FALANGA

Oficjalny blog publicystyczny Falangi

Przeszukaj blog

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

Konserwatyści – demokracja – lustracja

Współcześni polscy konserwatyści żyją w ustroju demokratycznym, którego ideologiczne podstawy i praktyczne mechanizmy funkcjonowania stanowią całkowite zaprzeczenie zasad porządku państwowego bronionych przez konserwatyzm. Jakie więc stanowisko powinni oni zająć względem demokratycznego systemu politycznego oraz odpowiadającego mu układu socjopolitycznego? Demokracja pozostaje daną empiryczną i nie sposób od niej uciec przy określaniu własnego stosunku do otaczającego nas świata politycznego.

Skoro konserwatywni przeciwnicy demokracji muszą egzystować w państwie demokratycznym, za optymalny wypada im uważać stan, w którym państwo to wstrząsane jest nieustannymi kryzysami. Jako korzystne i pożądane wówczas z ich punktu widzenia ocenić należy takie zjawiska, jak: utrzymywanie się intensywnych, wyraźnie przejawiających się napięć w łonie klasy politycznej, partyjne rozdrobnienie parlamentu i jego niezdolność do wyłonienia trwałej większości, jak najczęstsze rozpady koalicji rządowych i upadki kolejnych gabinetów, płynność i chaotyczność przepływu elektoratu pomiędzy poszczególnymi ugrupowaniami partyjnymi i w rezultacie ciągła dynamiczność sceny politycznej. Gdy utrzymuje się i wzrasta intensywność tych i podobnych procesów, państwo demokratyczne pogrąża się w permanentnym kryzysie politycznym, a demokracja ulega rozkładowi – i może upaść, w razie sprzyjającej koniunktury międzynarodowej (casus III Republiki Francuskiej, w której demokratyczne rozbuchanie doprowadziło do paraliżu państwa, umożliwiając łatwe obalenie jego ustroju przez wojskową interwencję niemiecką) lub wewnętrznej (casus tzw. II Republiki Hiszpańskiej, gdzie postępująca polaryzacja postaw politycznych zakończyła się rozpadem państwa na dwa zwalczające się, niedemokratyczne ośrodki, a także polskiej „republiki marcowej”, gdzie nieograniczona niczym demokratyczna praktyka polityczna przyprawiła państwo o stan rozprzężenia, w którym stało się ono łatwym łupem dla autorów antydemokratycznego zamachu stanu z 1926 r.). Skłócenie klasy politycznej, duża liczba klubów parlamentarnych, nietrwałość kolejnych gabinetów, nieograniczone rządy izby parlamentarnej – to cechy wspólne III Republice Francuskiej, II Republice Hiszpańskiej czy Polsce w okresie ustroju marcowego. Żaden jednak z wymienionych scenariuszy – francuski, hiszpański ani polski – nie sprawdziłby się, a rządy marszałka Petaina, gen. Franco ani Marszałka Piłsudskiego nie powstałyby na gruzach reżimów demokratycznych, gdyby w każdym z tych państw nastąpiła stabilizacja demokratycznego systemu politycznego: utrwalenie się rządów w ramach demokracji.

Demokracja to zawsze rządy chaosu, jednak możliwy do osiągnięcia jest w niej stan, w którym chaos zostaje ograniczony, w elementarnym zakresie ujęty w karby – przechodzi, by tak rzec, w chaos kontrolowany. W takim stanie właściwe demokracji kłótliwość oraz walka partii i egoistycznych grup interesu wprawdzie nie zanikają – ponieważ byłoby to równoznaczne z zanikiem demokracji – lecz są utrzymywane w granicach, w jakich nie stwarzają zagrożenia destabilizacji systemu. Wódz francuskich rojalistów Charles Maurras (1868-1952) opisał ten stan lapidarnym wyrażeniem: „Republika nie umie rządzić, ale umie się bronić.” Cel konserwatywnych przeciwników demokracji stanowi natomiast republika nie umiejąca ani rządzić, ani się bronić – gdyż może w niej dojść do obalenia demokracji. Z tych też powodów za najlepsze od szeregu lat wypada uznać rządy funkcjonujące w okresie skróconej kadencji parlamentarnej 2005-2007 – bynajmniej nie z sympatii dla ich poszczególnych posunięć czy politycznego programu, albo raczej nie tyle programu, co używanego przez nie typu retoryki politycznej. O pozytywnej ocenie ich urzędowania decydują takie związane z nimi zjawiska, jak: konfrontacyjność życia politycznego, napędzanie intensywnej walki frakcji, skuteczne skłócenie klasy politycznej, relatywnie duże rozdrobnienie parlamentu. Analogicznie, jako wysoce niebezpieczne oceniać należy aktualne rządy, w okresie których demokratyczny system polityczny zmierza do ustabilizowania się na dłuższy czas w formie zrównoważonego układu dwubiegunowego, z jedną partią rządzącą, gromadzącą głosy wszystkich osób popierających orientację aktualnych rządów, i jedną partią opozycyjną, gromadzącą głosy praktycznie wszystkich osób kontestujących orientację aktualnych rządów. Taki model rządów, jakkolwiek by nie oceniać jego programu politycznego – czy raczej typu retoryki politycznej – wydłuża żywotność reżimu demokratycznego.

Wyrokiem śmierci dla polskiej demokratycznej klasy politycznej jako struktury byłoby otwarcie całkowicie swobodnego dostępu do materiałów zgromadzonych na jej temat przez organa komunistycznego aparatu bezpieczeństwa. Gdyby nagle ujawniono w pełnej skali tych zjawisk, że jej „powszechnie szanowani” w kraju i za granicą reprezentanci byli donosicielami, mieli powiązania ze światem kryminalnym, zostali na różnych polach swojej działalności wypromowani przez bezpiekę bądź korzystali z jej pomocy, brali pieniądze od obcych wywiadów, że są zboczeńcami albo dziećmi czy krewnymi komunistycznych prominentów – nastąpiłby jeśli nie początek końca demokracji w Polsce, to przynajmniej jej koniec w obecnej formule. Demokratyczna klasa polityczna mogłaby nie przeżyć podobnego wstrząsu. Z punktu widzenia konserwatywnych przeciwników demokracji optymalny scenariusz musi polegać na tak zwanym kolokwialnie otwarciu archiwów, bez żadnych zastrzeżeń i ograniczeń. Niedopuszczenie do niego leży zaś w solidarnym interesie demokratycznej klasy politycznej. Z punktu widzenia jej członków optymalny scenariusz to zmonopolizowanie dostępu do bezpieczniackich akt przez jedną państwową instytucję, której kierownictwo powoływane jest przez naczelne organa państwa o składzie wyłanianym politycznie (parlament lub parlamentarny rząd) – aby każda rządząca frakcja zgodnie ze swoim interesem mogła wybiórczo wykorzystywać zawartość akt do walki politycznej z konkurencyjnymi frakcjami.

Przechodząc do wniosków, konserwatywni przeciwnicy demokracji powinni dążyć w dłuższej perspektywie czasowej do całkowitego otwarcia archiwów komunistycznego aparatu bezpieczeństwa. W krótszej perspektywie czasowej muszą skupić swe wysiłki na utrzymaniu i stopniowym rozszerzaniu pluralizmu dostępu do archiwów, aby obiegu kompromitujących materiałów nie mógł kontrolować jeden podmiot, zwłaszcza państwowy – co zabezpieczałoby interesy klasy politycznej Republiki Okrągłego Stołu. Pierwszym sposobem realizacji interesu krótkofalowego może być dążenie do zapewnienia szerokiego dostępu do akt bezpieki mediom: zarówno jawnie upolitycznionym (kontrolowanym przez zwalczające się frakcje klasy politycznej), jak i, zwłaszcza, bezideowym brukowo-plotkarskim, żerującym na sensacji. Zwiększyło by to przepustowość wyciekania kompromitujących materiałów i tym samym przyspieszyło erozję obecnej klasy politycznej. Po drugie, analogicznie szeroki, a w razie możliwości jeszcze szerszy dostęp do akt, niż mediom, należałoby zapewnić światu nauki. Rzecz jasna, każda szanująca się frakcja klasy politycznej ma w nim swoją ekspozyturę – pracujące dla niej „apolityczne autorytety” – jednak z przyczyn naturalnych (można by rzec: demograficznych) z biegiem czasu będzie się w jego szeregach zmniejszać odsetek byłych TW oraz osób związanych niegdyś z komuną, których grupowy interes leży w zablokowaniu dostępu do wiedzy zamkniętej w teczkach. Świat akademicki ma zatem szansę odegrać istotną rolę w staraniach o zniszczenie aktualnego układu socjopolitycznego – osobliwie, jeśli jako historycy i badacze archiwów zasilą go konserwatywni przeciwnicy demokracji.

Finalny wniosek przedstawia się następująco: w polskich warunkach konserwatywny przeciwnik demokracji w żadnym wypadku nie może być przeciwnikiem lustracji jako takiej. Jeżeli zaś to czyni – czy tego chce, czy nie, degraduje się do roli „pożytecznego idioty”, który sprzyja stabilizacji demokratycznego systemu politycznego i broni interesów klasy politycznej zrodzonej w oparach wódy rozpitej w Magdalence.

Adam Danek

Piłsudczycy a powstanie warszawskie

Niedawno minęła kolejna rocznica prawdopodobnie najgorszej polskiej klęski strategicznej w XX wieku, jaką było powstanie warszawskie. W związku z tym prof. Adam Wielomski opublikował felieton pod tytułem „Insurekcyjny romantyzm ‘44”.* Autor przedstawił bardzo surową ocenę powstania – którą piszący te słowa w pełni podziela. Felieton kończy się jednak zdumiewającą puentą. Przytaczamy ją in extenso: „Co kierowało dowódcami AK, którzy ten rozkaz wydali? Osobiście uważam – acz badań nad tym problemem nie prowadziłem, więc wiem, że moja hipoteza jest mocna dyskusyjna - że wyłącznie polityka i to niekoniecznie międzynarodowa. Nie chodziło tylko o zbliżających się sowietów. Wydaje się, że kierownictwo AK obawiało się, że Polska odzyska byt państwowy na mocy decyzji politycznych, a więc dzięki rządowi w Londynie. Ale w Londynie rządziły PPS, SP, PSL i (częściowo w opozycji) ND. Nie było tu piłsudczyków. Tymczasem to właśnie sanacyjni oficerowie dominowali w AK. Gdyby więc Polska została odbudowana na mocy decyzji politycznych, to rząd z Londynu wróciłby do Polski i objął władzę, a postsanacyjne środowiska odpowiadałyby za klęskę z IX 1939 roku. W tej sytuacji jedyną szansą powrotu do polityki był wybuch Powstania, przejęcie władzy i powitanie Rządu Londyńskiego z pozycji ››gospodarza‹‹.” Mimo zastrzeżeń poczynionych przez p. Wielomskiego („badań nad tym problemem nie prowadziłem, więc wiem, że moja hipoteza jest mocna dyskusyjna”) powyższa opinia razi nierzetelnością i trudno ją uznać za coś więcej niż motywowaną uprzedzeniami politycznymi insynuację pod adresem nie lubianej przezeń tradycji politycznej – co też niniejszym postaramy się ukazać.

Prof. Wielomski stwierdził, iż „to właśnie sanacyjni oficerowie dominowali w AK”, omieszkał jednak to arbitralne stwierdzenie uzasadnić. Może i nic w tym dziwnego, ponieważ utrzymać się go nie da. Po wybuchu II wojny światowej budowa polskiej konspiracji zbrojnej rozpoczęła się od powołania jeszcze we wrześniu 1939 r. tajnej organizacji o nazwie Służba Zwycięstwu Polski. Pod względem genezy SZP można z pełną odpowiedzialnością uznać za sanacyjną. Powstała z polecenia marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza; jej dowódcą został piłsudczyk i weteran Legionów Polskich gen. Michał Karaszewicz-Tokarzewski (1893-1964), zaś zastępcą dowódcy mjr Edmund Galinat (1899-1971) – przed wojną działacz sanacyjnego Obozu Zjednoczenia Narodowego, związany z pismem „Zaczyn”, skupiającym wokół siebie zwolenników totalizmu państwowego. Los SZP przesądził się wszelako, gdy wkrótce na czele polskiego rządu na wychodźstwie stanął najzacieklejszy polityczny wróg piłsudczyków i wszystkiego, co wiązało się z Marszałkiem Józefem Piłsudskim – gen. Władysław Sikorski. Przez kilka miesięcy jego rząd próbował inspirować i wspierać finansowo w Kraju organizację konspiracyjną konkurencyjną wobec SZP – Centralny Komitet Organizacji Niepodległościowych, kierowany przez Ryszarda Świętochowskiego, osobistego znajomego gen. Sikorskiego z przedwojennych środowisk „demokratycznej opozycji” antysanacyjnej (tzw. Frontu Morges). Na przełomie 1939 i 1940 r. Sikorski, już po połączeniu w swych rękach funkcji premiera i Naczelnego Wodza, rozwiązał swym rozkazem SZP, którą uważał za podejrzany politycznie i szkodliwy element piłsudczykowski, a na jej miejsce utworzył Związek Walki Zbrojnej. Gen. Karaszewiczowi-Tokarzewskiemu rozkazał w ramach ZWZ objąć dowództwo nad Obszarem Nr 2 (z centralą we Lwowie), tzn. sowiecką strefą okupacyjną. Prawdopodobnie chciał się w ten sposób pozbyć sanacyjnego generała: jako dowódca pamiętnej odsieczy Lwowa z listopada 1918 r. Karaszewicz-Tokarzewski był tam powszechnie rozpoznawany, zatem wydawało się oczywiste, że natychmiast po przybyciu na miejsce zostanie zdekonspirowany. I rzeczywiście, NKWD aresztowało dawnego dowódcę SZP już w chwili przekraczania granicy dzielącej niemiecką i sowiecką strefę okupacyjną. W 1942 r. gen. Sikorski kolejnym rozkazem przekształcił Związek Walki Zbrojnej w Armię Krajową.

Według p. Wielomskiego „to właśnie sanacyjni oficerowie dominowali w AK”. W rzeczywistości zarówno wojskowe, jak i cywilne struktury polskiego Państwa Podziemnego od początku 1940 r. budowały środowiska wywodzące się z przedwojennych partii politycznych (w nawiasach podajemy ich wojenne kryptonimy): Polskiej Partii Socjalistycznej („Koło”), Stronnictwa Ludowego („Trójkąt”), Stronnictwa Narodowego („Kwadrat”), Stronnictwa Pracy („Romb”) oraz Stronnictwa Demokratycznego („Prostokąt”). Formacje te dzieliło wiele różnic programowych, ale łączyła absolutna wrogość do sanacji i mniejsza bądź większa nienawiść do całego okresu 1926-1939. Z powodu wytworzenia się takiego właśnie politycznego układu sił w Państwie Podziemnym piłsudczycy byli w nim izolowani i w rezultacie skupiali się na pracy we własnych, nie posiadających wielkiego zasięgu organizacjach konspiracyjnych – Obozie Polski Walczącej oraz Konwencie Organizacji Niepodległościowych. Świadectw tej izolacji „postsanacyjnych środowisk”, jak nazywa je Autor, nie brakuje w wojennych wspomnieniach członków piłsudczykowskiego podziemia, takich jak narodowo-państwowy myśliciel polityczny dr Klaudiusz Hrabyk (1902-1989) czy faszyzujący pisarz Ferdynand Goetel (1890-1960).

Interesujące światło na polityczny profil polskiej konspiracji wojskowej rzucają świadectwa powstałe w środowisku podziemnej organizacji zbrojnej Konfederacja Narodu, dowodzonej przez Bolesława Piaseckiego (1915-1979), przedwojennego wodza RNR-Falangi. Konfederacja powstała całkowicie poza środowiskami tworzącymi ZWZ-AK, lecz w 1942 r. podjęła z wojskowym ramieniem Państwa Podziemnego oficjalne rozmowy o zjednoczeniu. Komórki wywiadowcze KN starały się możliwie jak najlepiej wybadać partnera. W rezultacie powstał m.in. wewnętrzny dokument Konfederacji z 3 marca 1942 r., zawierający następującą ocenę: „ZWZ, będąc oficjalną organizacją wojskową, posiada równocześnie charakter wybitnie polityczny i dąży do opanowania władzy w Kraju w chwili przełomu (…). ZWZ znajduje się pod wpływem Centrolewu.” Centrolewu, a więc środowisk politycznych stanowiących przed wojną główny nurt „demokratycznej opozycji” antysanacyjnej.

Prof. Wielomski insynuuje, że powstanie warszawskie zostało wzniecone przez piłsudczyków dominujących w AK. Jak to się ma do prawdy? Za człowieka sanacji można z pewnością uznać pierwszego komendanta głównego AK (a wcześniej ZWZ), gen. Stefana Roweckiego – weterana I Brygady Legionów Polskich, przed wojną czynnego w ruchu legionowych kombatantów. Ale gen. Rowecki od 1943 r. pozostawał w niemieckiej niewoli. Natomiast jego następca na Komendzie Głównej AK, gen. Tadeusz Komorowski, nie miał żadnych biograficznych powiązań z kręgami sanacyjnymi, a politycznie skłaniał się ku linii określonej w raporcie Konfederacji mianem Centrolewu. Na nim, jako na najwyższym dowódcy podziemnych sił zbrojnych, spoczywa główna odpowiedzialność za decyzję o podjęciu powstania i za jej straszliwe konsekwencje. Co ciekawe, w jego odezwie do żołnierzy z 1 sierpnia 1944 r. pobrzmiewała, paradoksalnie, ideologia endecka – Komendant Główny wzywał do „walki z odwiecznym wrogiem Polski, najeźdźcą niemieckim”.

Jak wiadomo, wydanie przez gen. Komorowskiego rozkazu poprzedziły konsultacje prowadzone wcześniej w ścisłym kierownictwie Armii Krajowej. Za rozpoczęciem powstania opowiadał się stanowczo pierwszy zastępca szefa Sztabu KG AK, gen. Leopold Okulicki. Można by go było zaliczyć do piłsudczyków jako weterana ruchu strzeleckiego, Legionów Polskich i Polskiej Organizacji Wojskowej, lecz wymagałoby to solidnego naciągnięcia faktów, ponieważ Okulicki w życiu politycznym okresu sanacyjnego nie uczestniczył wcale. Do powstania parł także niewątpliwy piłsudczyk – gen. Tadeusz Pełczyński (1892-1985), szef Sztabu KG AK, a przed wojną wieloletni dowódca Oddziału II Sztabu Głównego WP – wojskowych służb specjalnych. Ten fakt mógłby częściowo potwierdzać pogląd o wywołaniu powstania przez motywowanych politycznie piłsudczyków… gdyby w kręgu dowódczym AK najbardziej pesymistycznie nie odnosił się do planów powstańczych także niewątpliwy piłsudczyk, były dowódca jednostek Kedywu płk August Emil Fieldorf (1895-1953), weteran I Brygady Legionów Polskich i uczestnik zamachu majowego w 1926 r. Teza o nieodpowiedzialnych piłsudczykach jako autorach powstania rozmywa się w ten sposób coraz bardziej, zwłaszcza, że o wydaniu przez gen. Komorowskiego decyzji o jego rozpoczęciu przesądził oficer z sanacją niepowiązany w ogóle – komendant Okręgu Warszawskiego AK płk Antoni Chruściel, składając Komendantowi Głównemu fałszywy raport o pojawieniu się na warszawskiej Pradze sojuszniczych, jak się spodziewano, sowieckich czołgów. To Chruściel, nie zaś Komendant Główny czy szef Sztabu KG AK, objął następnie funkcję faktycznego dowódcy całości sił powstańczych.

Jak zaś do planów powstańczych ustosunkowały się zorganizowane politycznie środowiska piłsudczykowskie? Ich czołowym analitykiem wojskowym był doc. ppłk Wacław Lipiński (1896-1949), oficer legionowy, członek wspomnianych Służby Zwycięstwu Polski i Konwentu Organizacji Niepodległościowych. W kolportowanej w podziemiu broszurze „Bilans czterolecia 1939-1943”, wydanej w styczniu 1944 r., pisał on: „Pod koniec wojny nie Niemcy opuszczający Polskę stanowić będą główne zagadnienie polityczno-wojskowe, lecz przychodzący Rosjanie, nie przeciw Niemcom winniśmy mobilizować główną naszą aktywność, lecz przeciw Rosji. Tak się przedstawia istota zagadnienia, którego realizm i słuszność są tym większe, im bardziej są w danej chwili niepopularne. (…). W położeniu wytworzonym przez cofanie się Niemców z Polski i wkraczanie do niej Rosjan – nie będzie warunków ani na powstanie anty-niemieckie, jako akt polityczno-wojskowy, ani na żaden inny akt wywoływania odwetu. Niemcy wycofujący się z Polski wśród walk z napierającymi Rosjanami – wykonywać będą musieli swe ruchy bez przeszkód ze strony Polaków. Powstanie przeciw-niemieckie byłoby w tych warunkach szaleństwem politycznym, samobójstwem wojskowym.” Na kilka miesięcy przed wybuchem powstania jeden z przywódców krajowych środowisk piłsudczykowskich przestrzegał, iż równałoby się ono strategicznemu samobójstwu. Z kolei na wychodźstwie powstańcze plany równie surowo krytykował były sanacyjny dyplomata i działacz Obozu Zjednoczenia Narodowego, Tadeusz Katelbach (1897-1977).

Podsumowując, pogląd p. Wielomskiego, jakoby za tragedię powstania warszawskiego odpowiadała polityczna sitwa piłsudczyków, wypada uznać za całkowicie niezgodny z prawdą. Pozostaje tylko prosić Autora, który wyznaje otwarcie: „badań nad tym problemem nie prowadziłem, więc wiem, że moja hipoteza jest mocna dyskusyjna”, aby formułowanie opinii na takie tematy jednak poprzedzał badaniami, co pozwoli uniknąć popadania w oceny rażące stronniczością.

A dlaczego stronniczością? Otóż śledząc publicystykę prof. Wielomskiego łatwo zauważyć, iż jej Autor z sobie tylko znanych powodów wykorzystuje wszelkie okazje, by obrzucać błotem oszczerstw piłsudczykowsko-sanacyjną tradycję polityczną. Niektórzy polemiści – w tym, nie ukrywajmy, również niżej podpisany – zarzucali mu prezentowanie publicystycznej optyki tzw. endokomuny. P. Wielomski odpierał zarzut, podkreślając, że nie zalicza się przecież ani do endeków, ani do komunistów. Dlaczego zatem tak ostentacyjnie zgadza się i z pierwszymi, i z drugimi? Zideologizowana historiografia endecka i komunistyczna pokrywały się w szeregu kwestii – najbardziej wyraźnie właśnie w doszukiwaniu się w całym złu w nowszej polskiej historii mitologizowanej przez nie ręki piłsudczyków.

Adam Danek

Romanzo d’amore in Reggenza del Carnaro, czyli impresja muzyczna.




Dźwięki akordeonu pobrzmiewające echem wśród wąskich, brukowanych uliczek nadmorskiego miasta; lekkie tony fortepianu akompaniującego pięknej szansonistce w jednej z licznych kawiarni; śpiewana ochrypłym, żołnierskim głosem "Giovinezza!"... Jakież to ludzkie, śpiewać na chwałę zwycięstwu i miłości; jakież to italijskie, dać ponieść się melodii płynącej z serca; jakież to orfickie, emocje zakląć w muzyce i poezji by czerpać z nich siłę! Noc zapada nad Fiume, zewsząd słychać śpiew. Na chwałę miłości i zwycięstwu.

Nocy z 12 na 13 września roku 1919 w nadadriatyckim porcie Fiume wydarzenia minionego dnia były wspaniałą okazją do świętowania. Miasto stało się wolne i włoskie, nie ma i nie będzie zgody na upokarzające postanowienia traktatu wersalskiego. Nazwisko wyzwoliciela jest na ustach wszystkich: to przesławny d'Annunzio, autor "Triumfu śmierci", pisarz, poeta i as lotniczy, były dowódca eskadry "La Serenissima", która w trakcie Wielkiej Wojny dokonała słynnego lotu nad Wiedniem. Ten zawiadaka stoi na czele prawie trzytysięcznej armii śmiałków (Arditi) -weteranów, nacjonalistów i zwykłych awanturników, zmobilizowanych jego charyzmą i autorytetem. Ich przemarszom przez ulice oswobodzonego miasta towarzyszy powszechna radość i otwarcie demonstrowany patriotyzm. Wydarzenia te szerokim echem odbijają się w wykrwawionej wojną i wyczerpanej epidemią hiszpanki Europie. Rządzone z fantazją przez Comandante d'Annunzio miasto szybko staje się miejscem wyszukanych ceremonii, hucznych zabaw i spotkań artystycznej awangardy. I choć od tamtych wydarzeń minął prawie wiek i wydaje się, że nasz kontynent zatracił pamięć o wszelkim heroizmie, to awangarda artystyczna -ta prawdziwa!- wciąż pamięta o barwnej osobie Gabriela d'Annunzio i jego Włoskiej Regencji Carnaro proklamowanej w Fiume. Dowodem na to jest debiutancki, wydany przed trzema laty album "Dissobbedisco!" włoskiej grupy IANVA (łac. drzwi), którego głęboko artystyczny wymiar sprawia, że zasługuje on na dostrzeżenie i szersze omówienie.

"Dissobbedisco!" to utwory wymykające się jednoznacznej klasyfikacji; zawsze wykonywane z wykorzystaniem bardzo bogatego instrumentarium, czasami zbliżają się do muzyki marszowej i folkowej, to znów ciążą w stronę poezji śpiewanej i muzyki klasycznej. Sami muzycy zwykli określać tę cokolwiek eklektyczną lecz spójną mieszankę mianem "muzycznego archeofuturyzmu". Osią osadzonych w realiach rządzonego przez d'Annunzio Fiume piosenek jest tragiczny romans jednego z Arditi, majora Cesare Renzi i uwodzicielskiej śpiewaczki Elletry Stavros. Historia kochanków opowiedziana jest za pośrednictwem ich monologów, stanowiących podstawę liryczną niemal wszystkich utworów, z wyjątkiem czysto instrumentalnych wstępu ("Colpo Di Maglio") i zakończenia ("Amor Sola Lex"). "Colpo Di Maglio" ("Uderzenie młota") wprowadza w militarny nastrój trzeszczącym przemówieniem puszczonym z gramofonowej płyty. W jego tle stopniowo narasta ambientowe, bardzo mroczne i niepokojące brzmienie, w swym punkcie kulminacyjnym przechodzące w agresywny marsz wybijany na werblu, z surowymi kontrapunktami sekcji dętej. Bardziej melancholijnym rozwinięciem tego utworu okazuje się "La Ballata Dell'Ardito" ("Ballada śmiałka"). Rozgoryczony końcem wojny major Renzi w przebłysku olśnienia widzi Europę spętaną drutem kolczastym ("D’un’Europa di vent’anni presa nel filo spinato(...)") i zaczyna rozumieć swą dotychczasową drogę: od młodzieńczego nihilizmu ukrywanego za radykalnością działania ("Non intrepida irruenza, ma solo indifferenza.") aż po koniec Wielkiej Wojny, która uczyniła z niego mężczyznę i bohatera, ale też pozostawiła bez celu i miejsca do którego mógłby powrócić. Rozważania te kontynuowane są w "Vittoria Mutilata" ("Kalekie zwycięstwo"). Zdemobilizowany Renzi pozbywa się resztek złudzeń, cynicznie polemizuje z futurystycznym manifestem Marinettiego: wojna nie jest już dla niego "jedyną higieną świata" ani dziełem sztuki -jej jedyną zaletą jest to, że pozwala porzucić wszelkie utopijne wizje i stanąć twarzą w twarz z rzeczywistością. Na ruinach świata zrezygnowany żołnierz obiera na swe motto okrzyk "Audere Semper" (łac. "zawsze śmiało", zawołanie wymyślone przez d'Annunzio) i postanawia czekać, aż znów będzie mógł wziąć udział w walce. Ta chwila nadchodzi wraz z bitwą o Fiume, wspaniale przedstawioną w chyba najlepszym utworze z całego albumu, "Di Nuovo In Armi!" ("Na powrót pod bronią!"). Podobnie jak w "Colpo Di Maglio", jego podstawę muzyczną stanowi agresywny marsz, wspaniale dopełniony przez surowe gitarowe akordy i wyśpiewywane z zacięciem strofy. Renzi opowiadając o wyprawie zauważa towarzyszącą jej dekadencję ("C’erano casse di cognac e di munizioni/ C’erano gerani e bandiere a tutti i balconi" -"Były skrzynki z koniakiem i amunicją/ Były pelargonie i flagi na wszystkich balkonach"), która jednak nie umniejsza jej wielkości ani nie przyćmiewa wspaniałości tego wydarzenia: "C’erano ragazzi dal formidabile cuore: /Si scatenava l’amplesso tra Musa e Furore!" ("Byli młodzieńcy o ogromnych sercach /To zwarło w uścisku Muzę i Furię!"). Z tego uścisku, niczym Wenera z morskiej piany, wyłania się promieniująca sex-appeal'em Elletra Stavros wyśpiewująca swój popisowy numer, "Tango bachantki" ("Tango Della Menade"). Uwodzicielska śpiewaczka oczarowuje publiczność swym głosem, lecz jej pieśń przeznaczona jest tylko dla uszu majora Renzi. Elletra okazuje się niebezpieczną, manipulującą mężczyznami femme fatale: "Per te /Dovrei essere Kali /La Dea /Madre di mille pugnali" ("Dla ciebie/ Powinnam być Kali/ Boginią/ Matką tysiąca sztyletów"). W mrocznych i pełnych mistycyzmu wersach wyraża swe uczucia. Renzi zakochuje się w niej, pomimo że przeczuwa, iż jej pobyt w mieście związany jest z grą wywiadów... Z targających nim namiętności zwierza się przyjacielowi w długim monologu ("Per Non Dormire" -"Nie śpiąc"). Tylko pozornie szuka jakiegoś rozwiązania, bowiem nie chce i nie umie przerwać romansu -"Quale soluzione adottare con Lei/ Che folgore é già nel nome: Elettra!" ("Cóż począć gdy/ Ta błyskawica jest już w imieniu: Elletra!"). Major pisze pożegnalny list do swych towarzyszy broni ("Traditi" -"Zdradzony"), tłumacząc, że miłość do kobiety odmieniła go i nie znajduje już siły by dalej walczyć u ich boku. Tymczasem Elletra, wiedząc o nadchodzących wydarzeniach ucieka w opar morfinistycznych halucynacji ("Fuoco A Fiume", tj. "Rzeka ognia"), jednak nawet narkotyki płynące w jej żyłach nie przynoszą ukojenia w obliczu popełnionej zdrady i palącej serce miłości. Finał tragedii ("Muri D'Assenzio" -"Mury absyntu") rozpoczyna się wraz z inwazją regularnych sił włoskich na Regencję Carnaro. To przedostatni i silnie zapadający w pamięć utwór, głównie za sprawą budujących wspaniały nastrój fortepianu i akordeonu, wspieranych przez bębny, gitarę i smyczki. Popijający absynt Renzi widzi flotę rozpoczynającą ostrzał portu i swych towarzyszy ruszających do walki. Wybiega na ulicę, by przypadkiem w tłumie odnaleźć Elletrę. Kochankowie w przypływie nadziei obiecują spotkać się w Trieście i wymieniają ostatni pocałunek. Chwilę później major Renzi pada na ulicę z przestrzeloną głową. Kulę -nie wiadomo, przypadkową czy też nader celną?- wystrzelił jeden z jego dawnych przyjaciół... "Amor Sola Lex", utwór kończący całą płytę, to już tylko epitafium i podarowana nam przez muzyków chwila zadumy nad wojną i miłością.

Zanim jeszcze ucichnie echo wystrzału, który przeorał mózg młodego majora, jasne staje się też przesłanie muzyków z IANVA: cóż pozostaje w tych psich czasach pozbawionych bohaterstwa i fantazji, jak nie pamięć o Historii i kontemplacja Sztuki? "Dissobbedisco!" splata je w niezwykły węzeł, który ja już nieco dla Was poluzowałem. Teraz Wasza kolej.





Post Scriptum: Znacznie więcej informacji na temat postaci Gabriela d'Annunzio oraz Włoskiej Regencji Carnaro znajduje się w znakomitym artykule Tomasza L. Wiśniewskiego, pod tym adresem: http://www.reakcjonista.pl/readarticle.php?article_id=5&rowstart=0



Post Scriptum II: Film ilustrujący utwór "Di Nuovo In Armi!" jest mojego autorstwa.
Tomasza Wiśniewskiego przepraszam za drobne nieporozumienie wynikłe z anonimowości i multijęzykowości serwisu YouTube.



Michał Prokopowicz

Uwagi na marginesie tradycyjnego absolutyzmu moralnego i etyki sytuacyjnej

Od redakcji: redakcja nie zgadza się z opinią kol. Anioła na temat Eligiusza Niewiadomskiego i zastrzega sobie prawo do ogłoszenia wobec niej polemiki ;)


„Sit autem sermo vester est est non non” (Mt 5,37)

Kryzys, jaki toczy od kilku ostatnich stuleci Europę ma podłoże metafizyczne. Jest to teza niekontrowersyjna, po wielokroć konstatowana w literaturze prawicy antysystemowej. Wspomnijmy tu chociażby opus magnum krzyżowca XX wieku – prof. Plinio Corręa de Oliveira, „Rewolucja i Kontrrewolucja”(1). Warto również zauważyć, że nawet myśliciele związani z polską ideą narodową, w jej świeckiej fazie, upatrywali w kręgach anty-kościelnych czynnik wysoce rozkładowy (2). Aby dać odpór tej fali degeneracji, zwanej w niektórych kręgach „postępem”, w głównej mierze musimy skupić się właśnie na odrodzeniu katolickiego ducha Europy, ducha Kościoła wojującego.

Jeśli pragniemy podnieść sztandar ancien regime’u i w sposób zorganizowany próbować tworzyć nowe rycerstwo, punktem wyjścia niech będzie dla nas należyte oświetlenie podstawowych problemów teologii, a zwłaszcza teologii moralnej – dla kształtowania dojrzałych sumień – rzecz nieodzowna. Bez tych fundamentów każda antysystemowa działalność skazuje się na niepowodzenie, bez nich nie dotrzemy do źródła problemu, który tkwi jak wiemy w duszy człowieka. Ja chciałbym dziś skupić się jedynie na dwóch interesujących zagadnieniach, na absolutyzmie moralnym i etyce sytuacyjnej, natomiast w pozostałym zakresie polecę Czytelnikowi ciekawą literaturę (3).
"Robić zło w dobrym celu? Pomyśl: nawet, gdybym mógł jednym kłamstwem zakończyć ten konflikt (tj. II wojnę światową – przyp. M.A.), nie zrobiłbym tego, choć może zdziałałbym wiele dobrego!" (4). Te słowa świętego ojca Pio wypowiedziane do penitentki wyznającej, iż kłamała w celu osiągnięcia dobra, to chyba najbardziej wyrazisty przykład tego czym w istocie jest absolutyzm moralny. W katolickim porządku etycznym mamy pewien katalog dyrektyw, określanych jako negatywne normy moralne, które zakazują brania za przedmiot aktu woli czynów wewnętrznie złych. Normy te obowiązują bezwzględnie, niezależnie zarówno od intencji jak i skutków (5). Szeroki katalog czynów wewnętrznie złych albo inaczej złych z natury znajdziemy chociażby w Katechizmie Kościoła Katolickiego czy encyklikach (Veritatis Splendor, Humanae Vitae). Należą do nich przykładowo: bluźnierstwo, nierząd, kłamstwo, oszczerstwo, gwałt, akt homoseksualny, aborcja, eutanazja, morderstwo. W żadnych więc okolicznościach nie będzie się godziło zabicie niewinnego, nawet dla większego dobra (6). Jeśli jednak dopuścimy się tego nie w pełni świadomie bądź nie w pełni dobrowolnie to zaciągamy tylko grzech lekki albo wcale grzechu nie popełniamy. Okoliczności jednak jak mówi Katechizm: „nie mogą uczynić ani dobrym, ani słusznym tego działania, które jest samo w sobie złe” (7). Oś podziału między sytuacjonizmem, a absolutyzmem dobrze oddają te przykładowe tezy:

„Jeśli działałeś w wielkim strachu może nie popełniasz grzechu”.

„Jeśli działałeś w wielkim strachu możesz czynić wszystko i jest to dozwolone”.

Pierwsza z nich jest prawdziwa i licuje z katolicką ortodoksją. Druga to właśnie przykład sytuacjonizmu, którego ojcem był Joseph Fletcher autor działa „Etyka sytuacyjna. Nowa moralność”. Pogląd ten neguje istnienie czynów moralnie złych z natury, a pozytywną bądź negatywną ocenę moralną czynu uzależnia od okoliczności czy intencji. Jest przeto poglądem heretyckim, zaprzeczającym „prawdzie, w którą należy wierzyć wiarą boską i katolicką” (kanon 751), czyli m.in zwyczajowemu, powszechnemu nauczaniu Kościoła w kwestiach moralnych (8)(9).

Konieczność zabiegania o kształtowanie żelaznych, dojrzałych sumień nabiera iście państwowej wagi w obietnicy, jaką złożył Jezus Chrystus błogosławionej siostrze Faustynie: "Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli Mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście Moje." Nie można zaprzeczyć, że myślenie kategoriami interesu narodowego zlewa się tutaj z myśleniem kategoriami Ewangelii. Dlatego warto zawsze stawiać sobie pytanie, tak przy tworzeniu koncepcji ideowych jak i w praktycznej działalności, o posłuszeństwo Woli Bożej. Abstrahując od niej skazujemy się na los umierających śmiercią naturalną narodów Zachodu. Wszak „zapłatą za grzech jest śmierć” (Rz 6,23).

W świetle tych rozważań z pewnym niepokojem należy patrzeć na pojawiające się w niektórych środowiskach narodowo-radykalnych, próby gloryfikowania Eligiusza Niewiadomskiego. Jest to postać niewątpliwie wybitna, zasłużona dla polskiej kultury i sztuki. Jednak to nie dzięki „Centaurom w lesie” zaskarbił sobie sławę u niektórych narodowców. Mam poważne wątpliwości czy godzi się nazywać go „bohaterem, który poświęcił swoje życie w walce o Wielką Polskę”. Zdaję sobie sprawę, że prezydent Narutowicz był prawdopodobnie kimś pokroju Kwaśniewskiego, ale jak mówi hrabia de Maistre: „Kontrrewolucja nie jest rewolucją na wspak”. Znaczące jest także to, że biskupi zakazali mszy świętych za Niewiadomskiego. Przypomnę na koniec tej części punkt 1868 Katechizmu: „...ponosimy odpowiedzialność za grzechy popełniane przez innych, gdy w nich współdziałamy (...) nakazując je, zalecając, pochwalając lub aprobując.”

Obok kwestii etycznych są też argumenty racjonalnej natury, które liczę, że trafią nawet do świeckich nacjonalistów.

Czy chwaląc czyn, który wypełnia znamiona skrytobójstwa nie pozbawiamy się możliwości krytykowania naszych politycznych przeciwników? Wymagamy od partii politycznych wysokich standardów moralnych, niejednokrotnie gromimy za ustawy zezwalające zabijać dzieci nienarodzone, a czy równie surowe wymogi stosujemy wobec siebie? Jeśli nie to w niczym nie jesteśmy różni od sejmowej „prawicy”.
Eligiusz Niewiadomski, jak sam zeznał na procesie, nosił się z zamiarem dokonania zamachu na marszałka Piłsudskiego. Gdyby ten nie zrezygnował z kandydatury na prezydenta najpewniej do zamachu by doszło. Nie jestem zwolennikiem tej postaci, ale Polska straciłaby wówczas człowieka, który mógł sprawić, że dziś kąpalibyśmy się nad Morzem Czarnym nie przekroczywszy granicy. Gdyby Piłsudski żył kilka lat dłużej Polska prawdopodobnie znalazłaby się w antysowieckim sojuszu z państwami Osi. O tej perspektywie ciekawie mówił jakiś czas temu prof. Wieczorkiewicz (10). Pytanie czy antygermańską endecję stać byłoby na taki ruch. Nie do przecenienia jest także jego koncepcja wojny prewencyjnej przeciwko hitlerowskim Niemcom. Nie powiodła się niestety z uwagi na pacyfistyczne nastroje Anglii i Francji, ale w pewnym układzie politycznym mogła się udać.

Ojciec polskiego nacjonalizmu - Zygmunt Balicki, na pierwszych stronach swojej najgłośniejszej pracy „Egoizm narodowy wobec etyki” pisze: „Jednostka (...) powinna zawsze stawiać sobie pytanie jaki typ społeczny wytwarza się pod wpływem jej postępowania”. Typ społeczny, jaki w ostatnich latach życia wytworzył Niewiadomski można chyba określić mianem somalijskiego. Bo w pogrążonej wojnami domowymi Somalii, życie publiczne uprawia się z karabinem w ręku. Zamach na pierwszego prezydenta II RP mógł zrodzić kontrakcję lewicy – mogło skończyć się to zamachem na Dmowskiego albo inną ważną figurę endecji. Wówczas „doniosłość czynu” naszego artysty byłaby postrzegana w nieco innym świetle.

Ciekawe jest też jak ma się realizm polityczny, którego znakomitą szkołę dał nam Roman Dmowski, do uprawiania kultu zabójcy Narutowicza. Czy sądzicie, że to przysporzy nam zwolenników? Naturalnie nie dla oklasków tłumu działamy, ale hołdy Niewiadomskiemu wystawiają narodowców, zupełnie niepotrzebnie, na ostrza krytyki, słusznej krytyki. Naszą pracę powinniśmy kierować do szerokich mas społecznych, zwłaszcza warto przyciągać i odpowiednio ukierunkowywać umiarkowanie konserwatywną młodzież, a nie tylko młodzieńców kierujących się zasadą: „gdzie radykalniej, tam fajniej”.

Nas natomiast może czekać los Młodzieży Wszechpolskiej, która w mediach przedstawiana jest niemalże wyłącznie na tle płonącej swastyki. Będziemy wytykani palcami. W każdej dyskusji będzie się wspominać, jakich czcimy „bohaterów” i zasługi Narutowicza, które tylko spotęgują społeczną niechęć. Każdy zainteresowany przeczyta w wikipedii, że pierwszy prezydent II RP: „pomagał Polakom ściganym przez carat”, „aktywnie zaangażował się w odbudowę państwa polskiego”, jako szef MSZ „Przyczynił się do wzmocnienia sojuszu z Rumunią, zawartego 3 marca 1921”. Zamach na Narutowicza to jednak nie jest zamach na Kutcherę.

Mam pewne przykre doświadczenie związane z tą sprawą. Znajoma, którą sobie bardzo cenię, znalazła przypadkowo na mojej stronie adres internetowy Falangi. Od razu rzuciła się jej w oczy „wizytówka” stowarzyszenia – portret Niewiadomskiego, wklejony na pierwszą stronę. Odnoszę wrażenie, że to poważnie i negatywnie zaciążyło na naszej znajomości. I w ten właśnie sposób takie akcje są odbierane.
Bardzo bym chciał abyśmy nie popełniali błędów naszych starszych kolegów. Prof. Bogumił Grott w jednej ze swoich prac(11) pisze, że duch katolicyzmu u polskich falangistów był: „łamany niejednokrotnie, o czym choćby świadczą liczne fakty z dziedziny praktycznego działania...”, a „scalenie nacjonalizmu z katolicyzmem w całość ideową odznaczało się w Falandze daleko większym formalizmem niż to miało miejsce w SN i ABC”. Polska nie odrodzi się od huku pistoletowych wystrzałów, ale od przemiany serc swoich synów.

Michał Anioł




Przypisy:

1. „Kryzysy wstrząsające dziś światem — kryzys państwa, rodziny, gospodarki, kultury itd. — nie są niczym innym jak tylko różnorakimi aspektami jednego fundamentalnego kryzysu, którego polem działania jest sam człowiek. Innymi słowy, te kryzysy mają swoje korzenie w najgłębszych problemach duszy, skąd rozciągają się na całą osobowość współczesnego człowieka i wszystkie jego działania.”
Plinio Corręa de Oliveira, „Rewolucja i Kontrrewolucja”, Arcana 2006, część I, rozdział I.
http://www.revolucao-contrarevolucao.com/polski_revcontrarev.asp

2. „Nigdzie loże wolnomularskie tak nie mnożą się jak w zdezorganizowanym narodowo środowisku.”
Roman Dmowski, Myśli Nowoczesnego Polaka, wydaw. Nortom, 2008, str. 108.

3. Mirosław Salwatorski, Tańcząc z gwiazdami czy z szatanem? (oraz inne eseje), wydaw. savonarola.pl.
Józef Maria Bocheński, De Virtute Militari : zarys etyki wojskowej, wydaw. Philed, 1993.
Józef Maria Bocheński, Szkice o nacjonalizmie i katolicyzmie polskim, wydaw. Antyk, 1999.
Katechizm Kościoła Katolickiego, wydaw. Pallottinum, 1994.
http://www.katechizm.opoka.org.pl/
Św. Tomasz z Akwinu, Wykład dwóch przykazań miłości i dziesięciorga przykazań Bożych, w: Św. Tomasz z Akwinu - Dzieła wybrane, wydaw. Antyk, 1999.
http://teologia.pl/m_k/spis11.htm Ks. Michał Kaszowski, Grzech - zagadnienia.
http://teologia.pl/m_k/spis07.htm Ks. Michał Kaszowski, Dekalog - zagadnienia.
Klaus Demmer, Wprowadzenie do teologii moralnej, Kraków 1996

4. Marcellino Iasenzaniro, Święty Pio z Pietrelciny. Misja ocalenia dusz - świadectwa, San Giovanni Rotondo 2006, s. 154.

5. Patrz: Paweł VI, Encyklika Humanae Vitae, n. 14 in fine.

6. Pamiętajmy, że „nie zabijaj” odnosi się nie do jakiegokolwiek pozbawienia życia człowieka, lecz li tylko dotyczy zabijania niewinnych. Nie ma moralnych przeciwwskazań co do stosowania kary śmierci. Wiemy wszyscy, że Stary Testament stosował ją w szerokim zakresie. Dopuszczalna jest nie tylko sprawiedliwa wojna obronna, ale – czego obecny Katechizm expressis verbis nie wyraża – wojna prewencyjna. Mówi o tym „Zarys etyki wojskowej” o. Bocheńskiego.

7. Patrz: Katechizm Kościoła Katolickiego, n. 1753-1754 i Św. Tomasz z Akwinu, Collationes in decem praeceptis, 6.

8.. Patrz: Encyklika Veritatis Splendor, Jan Paweł II, (Dn 13, 22-23), (Tamże, n. 52, 76, 80-81,91-93, 102).
9. Problematyka absolutyzmu i sytuacjonizmu zawiera jeszcze inne, liczne wątki, które zostały znakomicie omówione w przywoływanej wyżej pracy Salwatorskiego.

10. „Sojusz z Hitlerem był lepszy Rozmowa z historykiem, profesorem Pawłem Wieczorkiewiczem”, tygodnik Najwyższy Czas.
http://komputery.katalogi.pl/Sojusz_z_Hitlerem_by%C5%82_lepszy-t100195.html

11. Bogumił Grott, Katolicyzm w doktrynach narodowo-radykalnych do roku 1939, Zeszyty Naukowe UJ, str. 100.

niedziela, 26 lipca 2009

Rocznica zamachu majowego (Kraków)

12 maja 2009 roku przypadła 83. rocznica zamachu majowego 1926 roku - obalenia w Polsce patologicznego ustroju demokratycznego i zaprowadzenia w naszym Kraju rządów autorytarnych.

W rocznicę jego Czynu, pamięci Marszałka Józefa Piłsudskiego oddali tego dnia honory przedstawiciele Falangi.

Poniższy materiał filmowy stanowi, krótką relację tego wydarzenia:

poniedziałek, 6 lipca 2009

niedziela, 28 czerwca 2009

Wstępniak

Blog niniejszy jest oficjalnym blogiem Falangi. W naszym zamyśle ma być to miejsce wyrażania poglądów przez członków organizacji, jednak przy zastrzeżeniu, że poglądy te są ich poglądami prywatnymi, nie zaś oficjalnym stanowiskiem Falangi. Chodzi nam więc o to, by stworzyć miejsce, gdzie można bedzie umieszczać wszelką mającą mniej formalny i zobowiązujący charakter twórczość członków Falangi, a więc nasze przemyślenia i komentarze dotyczące zarówno problemów bardziej abstrakcyjnych, jak też tych bieżących, odnoszące się do przeczytanych książek, artykułów, wydarzeń politycznych i artystycznych a także tworzone przez nas grafiki, filmiki z YouTube, niekiedy znalezione ciekawe cytaty i tym podobne. W związku z tym, że materiały będą miały charakter indywidualny nie zaś ogólno-organizacyjny, będą podpisywane imieniem i nazwiskiem lub pseudonimem autora.


Kontrola zamieszczanych materiałów będzie prowadzona pod kątem ich poprawności merytorycznej i stylistycznej (w przypadku tekstów) oraz estetycznej i kompozycyjnej z przypadku grafik i filmików. Materiały obydwu rodzajów będą również kontrolowane pod kątem ich zgodności z generalnymi pryncypiami ideowymi organizacji, jednak jako że wychodzimy z założenia, iż szlifowanie naszej doktryny miałoby dokonywać się przede wszystkim przez aktywność naszych członków, tak więc nie będzie to kontrola nadmiernie restrykcyjna.


Mamy nadzieję, że materiały zamieszczane na naszym blogu okażą się interesujące i pomocne dla wszystkich jego Czytelników, zaś autorom stworzą okazję prezentacji swoich przemyśleń i przez to kształtowania klimatu ideowego Falangi.


Ronald Lasecki

rzecznik prasowy Falangi