnie jak w każdym organizmie żywym zachodzi zróżnicowanie funkcji pomiędzy jego częściami, choć zarazem jako całość działa on w sposób jednolity. Jaką pozycję zajmowała w tym kontekście głowa państwa? Rembowski zaliczał się do monarchistów, niemniej zaprzeczał, jakoby „władza monarchiczna” miała być „źródłem, z którego mogą począć żywot organa reprezentacyjne i wszelkie swobody indywidualne”. Organa państwowe przeznaczone do realizowania poszczególnych funkcji władzy – zwłaszcza funkcji prawodawstwa i reprezentacji politycznej – miały w jego ocenie genezę odrębną i niezależną od woli króla, podobnie, jak w organizmie żywym poszczególne organy nie powstawały drogą utworzenia ich przez centralny ośrodek, ale z drugiej strony tak samo, jak one, pozostawały z nim sprzężone i musiały z nim harmonijnie współpracować. Według autora „Konfederacji i rokoszu” w organicznym porządku politycznym monarcha „niepodzielnie” piastował jedynie „władzę wykonawczą”; jako na modelowy przykład myśliciel ten wskazywał na Konstytucję 3 Maja, czyniącą króla „sterownikiem rządu i naczelnym organem władzy wykonawczej”. Dodawał jednak, iż znaczenie monarchy na tym się nie wyczerpuje, gdyż ponadto władca „uosabia zwierzchnictwo polityczne, reprezentuje państwo na zewnątrz i wewnątrz”, w związku z czym „powinien być uważany za najwyższego strażnika i politycznego piastuna dobra publicznego w państwie”. Monarcha to najwyższy symbol państwa i jego jedności, a w społeczeństwach tradycyjnych symbole są źródłami siły, podstawami ładu. Należyte spełnianie sobie właściwej roli przez panującego, zwłaszcza w tym ostatnim zakresie, wymagało więc zachowania żywego związku pomiędzy nim a poddanymi – „serdecznego węzła łączącego naród z monarchą”. Rembowski pisał: „(…) to wysokie polityczne posłannictwo monarchizmu w państwach konstytucyjnych nabierało jeszcze więcej jednoczącej oraz dobroczynnej siły, jeżeli tytuł samoistności i niezawisłości władzy królewskiej nie opierał się wyłącznie na uprawnieniu historycznym, lecz na zasłudze politycznej, zdobywającej dla władcy serca całego narodu.” Utrzymanie żywej więzi monarchy z całością wspólnoty politycznej poprzez bezpośrednie, czynne realizowanie przezeń wykonawczej funkcji władzy państwowej (spełnianie nakazu troski o dobro wspólnoty) stanowiło jeden z ważnych elementów organiczności ustroju politycznego.

Warszawski zachowawca uznawał za konieczne w organicznym, hierarchicznym ładzie państwowym zachowanie ciał pośredniczących „między tronem a narodem”, które są jednocześnie „piastunem monarchicznych idei i strażnicą swobód narodowych”. Dlatego przekonywał o potrzebie istnienia organu „rzetelnie reprezentującego najważniejsze składowe państwa”, gdzie głos miałyby nie same tylko „interesy uprzywilejowanych warstw”, ale warstw wszystkich (tj. wszystkich, nierównych sobie, części organizmu) – gdzie „egoizm stanowy” (części) zostałby przezwyciężony na rzecz „dobra państwowego” (całości). Organ taki musiał w jego ocenie przybrać postać dwuizbową, o zróżnicowanych sposobach kształtowania składu izb. Izba niższa mogła pochodzić z wyborów, choć nie powszechnych – Rembowski przewidywał, iż wprowadzenie powszechnego prawa wyborczego, wbrew demagogicznym obietnicom demokratów, nie tylko nie przyczyni się do poprawy położenia warstw niższych, bo nie „złagodzi cierpień socjalnych”, ale wręcz je pogorszy, ponieważ nałoży na nie nowe obowiązki, jakim „ubogie masy” długo nie będą umiały sprostać. O ile izbie niższej przeznaczał funkcję reprezentacji politycznej narodu, o tyle izba wyższa reprezentować miała „interes państwa”, w związku z czym wyłanianie jej składu drogą wyboru byłoby nieuzasadnione; prowadziłoby wręcz do stopniowego zlania się izb w jeden organ, zdominowany przez pierwiastek niższy. Autor „Konfederacji i rokoszu” uzasadniał to następująco: „(…) instytucje są wytworem narodowego zwyczaju, niemniej wszakże oddziaływają i one ze swej strony na zwyczaj i labo go przeinaczają lub zachowują, albo go rozwijają lub stłumiają (…). (…) obie izby, uosabiające pierwiastki narodowe, realne i pozytywne, (winny się) opierać na zasadach najzupełniej odmiennych i od siebie niezależnych. Wybory zawierają tymczasem ukrytą groźbę dla systemu dwuizbowego w tym mianowicie, że jeśli nie są jedynie wspólną formą dla dwóch pierwiastków zupełnie odmiennych, stwarzają zazwyczaj jeden organ polityczny podzielony na dwie sekcje (…).” Dotyczyło to każdej procedury wyboru – także wyboru przez monarchę, tj. nominacji, dlatego myśliciel sprzeciwiał się wzorowanych na amerykańskich rozwiązaniach ustrojowych pomysłach wprowadzenia do izby wyższej królewskich nominatów. Odmienna jakościowo od niższej, izba wyższa powinna się początkowo składać z „arystokracji rzeczywistej”, z członków „warstw posiadających ożywionych tradycją wysługi politycznej”, a więc przede wszystkim ziemian, następnie zaś uzupełniać swój skład sama, przez kooptację. Proces kooptacji w historycznym rozwoju doprowadziłby zaś do wykształcenia z członków izby wyższej specyficznej „warstwy korporacyjnej”, poświęconej służbie dobru wspólnoty politycznej. Kooptacja wnosiłaby „dziedziczność moralną i zbiorową w miejsce dawnej fizycznej i indywidualnej”, tak, że „każdy z nowych parów” winien się „uważać za ogólnego dziedzica korporacji, która go mianowała, a nie za spadkobiercę krzesła po swoim poprzedniku”, uwalniając się od politycznego egoizmu i przywiązania do interesów partykularnych. Gdy „dziedziczenie osobiste zamieni się w korporacyjne, fizyczne zaś w duchowe”, trudniej się będzie spodziewać po członkach izby wyższej „wyzyskiwania prawodawstwa na rzecz własnego pożytku” czy kierowania się „egoizmem kastowo-rasowym”, skoro jej skład „rekrutowałby się nieustannie z łona samego narodu, i to ze wszystkich jego stopni hierarchicznych i klas społecznych”. Zdaniem Rembowskiego należało raczej przewidywać, iż gdy „nowe ciało arystokratyczne czerpałoby szlachetne żywioły z łona mas demokratycznych”, stałoby się „szczerą i pełną reprezentacją narodu”, złożoną z ludzi „przejętych duchem uosabiającym myśl państwową, kierujących krokami ludu i torujących mu drogę do postępowego rozwoju” – będących paternalistycznymi „opiekunami ludu”.

Aleksander Rembowski odszedł do Pana na progu XX wieku. Ewolucja państw zachodnich w tym stuleciu przebiegła dokładnie według zdiagnozowanych przezeń, ujemnych tendencji ustrojowych. Współczesny ustrój demoliberalny, stanowiący jej wytwór, realizuje mechanistyczny model państwa, którego korzenie tkwią w epoce „oświecenia”. W ustroju tym, opartym na ideologii demokratycznej (z jej skrajnym indywidualizmem oraz abstrakcyjnymi kategoriami rzekomej ogólnoludzkiej wolności i równości) dominuje jednostronnie parlament, zdeformowany przez rozdęte do granic powszechne prawo wyborcze i przez to niezdolny do wypełniania funkcji rzetelnej reprezentacji politycznej narodu. Demokratyczny parlament zawłaszcza dla siebie wszelkie funkcje władzy państwowej. Za fundament demokracji uchodzi zwłaszcza brak niezależności od parlamentu organów piastujących funkcję wykonawczą. Na tym tle, w erze całkowitego owładnięcia państwem przez „bydło wotujące”, rozważania prawno-polityczne warszawskiego jurysty wydają się wybitnie zasługiwać na wydobycie z niepamięci.

niedziela, 8 listopada 2009

Pod sztandarami Krzyża i Orła.

W twórczym tyglu ideowych inspiracji stojących u podstaw Falangi miesza się i łączy wiele różnorakich prądów: od narodowego radykalizmu po reakcyjny konserwatyzm, od mocarstwowej estetyki po idee państwa organicznego. Symbolicznym wyrazem tego "kulturowego imperializmu" i "integralnej prawicowości" są barwy naszej organizacji: biały symbol falangi na czerwono-czarno-czerwonej fladze nawiązującej do Falangi Hiszpańskiej. Oczywiście, warunkiem inkorporacji idei oraz podstawą ich integrowania jest istnienie zwornika będącego zarazem punktem odniesienia; tym niepodlegającym dyskusji clé de voûte jest dla nas rzymska wiara katolicka. Uniwersalizm kontrrewolucji wynika więc z uniwersalizmu Krzyża. Pragnienie obrony łacińskich podstaw Europy łączy się w jedną harmonijną całość z chęcią wywyższenia własnego narodu w służbie Panu.

Szacunek i przywiązanie do wiary i narodowych tradycji zwłaszcza dziś stają się (bez cienia przesady!) kwestią życia i śmierci, przetrwania lub całkowitej utraty tożsamości. Należy zdać sobie jednak sprawę, że tradycje, którymi żyje patriotyczna, wciąż malejąca część narodu, nie są owocem arbitralnych politycznych rozstrzygnięć, lecz skomplikowaną i delikatną materią, w której sentyment splata się z symbolem a pieśń z historią przodków. Doprawdy, nie śmielibyśmy nazywać się Polakami, dumnymi synami swej Ojczyzny, gdybyśmy nie rozumieli i nie podzielali tych wzruszeń, związanych przede wszystkim z II Rzeczypospolitą. Lekceważenie uczuć i przywiązania do konkretnych aspektów historii i dziedzictwa narodu w imię ideologii to droga już nawet nie lewicy, ale lewactwa. Podejmując dziedzictwo polskiego ruchu narodowego, nie widzimy powodu, by w imię nieaktualnych sporów politycznych popełniać taką niegodziwość jak plucie na tradycję piłsudczykowską. Tradycję, dodajmy, która przejawia się nie w jakiejkolwiek partii systemu mającego na celu prezerwację czerwonych gnid, lecz przede wszystkim w etosie polskiego żołnierza. Żołnierza, który pomimo ciągłego osłabiania polskiej obronności i morale przez czynniki polityczne wciąż odznacza się niesłychanym honorem i heroizmem, który wciąż potrafi się bić -czego dowód dał na spalonej słońcem irackiej pustyni, pod City Hall'em w Karbali.

Dzielenie narodu na linii endecy-piłsudczycy jest anachronizmem. Współcześnie nad legionowym orłem widnieje korona z Krzyżem, a gdy zagrożona będzie Ojczyzna, narodowcy i strzelcy znów pomaszerują ramię w ramię. W śpiewniku Falangi "Wymarsz Uderzenia" sąsiaduje z "Pierwszą Brygadą"."

Michał Prokopowicz

Żródła siły

Niepotrzebny jest już dzisiaj Prometeusz; to człowiek zasiada na Olimpie, który sam, dla swej chwały, wybudował. A jednak każdy, nawet średnio rozgarnięty obserwator spoglądając na Stary Kontynent niechybnie dostrzeże, iż pod fasadą ludzkiego samo-zachwytu kryje się cmentarna pustka, kompletne zgnuśnienie społeczeństw, rodzaj chronicznej impotencji duchowej, w której nie ma miejsca na prawdziwe, realne siły twórcze.

Ludzkość sięgnęła gwiazd. Żyjemy w epoce triumfu myśli technicznej człowieka, czasach dobrobytu niezanotowanego dotąd w historii ludzkości. O współczesnej nam, europejskiej jakości życia, żaden Europejczyk wiodący swój żywot w wiekach minionych nie śmiał nawet marzyć. Wielkie domy handlowe stały się pałacami orientalnego przepychu – przedmioty zbytku wystawia się wśród miękkiej wykładziny, bursztynowego światła, nieustającej muzyki. Elektryczność potrafi wydłużyć i rozciągnąć pojedynczą nutę w nieskończoność, a komputery mogą ją z harmonią układać warstwowo. Inżynieria genetyczna dotyka istoty ludzkiej fizyczności, nagina odwieczne prawa dziedziczenia, a nawet życia i śmierci – sfery zarezerwowanej dotąd dla bogów. Niepotrzebny jest już dzisiaj Prometeusz; to człowiek zasiada na Olimpie, który sam, dla swej chwały, wybudował. A jednak każdy, nawet średnio rozgarnięty obserwator spoglądając na Stary Kontynent niechybnie dostrzeże, iż pod fasadą ludzkiego samo-zachwytu kryje się cmentarna pustka, kompletne zgnuśnienie społeczeństw, rodzaj chronicznej impotencji duchowej, w której nie ma miejsca na prawdziwe, realne siły twórcze.

Każdy człowiek działa, a przynajmniej powinien działać według trzech głównych namiętności, skąd z kolei płyną daleko idące konsekwencje dla teorii kultury, historiozofii, systemu wartości etycznych, społecznych, itd. W szerokim zestawieniu będą to:
1) instynkt utrzymania się biologicznego poprzez zdobywanie i stwarzanie środków żywności – a zatem instynkt zaspakajania głodu.
2) instynkt rozrostu biologicznego poprzez zaspakajanie popędu płciowego. (Freud)
3) instynkt woli mocy, zdobywania potęgi. (Nietzsche, Croce, Bergson, Adler)
Gdy wnikliwiej przyjrzymy się temu zagadnieniu, odkryjemy, że wszystkie te pragnienia są trzema odsłonami jednej i tej samej namiętności widzianej z różnych stron. Niemożliwym jest, by pożądanie potęgi i mocy zaspokoić bez uprzedniego zdobycia pożywienia; popęd płciowy to nic innego jak podbój, który w dalszych swych fazach przemienia się w siły twórcze, na których opiera się cywilizacja. Widzimy zatem, że wszystkie te dążenia możemy nazwać jednym terminem, a jest nim: wola twórcza.

Historię kształtują ludy posiadające najsilniejszy potencjał, największy głód zaspokajania trzech głównych namiętności ludzkich, będących emanacją woli twórczej. Nie jest to tylko teoria - tak było i jest w istocie. Jesteśmy w stanie dokładnie wskazać moment wielkiego, historycznego przełomu, który ospałemu biegowi dziejów nadał nagle i niespodziewanie obłędnego wręcz tempa. Tą przełomową chwilą jest bezwątpienia zderzenie się dwóch indoeuropejskich, aryjskich kultur – starożytnej cywilizacji śródziemnomorskiej z wojowniczymi ludami przybyłymi w okresie Wędrówek Ludów ze Wschodu. Błędem jest poczytanie tego starcia za wydarzenie destrukcyjne, choć przecież w jego wyniku upadło Imperium Rzymskie. Tylko szersza perspektywa jest w stanie pokazać prawdziwy efekt tego spotkania dla dziejów świata. Upadek Rzymu był nieunikniony, gdyż Rzymianie pogrążyli się w gnuśnieniu i rozkładzie, a przecież powierzchnia ziemi nie jest muzeum do przechowywania okazów etnograficznych, zaś cywilizacje bez zdolności twórczych i sił życiowych upadają pod naporem innych; wciągane są w życie ludów silniejszych, które zużytkowują je jako materiał dla własnej siły twórczej.

Nowi przybysze dali Europie nie tylko wysokość swej postawy, oraz oczy w których euroazjatyckie nieba przez wieki składały swój lazur, lecz przede wszystkim siłę, która tchnęła nowe, pełniejsze życie w monumentalny, choć wówczas już osowiały i pozbawiony energii życiowej fundament grecko-rzymski. Czynnikiem cementującym, kluczowym dla europejskich przeobrażeń, które zmieniły losy świata, była w oczywisty sposób wiara w jednego Boga. To ona stanowiła główną płaszczyznę i punkt odniesienia całego dualistycznego układu, za pośrednictwem którego, jedna, najwyższa, okcydentalna kultura rozpoczęła nieposkromioną ekspansję.

Dualizm triumfującego porządku europejskiego polegał na podzieleniu dominium mundi między dwa ośrodki:
1) Papiestwo - ośrodek kapłańskiej władzy duchowej, sprawującej pieczę nad cementującym pierwiastkiem metafizycznym, źródłem jedności, będącym jednocześnie sensem istnienia, oraz rezerwuarem kultury.
2) Święte Cesarstwo – ośrodek władzy i ekspansji militarnej, rezerwuar naturalistycznych sił życiowych.
Podczas gdy dla ośrodka władzy duchowej ideałem człowieka jest gatunek stricte ewangeliczny, typ świętego, ascety, abnegata, tak narzędziami cesarza będącego dysponentem chrześcijańskich sił polityczno-militarnych, są królowie, hrabiowie, książęta i stan rycerski. Ideałem pionu naturalistycznego jest zatem rycerz, człowiek wolny, pragnący siły, dostojny, upajający się mocą, zdobywca zwrócony całkowicie ku życiu, kipiący gwałtownymi namiętnościami. Ktoś kto jest w stanie nie tylko obronić nową cywilizację, ale także rozszerzyć ją ogniem i mieczem na wszystkie znane krańce świata. Wola mocy, umiłowanie blasku ognistych łun czerwieniących się na nocnym niebie, szczęk oręża, chwała zdobywcy i wspólnie wzniesione kielichy po wygranej bitwie – tacy byli indoeuropejscy przybysze ze Wschodu. Tacy też pozostali po zaślubinach ze śródziemnomorską kulturą Imperium i jej Świętą Wiarą Katolicką.
Pomiędzy Papiestwem, a Świętym Cesarstwem dochodziło, rzecz jasna, do sporów, co jest przy takiej strukturze podziału całkowicie naturalne. Mechanizm obronny, którego celem była walka przeciwko siłom pogańskim i muzułmanom, jednak zadziałał, a nowa cywilizacja wywalczyła dla siebie nie tylko potrzebną do przetrwania, „ratzelowską” przestrzeń życiową, ale także stała się fundamentem przyszłej ekspansji, która ogarnęła niemalże cały świat.

Czas w historii świata jest jednak nieubłagany. Każde imperium miało swój początek, jak i koniec. Cywilizacje starzeją się, tak jak starzeje się człowiek, tracą siły życiowe i wolę twórczą – wreszcie umierają, zaś ich dorobek zostaje spożytkowany dla własnych celów przez ludy młode. Bogata i stara, niedołężna Europa XXI wieku posiada biednych, lecz młodych i energicznych sąsiadów. Nietrudno zatem przewidzieć jak zakończy się ten etap dziejów. Jako aktorzy epilogu mamy niewielkie pole manewru. Musimy pogodzić się z nieuchronnym biegiem wypadków i przyznać sami przed sobą, że w istocie jesteśmy tacy jak nasz Kontynent – mentalnie starzy i niedołężni – albo spróbować nieludzkim i być może beznadziejnym wysiłkiem zawrócić bieg dziejów. By wskrzesić trupa cywilizacji, potrzeba czegoś znacznie więcej, niż odpowiedniej polityki podatkowej, gospodarczej, czy reformatorskiego pakietu ustaw. Nie pomoże też sentymentalne wspominanie przeszłości, bo tej nie da się wskrzesić w innym niż tylko groteskowym kształcie. Gdy bandy pogan oddające hołd antywartościom, konsumpcjonizmowi, bożkom kapitału, ucztują na ruinach Cywilizacji pospołu z hordami imigrantów, którzy pragną na naszych trupach wybudować swój własny ład, potrzeba polityki t o t a l n e j, zmian, które dotkną każdego Europejczyka budząc w nim na nowo wolę walki, mocy, pogrążone w starczym śnie siły twórcze. Walka jest zwykłym stanem rodzaju ludzkiego, a z jej oczyszczającego ognia wyłania się brzask każdego nowego porządku.

Bartosz Bekier

Tradycjonalizm i geopolityka - myśl Konstantina Leontjewa

Konstantin Nikołajewicz Leontjew (1831-1891) był niewątpliwie najbardziej radykalnym konserwatystą w historii myśli rosyjskiej i jednym z najbardziej radykalnych reprezentantów konserwatyzmu w ogóle. Prof. Andrzej Walicki ochrzcił go mianem „integralnego reakcjonisty”. Skrajny konserwatyzm przenikał zarówno filozofię dziejów Leontjewa, jak jego filozofię kultury i koncepcje prawno-ustrojowe. Ujawniał się również w jego – mówiąc współczesnym językiem – myśli geopolitycznej, którą w niniejszym szkicu pragniemy przypomnieć, z uwagi na jej oryginalny charakter, a także rosnące zainteresowanie problematyką geopolityki jako takiej.
Leontjew wychodził w swoich rozważaniach od konstatacji, iż państwo rosyjskie pogrąża się w słabości i zaawansowanym rozkładzie wewnętrznym – co już, samo w sobie, świadczyło o oryginalności jego myśli, skoro w czasie, gdy wypowiadał swe przemyślenia, ogromna większość obserwatorów, zarówno życzliwych, jak i niechętnych, widziała w Rosji kraj u szczytu potęgi. Jako przyczynę tego stanu rzeczy wskazywał poddawanie się przemianom kulturowym mającym źródło w Europie Zachodniej. Nie hołdował przy tym upraszczającemu antyokcydentalizmowi, często spotykanemu u rosyjskich myślicieli. W przeciwieństwie do innych prawicowych nurtów intelektualnych, jak słowianofile w pierwszej połowie XIX wieku czy eurazjaci w XX wieku, nie uważał wszystkiego, co przychodzi z Zachodu za z definicji złe i wrogie rosyjskiej tradycji. Jako jeden z nielicznych rosyjskich konserwatystów nie krył zachwytu dla tradycyjnej, przednowoczesnej kultury zachodniej. Nie negował ponadto możliwości czerpania przez kulturę rodzimą wartościowych inspiracji od innych kręgów kulturowych. Natomiast bezkrytyczne naśladownictwo urządzeń i wzorów podpatrzonych na zewnątrz ujawniało w jego ocenie kryzys kultury ojczystej, utratę przez nią zdolności do samodzielnego rozwoju i, co za tym idzie, być może wchodzenie przez nią w fazę schyłkową. Tak też przedstawiała się jego diagnoza sytuacji w dziewiętnastowiecznej Rosji, usiłującej pospiesznie upodobnić się do państw zachodnioeuropejskich i zatracającej przez to swą wspólnotową tożsamość. Według Leontjewa tendencja ta niosła ze sobą niebezpieczeństwo, gdyż przeszczepiała na grunt rosyjski nie elementy tradycyjnej kultury Okcydentu, lecz sztuczne wymysły europejskich sił rewolucyjnych, w istocie swej kosmopolityczne, bo nie wyrosłe z żadnej kultury tradycyjnej, w tym również z zachodniej, a wręcz stanowiące jej zaprzeczenie. Myśliciel określał je pogardliwym mianem „postępu liberalno-egalitarnego”.
Okcydentalizm, a w rezultacie także wejście pod glajchszaltujący wpływ „postępu liberalno-egalitarnego”, przyszły do Rosji jako konsekwencje wyboru orientacji geopolitycznej przez twórcę rosyjskiej mocarstwowości, Piotra I, na przełomie XVII i XVIII wieku. Monarcha ten obrał zwrot na północ i zachód, decydując się oprzeć państwo rosyjskie o Morze Bałtyckie – zwrot ku Europie. Wybór wektora geopolitycznego znalazł najdobitniejszy wyraz w przeniesieniu przez Piotra stolicy na północno-zachodnie rubieże kraju. W jego planach Petersburg miał stać się (i rzeczywiście tak było) pomostem trwale wiążącym Rosję z Europą. Tego nowoczesnego miasta, wybudowanego od podstaw według racjonalistycznego projektu, nic nie łączyło z tradycyjną kulturą Rosji. Port wzniesiony przez imperatora nad bałtycką Zatoką Fińską otworzył państwo rosyjskie na penetrację przez obce wpływy kulturowe, zwłaszcza niemieckie i francuskie. Jako miasto portowe, nadmorskie, silnie związane z państwami basenu bałtyckiego, a za jego pośrednictwem z innymi krajami północnego wybrzeża Europy, Petersburg z konieczności musiał zyskać charakter nie rosyjski, lecz kosmopolityczny.* Sytuując w nim stolicę kraju, Piotr przesądził o dalszej drodze jego rozwoju. W krótkofalowej perspektywie przyniosła ona znaczny wzrost politycznej potęgi Rosji, lecz za cenę erozji rosyjskiej substancji kulturowej, która w dłuższym planie czasowym doprowadzi państwo do wewnętrznego rozprzężenia, a w rezultacie również do utraty siły zewnętrznej.
W ocenie Leontjewa możliwe było jeszcze zatrzymanie, lub przynajmniej radykalne spowolnienie, rozkładowych procesów prowadzących Rosję ku upadkowi. Wymagało to jednak odwrócenia dotychczasowej orientacji przestrzennej państwa carów. Rosyjski archaista postulował obrót geopolitycznego wektora Rosji, dotąd wymierzonego na północ i zachód, ku południu i wschodowi. Jak wektor północno-zachodni wskazywał Morze Bałtyckie, tak wektor południowo-wschodni wytyczał drogę na Morze Czarne i Morze Egejskie. Przenosząc swe centrum nad Morze Czarne – Pont starożytnych Greków – państwo rosyjskie zawróciłoby ze ścieżki niwelującej europeizacji. Dokonałoby powrotu do zapomnianych od czasów Piotra I źródeł rosyjskiej kultury – rewaloryzacji pozaeuropejskich czynników cywilizacyjnych: dziedzictwa Bizancjum oraz związków z Azją.
Bramą do obszaru zarówno bizantyjskiego, jak i azjatyckiego pozostawał, położony na przeciwległym brzegu Morza Czarnego, Konstantynopol – Stambuł – Carogród (Cargrad). Otwarcie bramy wymagało odebrania Turcji tej starożytnej metropolii. Oznaczałoby ono zarazem odzyskanie dla świata chrześcijańskiego siedziby najważniejszego, ekumenicznego patriarchatu prawosławnego. Tak przedstawiało się pierwsze dziejowe zadanie, jakie Leontjew stawiał Rosji. Pisał on: „Za zakrętem naszej drogi historycznej dostrzegam jasno cel: zielone ogrody, wielobarwne budowle i złoty krzyż Hagii Sophii nad pięknymi falami Bosforu. Nad jego brzegami będziemy mogli, nareszcie, zerwać z siebie tę europejską maskę, którą nałożyła na nasze oblicze żelazna ręka Piotra Wielkiego.” Odwojowany z rąk sułtanów Konstantynopol chciał Leontjew uczynić nowym centrum religijnym imperium carów. Jeżeli jednak miało ono zawrócić z dotychczasowego kierunku rozwoju geohistorycznego, centrum państwowe i polityczne nie mogło pozostać w nadmorskim, europejskim, niemiecko-sfrancuziałym Petersburgu. Myśliciel postulujący przebycie wstecz drogi „od Rusi do Rosji” proponował przesunięcie jej w stronę Morza Czarnego, z północy na południe, do serca dawnej Rusi, jej pierwszego ośrodka państwotwórczego – śródlądowego Kijowa. W rezultacie zeuropeizowane państwo Piotra I, usiłujące „dogonić Zachód” za cenę odrzucenia własnego dziedzictwa historycznego i kulturowego, przeistoczyłoby się w państwo wschodnie, eurazjatyckie, wyrastające z tradycji bizantyjskiej – lub też, jak wyrażał się sam Leontjew, „Rosję Petersburską” zastąpiłaby „Ruś Carogrodzka”.
Integralny reakcjonista stawiał dalej rosyjskim władcom za zadanie budowę związku państw reprezentujących wschodni pierwiastek cywilizacyjny, a zarazem zagrożonych ekspansją kulturowych czy politycznych wpływów zlaicyzowanej, modernistycznej Europy Zachodniej. Wśród jego przyszłych członków obok prawosławnych monarchii Rosji, Rumunii i Grecji wymieniał także monarchie azjatyckie – Turcję i Persję. Brakowało wśród nich, jak widać, państw słowiańskich. Leontjew nie przewidywał integracji z krajami słowiańskimi. Radykalnie różniło go to od zwolenników panslawizmu. W przeciwieństwie do panslawistów, postrzegających narody słowiańskie jako jeden lud i w związku z tym uznających ich polityczne zjednoczenia za dziejową konieczność, nie przypisywał cechom etnicznym żadnego wpływu na politykę, a w przedstawianym przez nich jako monolit świecie słowiańskim dostrzegał szereg samodzielnych kultur, które nie powinny ulec sztucznemu zmieszaniu. Swą wizję polityczną określał mianem „konfederacji wschodniej”, przeciwstawnej panslawistycznej „konfederacji słowiańskiej”. W panslawizmie widział naśladownictwo europejskich konstrukcji ideologicznych (pangermanizmu). Bronił idei wschodnich przeciw zachodnim nowinkom – odgórnej genezy władzy i prymatu państwa przeciw „suwerenności ludu” i prymatowi społeczeństwa. Tradycyjne zasady polityczne Orientu miały tworzyć ideowy fundament przewidywanego przezeń tworu geopolitycznego: „I tak będą dwie Rosje, splecione nierozerwalnie w osobie Władcy: Rosja – imperium z nową stolicą administracyjną (w Kijowie) oraz Rosja – głowa Wielkiego Związku Wschodniego z nową stolicą kulturalną nad Bosforem.” Związek Grecko-Słowiański, jak go niekiedy nazywał myśliciel, miał również stanowić sojusz monarchii Wschodu i Południa, zwrócony tarczą na północny zachód, przeciw Europie i jej liberalno-egalitarnemu ideałowi „federacyjnej republiki”.
Czy myśl Konstantina Leontjewa można odnieść do świata współczesnego? Rosyjski archaista przekonywał, że Rosja pozostaje bytem odrębnym kulturowo od Europy – wyrasta z osobnej, własnej tradycji, czego nie powinna się w żadnym razie wstydzić, lecz, przeciwnie, czerpać z niej żywotne siły. Nie powinna dążyć do zlania się z Europą, ani na poziomie kultury, ani geopolityki. Realizacja ideologicznie umotywowanych postulatów zawładnięcia krajami słowiańskimi mogłaby jej przynieść tylko szkodę – europeizację. Oznaczało to całkowite odwrócenie od Europy rosyjskich dążeń ekspansywnych, dla których naturalnym obszarem pozostawał, według Leontjewa, Wschód. Wszystkie te spostrzeżenia nie straciły do dziś na wartości. Począwszy od lat dziewięćdziesiątych, ideę powrotu Rosji z Zachodu na Wschód, jako sposobu na odzyskanie więzi z własną tradycją duchową oraz wewnętrzną konsolidację państwa, zaczęli rozwijać myśliciele tacy, jak geopolityk Wadim Cymburskij czy „hiperborejczycy nowej epoki” skupieni wokół pisma „Inacze” pod redakcją Wadima Sztiëpy.

Adam Danek

* Kosmopolityzm i sztuczność tej metropolii po mistrzowsku odmalował Adam Mickiewicz w „Dziadów części III ustępie”.

środa, 14 października 2009

Marsz Ateistów i Agnostyków w Krakowie - kontra

Krótka relacja z całego wydarzenia.

Obecnych było 16 osób z krakowskich środowisk narodowych i konserwatywnych (sama młodzież), w modlitwie przewodniczył nam x. Rafał Trytek. Już na miejscu zbiórki zostaliśmy spisani i przeszukani przez ośmiu policjantów, którzy niestety poza różańcami nie znaleźli u nas żadnej broni. Po otrzymaniu informacji, że lewactwo ominie okolice Kurii, spod kościoła OO. Franciszkanów ruszyliśmy pod pomnik Tadeusza Boya-[tfu!]Żeleńskiego. Na jeszcze pustym skwerku rozpoczęliśmy modlitwę różańcową. W kilka minut zaroiło się wokół nas od radiowozów, z których wylegli policjanci natychmiast otaczając nas silnym kordonem. Ustawili się twarzami do nas, więc zapewne ich intencją było bronienie ateuszy przed nami... Ci ostatni pojawili się po kilku minutach, w sile ok. 150 osób (w mediach oczywiście liczbę tę zawyżono ponad dwukrotnie, o nas nie wspominając ani słowem), niosąc transparenty o treści tak pociesznej, że tylko niebywałym wysiłkiem woli zachowaliśmy powagę stosowną do okoliczności. Większość bezbożników wydawała się bardziej zainteresowana nami niż przemówieniami światłych "wolnomyślicieli", których notabene kompletnie nie było słychać. Staliśmy zatem w strugach deszczu, w błysku fleszy i nieudolnie prowokowani przez lewaków (jeden taki śmieszny długowłosy próbował nam podawać dłoń "na znak pokoju", biedaczek nie skumał, że z tym posoborowym gestem utrafił jak kulą w płot), a słowa naszej modlitwy -niczym karabinowe pociski- przebijały tłum na wskroś. Ogień antyklerykalnej nienawiści szybko gasł pod naporem naszej presji oraz ulewnego deszczu, w wyniku czego po dwóch kwadransach powróciliśmy do punktu wyjścia -zostaliśmy sami na placyku. Dokończyliśmy odmawianą modlitwę i przemoczeni lecz w świetnych humorach rozeszliśmy się każdy w swoją stronę.

Bóg zapłać wszystkim, którzy stanęli naprzeciw czerwonej hałastry!

Michał Prokopowicz