FALANGA

Oficjalny blog publicystyczny Falangi

Przeszukaj blog

środa, 14 października 2009

Marsz Ateistów i Agnostyków w Krakowie - kontra

Krótka relacja z całego wydarzenia.

Obecnych było 16 osób z krakowskich środowisk narodowych i konserwatywnych (sama młodzież), w modlitwie przewodniczył nam x. Rafał Trytek. Już na miejscu zbiórki zostaliśmy spisani i przeszukani przez ośmiu policjantów, którzy niestety poza różańcami nie znaleźli u nas żadnej broni. Po otrzymaniu informacji, że lewactwo ominie okolice Kurii, spod kościoła OO. Franciszkanów ruszyliśmy pod pomnik Tadeusza Boya-[tfu!]Żeleńskiego. Na jeszcze pustym skwerku rozpoczęliśmy modlitwę różańcową. W kilka minut zaroiło się wokół nas od radiowozów, z których wylegli policjanci natychmiast otaczając nas silnym kordonem. Ustawili się twarzami do nas, więc zapewne ich intencją było bronienie ateuszy przed nami... Ci ostatni pojawili się po kilku minutach, w sile ok. 150 osób (w mediach oczywiście liczbę tę zawyżono ponad dwukrotnie, o nas nie wspominając ani słowem), niosąc transparenty o treści tak pociesznej, że tylko niebywałym wysiłkiem woli zachowaliśmy powagę stosowną do okoliczności. Większość bezbożników wydawała się bardziej zainteresowana nami niż przemówieniami światłych "wolnomyślicieli", których notabene kompletnie nie było słychać. Staliśmy zatem w strugach deszczu, w błysku fleszy i nieudolnie prowokowani przez lewaków (jeden taki śmieszny długowłosy próbował nam podawać dłoń "na znak pokoju", biedaczek nie skumał, że z tym posoborowym gestem utrafił jak kulą w płot), a słowa naszej modlitwy -niczym karabinowe pociski- przebijały tłum na wskroś. Ogień antyklerykalnej nienawiści szybko gasł pod naporem naszej presji oraz ulewnego deszczu, w wyniku czego po dwóch kwadransach powróciliśmy do punktu wyjścia -zostaliśmy sami na placyku. Dokończyliśmy odmawianą modlitwę i przemoczeni lecz w świetnych humorach rozeszliśmy się każdy w swoją stronę.

Bóg zapłać wszystkim, którzy stanęli naprzeciw czerwonej hałastry!

Michał Prokopowicz

wtorek, 29 września 2009

Wolnosć dla Tybetu

Rozmaitego autoramentu ruchy „alterglobalistów”, „obrońców praw człowieka”, pacyfistów itp. szafują hasłem „wolnego Tybetu”. Hasło to odznacza się chwytliwym brzmieniem, co ułatwia jego propagowanie. Problem pojawia się, gdy przychodzi wyjaśnić jego treść. Wszystkie te ruchy polityczne (nierzadko wolące dla niepoznaki nazywać się „ruchami społecznymi”) występują przeciw narzuconej Tybetowi obcej władzy – przeciw krwawej okupacji tego samodzielnego niegdyś państwa przez komunistyczną Chińską Republikę Ludową. Lecz co postulują w jej miejsce? Domagają się zaprowadzenia w Tybecie reżimu demokratycznego, prawodawstwa opartego na ideologicznych pryncypiach liberalizmu i „praw człowieka” oraz transplantacji do tego położonego w azjatyckim interiorze kraju reszty kluczowych elementów tego, co można najkrócej określić mianem modelu zachodniego. Realizacja ich postulatów oznaczałaby przeto poddanie historycznej i duchowej tożsamości wspólnotowej Tybetu glajchszaltującemu oddziaływaniu sztucznej, wykorzenionej pseudo-cywilizacji, jaką świat atlantycki wstrzykuje innym kręgom kulturowym w charakterze środka korodującego. Powstanie takiego „wolnego Tybetu” prowadziłoby do analogicznych konsekwencji, co okupacja i inkorporacja Tybetu przez modernistyczne, zokcydentalizowane i coraz bardziej skosmopolityzowane Chiny.
Tybet ma zaś czego bronić, gdy idzie o jego swoistość. Wyraźną odrębność od innych tego państwa, przyległego do najwyższych gór Ziemi, dostrzegali nawet najzagorzalsi rzecznicy okcydentalizmu. Należący do nich polski historiozof prof. Feliks Koneczny (1862-1949) uznawał Tybet za ojczyznę osobnej cywilizacji. Nie zaliczał przy tym cywilizacji tybetańskiej do przeżytków przeszłości, ale do cywilizacji żywych. Jeszcze do niedawna Tybet pozostawał jedną z największych na świecie ostoi przednowożytnego porządku społeczno-politycznego, opartego na sakralności norm i instytucji organizujących życie zbiorowe. Trwanie tradycyjnego ładu związane było z górskim charakterem państwa. Prof. Aleksandr Dugin (ur. 1962), rosyjski geopolityk i przedstawiciel tradycjonalizmu integralnego, w eseju „Od geografii sakralnej do geopolityki” akcentuje istnienie takiego związku w dziejach świata: „Góry i cywilizacje gór najczęściej reprezentują archaiczność, fragmentaryczność. Tereny górskie nie tylko nie są źródłem ekspansji; przeciwnie, tu skupione są ofiary geopolitycznej ekspansji innych tellurokratycznych sił. Żadne imperium nie ma swego centrum w regionach górskich. Stąd tak często powtarzany motyw świętej geografii: ››góry zaludnione są przez demony‹‹. Z drugiej strony, idea zachowania na górach pozostałości starożytnych ras i cywilizacji widnieje w fakcie, że właśnie na górach umieszczone są święte centra tradycji. Można nawet powiedzieć, że w tellurokracjach woda koresponduje z pewną siłą duchową.” Góry zawsze odgrywały rolę siedzib centrów duchowych, a także przetrwalnikowych enklaw tradycyjnego wzorca cywilizacyjnego. Możemy to zresztą po dziś dzień obserwować na przykładzie państw usytuowanych w obrębie masywu Himalajów: Bhutanu (Królestwa Smoka) bądź istniejącego do 2008 r. Królestwa Mustang (anektowanego przez republikę Nepalu) – pod względem kulturowym i społecznym być może najbardziej zachowawczych krajów na Ziemi. Największą z himalajskich społeczności tradycyjnych stanowił jednak bez wątpienia Tybet, gdzie do połowy XX wieku istniało państwo teokratyczne, hieratyczne, a nawet, chciałoby się rzec, monastyczne – biegunowe przeciwieństwo wizji propagowanej przez politycznych bojowników o „wolny Tybet”. Prawdziwe wyzwolenie Tybetu musiałoby przyjąć postać powrotu, a nie liberalno-demokratycznego postępu, który w stosunku do postępu komunistycznego niesionego przez Chiny nie stanowi dla Tybetańczyków jakościowej alternatywy.
To znamienne, że w historii kultur tradycyjnych centrum duchowe, przechowujące depozyt Tradycji, często usytuowane było „za górami” (ultra montes), jak w najbardziej znanym przypadku europejskiej Christianitas, dla której Stolica Apostolska leżała za łańcuchem Alp – najwyższych gór Europy. Góry tworzyły barierę, oddzielającą od siebie przestrzenne sfery sacrum i profanum. Dotarcie do centrum duchowego wymagało przejścia przeprawy przez góry. W jej trakcie podróżny (czy raczej – pielgrzym) wznosił się bliżej nieba, tzn. wchodził na wyższy poziom rzeczywistości duchowej. By dostać się do centrum, musiał przełamać cielesną słabość. Wspinaczka stanowiła figurę wewnętrznego doskonalenia i puryfikacji, koniecznej dla przygotowania się do spotkania z Prawdą, czekającą w centrum duchowym. Góry chroniły więc zarazem centrum przed skażeniem przez chaotyczne żywioły tego świata – i zza gór Tradycja mogła powrócić, jeżeli została zatracona przez mieszkańców ziem poza górami, np. hiszpańscy karliści z Nawarry (prawdopodobnie najbardziej tradycjonalistyczny ruch polityczny w epoce nowoczesnej) oczekiwali powrotu „królów zza gór” – prawowitych władców Hiszpanii, którzy odbudują dawny, zgodny z wolą Bożą ład polityczny.
Czy górska kraina Tybetu, niegdyś potężne centrum duchowe Wschodu, może w przyszłości odegrać rolę ostoi, z której – zza gór – tradycyjna cywilizacja wróci do Chin, gdzie została brutalnie wytępiona przez rewolucję komunistyczną? Aleksandr Dugin myli się, uznając cywilizacje gór za niezdolne do ekspansji. Odmienne stanowisko zajął w tej kwestii Georg Wilhelm Friedrich Hegel, uważany przez niektórych badaczy za ojca geozofii jako dziedziny wiedzy zajmującej się wpływem uwarunkowań geograficznych na powstawanie i rozwój poszczególnych cywilizacji. W „Wykładach z filozofii dziejów” opisał on rolę, jaką odgrywa w tych procesach „zwarta, indyferentna spiżowa wyżyna, nie poddająca się wpływom i w sobie zamknięta, lecz zdolna do wysyłania bodźców na zewnątrz”. Opis ten doskonale pasuje do Wyżyny Tybetańskiej. W przeszłości Tybet dowiódł zdolności nie tylko do wysyłania bodźców, ale wręcz do prowadzenia polityki imperialnej, okupując w IX wieku część Indii (na ich północnym wschodzie) oraz wielką część Chin (na ich północnym i południowym zachodzie) i zarazem za pomocą systemu sojuszów utrzymując strefę wpływów sięgającą daleko na północ, aż po państwo Kirgizów na Nizinie Zachodnio-Syberyjskiej. Historyczne wektory ekspansji cywilizacji tybetańskiej zwrócone były tedy na wschód (przeciw cywilizacji chińskiej) i północ (przeciw kulturom stepowym). Czy wspomniany wcześniej powrót Tybetu miałby też oznaczać jego ponowne wejście w historyczne koleiny ekspansji? Wektor wschodni, rzecz jasna, nie jest realnością – Tybet nie dysponuje i zapewne jeszcze długo nie będzie dysponować żadnymi środkami, za których pomocą mógłby czynnie wpłynąć na prowadzoną w stosunku do niego politykę Chińskiej Republiki Ludowej. Długofalowy stosunek Tybetańczyków do ChRL powinien przyjąć charakter nie ofensywy, a defensywy – orientacji na maksymalne zamknięcie się społeczności w sobie dla obrony własnego dziedzictwa kulturowego przed rozkładowym wpływem zokcydentalizowanych Chin; strategia taka posiada zresztą niejako naturalną podstawę w fakcie, iż cywilizacja chińska i cywilizacja tybetańska zawsze pozostawały odrębnymi bytami. Doświadczenie najnowszej historii pokazuje, że świadome wzmacnianie hermetyczności wspólnoty potrafi zapewnić jej ocalenie nawet w warunkach bezwzględnej polityki obliczonej na jej unicestwienie. Strategia ta pozwoliła pewnym tradycyjnym kulturom przetrwać w totalitarnej rzeczywistości Związku Sowieckiego. Co znamienne, także ten przypadek dotyczy Duginowskiej cywilizacji gór – górskich plemion Kaukazu. Górskie szczyty wydają się najbardziej sprzyjającym miejscem dla heroizmu trwania.
Jeśli natomiast chodzi o wektor północny, wskazuje on Tybetańczykom potencjalnego sprzymierzeńca – rzecz nieoczekiwana w warunkach stwarzanych przez komunistyczne państwo chińskie. Paradoksalnie, sprzymierzeńcem tym są dawni przeciwnicy Tybetu w imperialnej epoce IX wieku – Ujgurzy, zamieszkujący dziś północno-zachodnie rubieże ChRL. Oba ludy wiąże wspólnota losu: zarówno Tybetańczycy, jak i Ujgurzy pozostają ofiarami podboju Chińskiej Republiki Ludowej, eksterminacji, wynaradawiania, niszczenia z rozmysłem ich kultur przez chińskich komunistów. Jeśli wierzyć konserwatywnemu juryście i geopolitykowi prof. Carlowi Schmittowi (1888-1985), łączy je zatem więź najsilniejsza – wspólnota wroga. Podobnie jak Tybetańczycy, Ujgurzy posiadają bogatą tradycję, zupełnie odrębną od chińskiej – są spadkobiercami imperiów Wielkiego Stepu – i, podobnie jak oni, w odległej przeszłości stworzyli azjatyckie mocarstwo: w IX wieku państwo Ujgurów obejmowało wielki obszar od Niziny Mandżurskiej na wschodzie po Kotlinę Dżungarską i góry Tienszan na zachodzie oraz od Sajanów na północy po środkowy bieg Rzeki Żółtej na południu. Permanentne zagrożenie ze strony ChRL stwarza potrzebę zawiązania (z konieczności nieformalnego, lecz możliwie efektywnego) tybetańsko-ujgurskiego sojuszu zwróconego przeciw inwazji skosmopolityzowanej chińszczyzny. Prawdopodobnie będzie on musiał rozwinąć się przede wszystkim na płaszczyźnie kulturowej, a w dalszych etapach rozwoju wykorzystywać płaszczyznę kulturową jako kamuflaż dla ewentualnych działań na płaszczyźnie politycznej. Optymalny przebieg wydarzeń polegałby na sukcesywnym narastaniu wewnątrz komunistycznego państwa chińskiego polaryzacji na osi wschód-zachód, pomiędzy „zacofanymi” (mówiąc przesiąkniętym progresizmem językiem nowoczesności), względnie tradycyjnymi (wciąż) „kresami zachodnimi” (Tybetańczycy, Ujgurzy) a wschodnim wybrzeżem z jego skrajnie modernistycznymi i kosmopolitycznymi metropoliami jak Pekin, Szanghaj czy Hongkong. Aż do chwili – odległej od dnia dzisiejszego – gdy w innych, zmienionych warunkach na arenie międzynarodowej pojawi się szansa na pęknięcia w granicach tego sztucznego tworu krwawego towarzysza Mao.

Adam Danek

poniedziałek, 7 września 2009

Konserwatysta w lupanarze

Istotą prawicy, jej filozoficznym i ideowo-politycznym rdzeniem, jest konserwatyzm. Umacniana i pogłębiana, tożsamość prawicowa musi ewoluować w kierunku konserwatyzmu w jego postaci integralnej. Konsekwentny rozwój intelektualny człowieka (właściwie pojętej) prawicy powinien tedy prowadzić go na pozycje określane często mianem radykalnego konserwatyzmu. Jednocześnie przyjmowana przezeń praktyczna postawa polityczna nie może pozostawać oderwana od tożsamości ideowej, tzn. musi sensownie wynikać z integralnie konserwatywnej podstawy intelektualnej. Wyłącznie wtedy prawicowość jako system idei, symboli oraz postaw wykazuje spójność i staje się realną jakością. Konserwatysta integralny (czyli, innymi słowy, prawicowiec konsekwentny) nie mógłby akceptować demokracji, liberalnej ani innej, bez popadania w sprzeczność z konstytutywnym dla własnej tożsamości politycznej korpusem idei. Rodzi to zasadnicze wątpliwości co do wiarygodności osób, które artykułują zainteresowanie integralnym konserwatyzmem lub podają się za konserwatystów integralnych, a jednocześnie:
- wykazują daleko idące zaabsorbowanie bieżącym życiem politycznym reżimu demoliberalnego;
- publicznie wspierają wybrane stronnictwa przeciw innym w ich partyjnej polityce, prowadzonej w ramach kartelu* parlamentarnych ugrupowań, faktycznie spełniając rolę politycznych żurnalistów bądź agitatorów;
- wstępują bezpośrednio do kartelowych partii politycznych z nastawieniem na działalność i karierę w ich strukturach.
Przedmiot naszej uwagi ogranicza się w praktyce do dwóch pierwszych z wymienionych przypadków, ponieważ utrzymanie wewnętrznej więzi z ideami konserwatyzmu integralnego przez osobę zdecydowaną na długofalową aktywność w kartelowym życiu partyjnym nie wydaje się realne, ani na poziomie psychologicznym, ani na żadnym innym. Ad rem. Konserwatysta traci tylko czas, trwoniąc go na sporządzanie drobiazgowych publicystycznych opisów kłótni i pyskówek pomiędzy frakcjami demokratycznej klasy politycznej oraz bezprzedmiotowych rozprawek mających wyjaśniać, co z nich wynika – gdyż dla niego nic z nich nie wynika. Beneficjenci kartelu, dla potrzeb utrzymania się w nim, udają wzajemną walkę, pozorowaną przez ich aparaty propagandowe. Poza tym jednak w ich wspólnym, egzystencjalnym interesie leży utrzymanie systemu politycznego, który podtrzymuje kartel, żywi go i zapewnia mu pozycję władczą. Tym samym konserwatysta integralny dostrzega, iż poszczególne frakcje kartelu są niezróżnicowanymi co do istoty cząstkami tego samego fundamentalnego zła, jakie stanowią reżim demoliberalny i koegzystująca z nim klasa polityczna. By dezyderaty integralnego konserwatyzmu dotyczące państwa i społeczeństwa mogły się urzeczywistnić, te ostatnie muszą ulec całkowitej erozji – bądź zostać zlikwidowane.
Z tej konsekwencji stanięcia na pozycjach radykalnego konserwatyzmu początek biorą dwie ścieżki, jakie obrać może konserwatysta integralny. Jeżeli demoliberalizm ulega erozji, zamiast roztrząsać jego brudną fizjologię, powinien on wznieść się duchowo wysoko ponad bulgocącą powierzchnię demoliberalnego bagna (a nie nurkować w nim) – poświęcić się odpominaniu, gromadzeniu i porządkowaniu wiedzy o Tradycji oraz zakorzenionym w niej ładzie społeczno-politycznym, w oczekiwaniu na moment, kiedy będzie można podjąć próby jego restauracji. Jeżeli natomiast demoliberalizm ma zostać zlikwidowany, konserwatysta integralny powinien prowadzić jego analizę w ściśle określonym celu: identyfikacji i opisu słabych punktów reżimu, które mogą być wykorzystane do jego zniszczenia.
Czym właściwie kieruje się konserwatysta, który para się zwykłą bieżącą dziennikarką polityczną? Jeśli złudzeniem, że jakakolwiek część demokratycznej klasy politycznej przejmie się jego pisaniną – i dlatego produkuje relacje z partyjnych spędów i nasiadówek czy glosy i egzegezy do faktu, iż jakiś demoliberalny politykier coś powiedział do kamery, albo rozwodzi się o kuluarowych intryżkach i międzypartyjnych świństewkach, o szczegółach aktualnej tury rozdawnictwa stołków i posad – to się myli. Niechybnie osiągnie za to inny efekt: wystawienie na śmieszność idei integralnego konserwatyzmu oraz ich kompromitację. Albowiem werbalny konserwatysta integralny, który zniża się do przekonywania „elektoratu”, by ten lubił jakąś demoliberalną partię, a nie lubił innej, okazuje się pospolitym krzykaczem wiecowym. Mniemany przeciwnik demokracji redukuje się wówczas do roli modelowego elementu „społeczeństwa obywatelskiego” (albo innej „demokracji deliberatywnej”), jakim jest medialny „komentator polityczny”. Lub też (trzeba obiektywnie uwzględnić i taką możliwość) demaskuje się jako pozer, co dla przechwałki obnosi się z „oryginalnymi” i „kontrowersyjnymi” poglądami, lecz pod względem stylu myślenia należy bez reszty do (pół)światka demoliberalnej pipi-prawicy.
Rekapitulując, jedynym powodem, by konserwatysta integralny zajmował się demoliberalnym życiem politycznym, pozostaje wola zakończenia tego ostatniego. W przeciwnym wypadku powinien wznieść się ponad jego zakisły, mętny nurt, a skoncentrować swe wysiłki na tworzeniu centrów-strażnic wiedzy tradycyjnej. Wówczas do systematycznego przyglądania się populacji groteskowych, zdegenerowanych gnomów, tworzącej demokratyczną klasę polityczną, skłaniać mogłaby go już chyba wyłącznie naukowa ciekawość zoologa (ściślej zaś – parazytologa). Tak czy owak, musi wyjść z lupanaru demokracji jedną ze wspomnianych ścieżek. Tertium non datur.

Adam Danek

* Pojęciem kartelu partyjnego posługujemy się w oparciu o przedstawioną w latach siedemdziesiątych charakterystykę procesu kartelizacji partii, autorstwa politologów Richarda Katza i Petera Maira.

"Requiem dla Warszawy" - FALANGA w hołdzie walczącym i poległym w Powstaniu Warszawskim

środa, 26 sierpnia 2009

Duchowość bazyleańska

Dziewiętnastowieczny badacz religii Heinrich Graetz zwrócił uwagę na zjawisko, które określił jako „bazyleomorfizm”. Nazwą tą opatrywał typ religijności, skupiający się w sposób szczególny na jednym aspekcie natury Boga – na Jego królewskości (od gr. basileus – „król”, morphē – „kształt”). Zjawisko to, choć oznaczone przez uczonego nieco cudaczną nazwą, znane jest dobrze nam wszystkim. Bogactwo jego przejawów w czasie i przestrzeni pozwala wręcz ujmować je jako osobną gałąź duchowości. Na potrzeby niniejszego krótkiego wyjaśnienia nazwiemy tę gałąź umownie duchowością bazyleańską.

Duchowość bazyleańska polega na kontemplowaniu i adorowaniu Boga jako Wiecznego Monarchy, władcy wszelkiego stworzenia, na przeżywaniu prawdy, iż Osoba Boska emanuje Swą królewską godnością na cały widzialny i niewidzialny wszechświat. Oczywiście, Bóg posiada nad stworzonym przez Siebie uniwersum władzę przekraczającą zdolność pojmowania człowieka, władzę, jaką nad swoimi ziemiami i poddanymi nigdy nie miał i nie będzie miał żaden ludzki panujący. Jednak symbole, figury i pojęcia związane z ziemską instytucją monarchii okazują się pomocne ułomnemu ludzkiemu duchowi w zbliżeniu się do nie pojmowalnej tajemnicy Boga i przylgnięciu do niej. Monarchiczny archetyp staje się brama, wiodącą duszę człowieka do zachwycenia się Bożym majestatem i wywyższeniem. Zarazem pozwala sobie lepiej uzmysłowić istotę religii, tkwiącą w pełnieniu powinności wobec Boga – w służbie Wiecznemu Monarsze.

Droga duchowości bazyleańskiej w pewnym sensie polega na przemierzaniu przez duszę hierarchicznej drabiny bytów w odwrotnym kierunku. W rzeczywistości bowiem nie człowiek czerpie obraz Boga od ziemskich władców, ale ziemscy władcy otrzymują od Niego swe władztwo. Ciąży na nich obowiązek stawania się, na miarę ograniczonych ludzkich możliwości, obrazem Boga (imago Dei) dla własnych poddanych – nędznym ziemskim odblaskiem Jego mądrości, sprawiedliwości i miłosierdzia. Dobry panujący świadomie czyni z siebie pomost pomiędzy poddanymi a Bogiem, kędy mogą oni przechodzić z padołu utrapień ku Temu, który jest Królem królów i Panem panów. Nie przez przypadek król starożytnego Rzymu (rex) w czasach poprzedzających republikę nosił tytuł pontifex – budowniczego mostów.

Wspomniany na początku H. Graetz swoją uwagę o „bazyleomorfizmie” sformułował w odniesieniu do religii żydowskiej. Na gruncie judaizmu rozwinęła się bogato osobna, monarchiczna gałąź mistyki – mistyka Tronu (merkawa). Zasadzała się ona na kontemplowaniu hierarchicznego, kunsztownego ładu wszechświata, tworzącego kosmiczny tron, na którym zasiada Bóg. Oczywiście, duchowość bazyleańska obficie rozkwitała w łonie ortodoksji chrześcijańskiej. Jej popularność w obrządku wschodnim poświadcza choćby wspaniała tradycyjna ikonografia, przedstawiająca Pana Jezusa jako króla wszechświata (Kosmokrator) lub władcę wszech stworzenia (Pantokrator). Miała ona swoje odpowiedniki w obrządku zachodnim; kto widział na przykład przechowywany w Gandawie „Ołtarz Baranka Mistycznego” (1432) pędzla Jana van Eycka, temu trudno byłoby znaleźć lepsze uzmysłowienie królewskości Boga i niedoścignionego wzoru, jaki stwarza ona dla koronowanych głów tego świata. Śladów duchowości bazyleańskiej nie brakuje i w historii polskiego Kościoła lokalnego; dość wspomnieć, że jeden z najstarszych utworów sakralnych w języku staropolskim, powstały w XVI wieku, nosi znamienny tytuł „Pieśń Wiecznemu monarsze”.

Duchowość bazyleańska sprowadza się w gruncie rzeczy do kontemplacji jakże prostego faktu – że wszechświat jest monarchią, rządzoną przez Króla (którego święto w tradycyjnym katolickim kalendarzu liturgicznym przypada na ostatnią niedzielę października), zaś monarchia jest obiektywnym stanem wszechświata. Duchowość bazyleańska ma więc charakter monarchistyczny, jest monarchizmem duszy. Tym samym sprawia wrażenie czegoś będącego bardzo nie na czasie w epoce, gdy nowocześni, posoborowi teolodzy bredzą o „człowieku jako partnerze Boga”, a chęć uwspółcześnienia języka ewangelizacji wyradza się w groteskowe próby przedstawiania Chrystusa jako „młodzieżowego” kumpla.

Adam Danek

wtorek, 25 sierpnia 2009

Degeneracja

Połajanka.
Na początek, w roli marchewki,
małopolscy falangiści na Cmentarzu Salwatorskim, czyli
Von Thronstahl - Vorwärts:



A teraz kij:

Degeneracja


Symptomem współczesnego świata jest masowy i lawinowy upadek obyczajów. Masowy i lawinowy, ponieważ objawia się w szerokiej skali i trudno dać mu odpór. Jego podstawowym przejawem jest zanik form, rozmywanie się ich ostrości. Coraz mniej szanuje się udoskanalane przez wieki konwencje, ignoruje się hierarchię, przeciwstawia autorytetom. Nic już nie jest takie, jakie powinno być, w swoim dążącym do doskonałości - czystości i ostrości - wydaniu. Miast tego wokół nas widzimy brud, relatywizm, elastyczność. Można by pomyśleć, że wszelka stałość zniknęła z tego świata. Neguje się bowiem, po kolei, nawet najjaśniejsze oczywistości. Teraz przez ten proces przechodzi sfera kulturowa i społeczna. Wartości takie jak wolność, przeradzają się w swoją karykaturę.
Oczywistym więc wydaje się, że ktoś musi się temu przeciwstawić. Reakcja na tę chorobę musi być zdrowa, musi polegać na przywróceniu równowagi w organizmie. Wszelkie przyczyny i przejawy choroby trzeba koniecznie przepędzić! Tylko kto się tym zajmie? Jednostkowy opór, świecenie własnym przykładem, może nic nie dać. Masa wciąż ma jednak przewagę na człowiekiem... a każda społeczność ma to do siebie, że jest organizmem grupowym. Składa się z pewnej liczby osobnych bytów, pod pewnymi względami do siebie jednak podobnych. Ich zachowanie więc się uśrednia, następuje spadek indywidualności - kosztem zbiorowości. Totalna suwerenność, odrębność jednostki jest niemożliwa - i niepożądana. Człowieka nie można wyrywać z przyrodzonego środowiska. Oczywiście, nie chodzi tu o wyjątki od tej zasady - przykładowo pustelników. Oni przecież potrafią niejednokrotnie mieć na społeczność wpływ odwrotnie proporcjonalny w stosunku do ich związków z nim.

Pozostało nas niewielu, naznaczonych odmiennością...

"My" również jesteśmy pewnego rodzaju zbiorowością, zbiorowością szczególną. Ale przed przejściem do zastanawiania się nad "nami" proponuję najpierw określić, kto się do nas zalicza. To pomoże określić, o co nam chodzi i co nas trapi. Ludzie o prawicowym poglądzie na świat - a więc szukający ładu, czystości i dążący do wyższego, uświęconego dobra. Wykazujemy przy tym zauważalną radykalizację tych postaw. Pragniemy jak najwyższego podniesienia ich temperatury, trwania w ich gorącu - zgodnie z biblijnym nakazem Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust (Ap 3, 15-16). Jest to coś, co odróżnia nas od zletniałych, obojętnych mas i zimnych, skostniałych cyników. Jesteśmy inni od tłumu, wyrastamy ponad-poza niego. Mamy tego świadomość. Jest to jakby nasze piętno, poczucie misji, konieczność jakiejkolwiek formy oporu, choćby do własnego zatracenia. Nie możemy wyżyć spokojnie, bez reakcji na obecne nieprawości w obecnym systemie (kulturowym, społecznym, politycznym, religijnym). Gdzieś w środku wciąż rozlega się wołanie o powrót do pionu, trwa sen o "starych, dobrych czasach".
Ten gorąc serca jest właściwy jednak nie tylko nam. Oprócz nas - którzy to sami siebie uznajemy za tych prawych, właściwych - istnieją jeszcze inne grupy parające się różnymi ekstremizmami. Nie zamierzam mówić tu o ideach, poglądach, doktrynach itp., lecz o typach ludzi, ich zapatrywaniach - więc nie będę uszczególniał tematu. Liczy się stosunek do świata i miejsce w nim. Wysoce zdystansowany, a mimo to bezpośredni, w pewnym rodzaju zatarg osobisty. Przejawiają go właśnie różne typy jednostek.
Wystrzegajmy się największego niebezpieczeństwa, jakie istnieje - baczmy, aby
życie nie stało się dla nas czymś zwyczajnym. Niezależnie jaką materię trzeba
panować i jakie środki są do dyspozycji - owa temperatura krwi,
która wchodzi w bezpośrednią styczność, nie może zostać utracona.
Wróg, który ją posiada, jest dla nas cenniejszy niż przyjaciel, który jej nie zna.
~ Ernst Jünger
To stanowi o naszej odrębności. Jest to coś, czego nie możemy zatracić - coś, co trzeba umiejętnie podtrzymywać i pielęgnować. Osiągnąć jak najwznioślejszą i szczytową jej formę. Utrzymać w wyostrzonym, oczyszczonym ładzie. Bez zatruwania swoich źródeł ściekami ze świata zewnętrznego. Opór winien tężeć na całej szerokości linii. Pożądanym by było, by z czasem ekspandował, nabierał tendencji do poszerzania się. W tym celu każdy, kto nosi go w sobie, swoją postawą musiałby rozmyślnie powiększać swój przyczółek. Przy zarysowaniu możliwych granic ekspansji i koniecznych linii obrony. Warto by się zdobyć na ten wysiłek - niejako totalna mobilizacja, ale ochotników, związanych "imperatywem serca", tej wspólnoty woli, doprowadzić by mogła do ciekawego efektu [powszechności w szczególności]. Oczywiście, to mrzonki - przy naszym nikłym potencjale i jedynie częściowej homogenizacji ideowego oblicza. Któż by tego usłuchał...
Naród? Gdzie? Może kiedyś, dziś mamy jedynie na poły plemienną emocjonalną "wspólnotę", pozbawioną przywództwa. Trzeba pogodzić się z tym faktem, stanąć naprzeciwko rzeczywistości. Wziąć to wszystko na siebie, dźwigać ciężar beznadziei. My mamy czas. Bezpłodny, jednopłciowy motłoch wymrze sam. Być może zdarzy się tak, że jego niedobitki oniemieją jeszcze na widok światła bijącego z utajonego dla nich płomienia. Tak, mrzonki, ale czekajmy...
Nie możemy utracić tego poczucia, świadomości własnej wyjątkowości... Ale przy odrzuceniu pustej pychy. Ona może jedynie nadąć człowieka jak balon, który wkrótce pęknie - albo sam z nadmiaru, albo od byle celnego ukłucia. Powłoka okazuje się tu być niczym. Nie zapewnia nawet klarownej formy, jedynie cienką warstwę farby. A to się łuszczy, wietrzeje.
Pycha jest zjawiskiem złowrogim. Sugeruje okazywanie wyższości, pogardy, wyśmiewania. Tymczasem powinno chodzić o odrębność, odmienność, osobność. Te rzeczy mają się tak do siebie, jak separatyzm do supremacjonizmu. Wzajemna autonomia jest czymś nie tyle pożądanym, ale wymarzonym - bo niemożliwym. Chociaż z drugiej strony, i wzajemna konwergencja jest zjawiskiem trudnym do pomyślenia. Oba światy nie będą się przenikać, one będą się ucierać i szlifować własne kształty na tych pograniczach.
Czyżby chodziło o litość? Nie zapominajmy o chrześcijańskim miłosierdziu, umiłowaniu człowieka jako obrazu Boga. Robimy to przecież dla nagrody w Niebie. To jest naszą nadzieją na wyzwolenie, nie budowa plastikowego Edenu na Ziemi. Żeby nie okazało się jednak, że ktoś okazujący litość sam będzie jej nagminnie potrzebował. W anioły i tak się nie przedzierzgniemy. Ale, co może ustrzec przed upadkiem, jak nie chwycenie się kawałka Nieba? Zaszczepione w naszych sercach, będzie nieubłaganie ciągnęło nas do góry. W tej zaś materii to właśnie dzielenie się prowadzi do rozmnożenia.

Mamy tylko czystość własnych serc!

Zachowajmy czystość, na każdym polu. Bycie czystymi jak diament zapewni przejrzystość naszych intencji. Chodzi o to, by dawać przykład, który byłby naśladowany. Można wręcz powiedzieć, że jeśli należy czymś się wyróżniać - to wewnętrznym i zewnętrznym ładem, wzniosłymi zasadami i ich realizacją w praktyce. Czy ludzie "z zewnątrz" będą na poważnie brać klnących, skorych do bitki i wypitki awanturników - nawet jeśli oni sami twierdzą, że robią to dla idei? Dyscypliny! Moralnej, kulturalnej - należy być przede wszystkim CZŁOWIEKIEM. Zaś ZWIERZĄT jest już wystarczająco dużo w otaczającym nas świecie, w swoich szeregach ich nie potrzebujemy. Czym się różni człowiek od zwierzęcia? Oprócz aspektów biologicznych, można powiedzieć jeszcze, że posiada duszę, kieruje się rozumem, jego duch panuje nad ciałem, wola nad instynktami. Wie, że żeby dojść dalej, musi pokonać bezpośrednie przeszkody. A nie dać im się porwać, stłamsić, porozbijać. Myślenie planowane, konsekwentne, długodystansowe.
Nacjonaliści (narodowcy?), konserwatyści, inszy prawicowi radykałowie - czy chcemy czymś zaimponować? Wewnętrznymi kłótniami, popuszczaniem różnym chuciom, jałowym awanturnictwem i wzajemnym napinaniem? Co patrzący na "nas" zwykły człowiek może sobie pomyśleć? Jeśli zobaczy podobnego sobie, luzackiego "równego gościa", to go raczej nie zachęci - tylu podobnych kręci się na tym świecie! Zwykły człowiek potrzebuje czegoś, co go zaintryguje, ukaże nowe światło, zadziwi. Żeby uruchomiła się w nim chociaż jedna szara komórka - i oby doszedł po tej nici do kłębka. W rzeczy samej, mam nadzieję, że i w tej epoce człowiek marzy jeszcze o czystych bohaterach, szlachetnych rycerzach etc. Promyk światła z góry dobrze zrobi każdemu. Oczywistością jest, że każdy żywy organizm dąży do osiągnięcia formy lepszej, wyższego rzędu - co każdemu wychodzi z różnym skutkiem, a więc przeczy równościowym urojeniom. Wzrastanie równa się oczyszczeniu - zrzucaniu z siebie zalegającego brudu, troszczeniu się o dobry stan powłoki, żeby cały ten syf nie wżarł się głęboko we właściwy korpus. Dotyczy to zwłaszcza nas, ludzi!
Czystość serca... serce stanowi poniekąd centrum człowieka, bytujące na styku dwóch rzeczywistości - materialnej i duchowej. Wiadomo - pod względem biologicznym kontroluje pracę naszego organizmu. Ale i w użytku metaforycznym funkcjonuje całkiem nieźle, i to od dawna. Stanowi poniekąd rdzeń duszy. I coś w tym jest, utrwalony w Tradycji obraz serca, choć nie mógł być od początku potwierdzony empirycznie, okazuje się zadziwiająco słuszny. Komunały też mają swoje racje. Należy więc powtarzać proste prawdy o przyzwoitości, umiarkowaniu i skromnocie.
Jeśli nie my, to kto? Kto ma błyszczeć na tle bezbarwnego brudu? Czyż nie lepiej, aby był to prawdziwy połysk, wypracowany dzięki pracy i doskonaleniu - niż brukselskie gwiazdki i pedalskie tęcze? Nie oszukujmy się, na nisze w przyrodzie jest wielu chętnych. Żadna z nich nie będzie czekać na swojego wymarzonego i odpowiedniego lokatora. Chodzi o zwłaszcza pozycje przywódcze, o ich zajęcie będzie największy ścisk. Zaś do ostatnich miejsc chyba mało kto się spieszy. A to tam będzie płacz i zgrzytanie zębów, jeśli nie weźmiemy się za siebie...
Co więc stanowi o istocie człowieka? ŚWIADOMOŚĆ. Coś, co uwidacznia się na przykładzie natury i kultury. Owszem, natura sama w sobie jest piękna, może dać powody do zachwytu, inspiracji - ale stoi niżej od kultury. Tak to, przykładowo, upadały społeczeństwa pierwotne pod naciskiem tych lepiej zorganizowanych - w tej chwili pomyślałem o Aztekach i Hiszpanach. Dzikus niech sobie będzie i szlachetny, ale pozostanie dzikusem! Natura jest w istocie popuszczaniem, rozłażeniem sie na boki, niezbyt kontrolowaną ekspansją w poziomie. Kultura zaś - to świadome, celowe i konsekwentne uprawianie. Aby osiągnąć coś. Żeby z czegoś wyciągnąć maksymalne możliwości, osiągnąć jak najdoskonalszą rzeczywistość. Zrezygnować z czegoś, znając przyszłe korzyści - zaplanować to. Tu rozum objawia swoją przewagę nad instynktem. Możemy to odnieść do romantyzmu i pragmatyzmu - mimo swoich niewątpliwych walorów estetycznych i uczuciowych, ten pierwszy nie może nam przysłonić trzeźwego postrzegania rzeczywistości. Ale i ten drugi musi mieć wzgląd na pierwiastek naturalny, na jego realny potencjał - wszak stojąc wyżej od niego, zawiera go w sobie.

* * *
Degeneracja - zwyrodnienie, wynaturzenie, zniekształcenie, zasadnicza (najczęściej niekorzystna) zmiana (proces), często także wynik procesu degeneracyjnego. Tyle Wikipedia. Upadek w każdej formie jest bolesny i niepożądany. Tym bardziej upadek z własnej winy. Używajmy rozumu, by instynkt nie rozszedł się po kątach. Chamstwo, pijaństwo, pieniactwo - są tym, co najbardziej rzuca się w oczy. Takie przypadki łatwo zauważyć i skrytykować. Ale ktoś ich jednak dokonuje. Co z tego, że osoba trzecia takie zachowanie skarci, skoro problem lezy (zalega!) u kogo innego. Każdy powinien mieć własnego pretorianina/inkwizytora/policjanta - dla dobra ogółu. To każdy powinien zacząć od siebie - nie ma co moralizować, patrząc na ludzi z góry, lecz działać na polu swoim i sobie najbliższym.
Nie pozwólmy innym się prześcignąć. Nie równajmy w dół. W naszej epoce rozpasanego humanitaryzmu ludzie stają się rzadsi - ale nie znikają do końca. Ktoś więc musi nimi być. Ω

Reaktor

wtorek, 18 sierpnia 2009

Czy konserwatyzm jest liberalizmem?

Nie ulega wątpliwości, że żyjemy w czasach, gdy prawica, więc także i prawicowa refleksja nad rzeczywistością są w odwrocie. Coraz bardziej niszowe grupki autentycznych lub tylko "autentyczniejszych" konserwatystów i narodowców skupiają się na przechowaniu chociażby najbardziej podstawowych prawicowych idei pośród chaosu rewolucyjnego, demoliberalnego świata. W Polsce dodatkowym problemem były całe dziesięciolecia komunizmu, które, wraz z tragicznymi wydarzeniami II Wojny Światowej, przerwały ciągłość rodzimych tradycyj myśli prawicowej. Swego rodzaju odrodzenie zaczęło się dokonywać niedługo przed tzw. "transformacją ustrojową" - gdy coraz częściej do głosu starały się dojść zarówno opozycja antykomunistyczna, jak i "opozycja" składająca się z dawnych aparatczyków PZPR oraz ówczesnych agentów i współpracowników służb bezpieczeństwa. Pośród rozmaitych organizacyj pojawiały się wtedy skupiska monarchistów, liberałów, narodowców - to właśnie w latach 80. powstały Narodowe Odrodzenie Polski, czy Ruch Polityki Realnej (późniejszy UPR). Prawica w Polsce zaczęła odżywać. Szybko jednak okazało się, że na czele zmian stanęli koncesjonowani "opozycjoniści", którzy uzurpując sobie rolę rzeczników całego Narodu "wybaczyli" komunistycznej władzy, zawierając z nią korzystne dla siebie układy, pozwalając jej uwłaszczyć się na sporej części majątku narodowego, zachować wpływy, pieniądze, a nawet władzę ("inteligencko-opozycyjna" Unia Demokratyczna toczyła boje o to, by SdRP mogła zachować majątek PZPRu, nie wspominając też o słynnej "grubej kresce" Mazowieckiego). Klimat intelektualny rodzącej się III RP dyktowały owe środowiska "inteligenckie" z Adamem Michnikiem na czele - promując kosmopolityzm, zerwanie z tradycyjną moralnością, filosemityzm... Po upadku komunizmu, okazało się, że nowa rzeczywistość jest co najmniej równie lewicowa jak poprzednia. W tych warunkach zrozumiałe jest, dlaczego refleksja prawicowa, skazana na niszowość, nie jest w stanie ukazać swojego prawdziwego bogactwa. Sprawę pogarsza swego rodzaju jednolitość środowisk, które od ponad 20 lat propagują myśl konserwatywną. Przez długie lata najbardziej znaczącą organizacją tego typu była Unia Polityki Realnej, głosząca idee konserwatywno-liberalne - ona też w dość dużym stopniu zdołała się przebić do świadomości nieco większej ilości ludzi, kreując pewien wzór współczesnego konserwatyzmu i utrwalając pogląd jakoby prawicowość równała się skrajnemu liberalizmowi gospodarczemu*. Zdanie "ludu", mniej lub bardziej nieświadomego istoty rzeczy, nie miałoby samo w sobie żadnego znaczenia, jednakże ten stereotyp przyjmują często sami konserwatyści, zwłaszcza ci "początkujący", dostrzegający wyimaginowany "socjalizm" we wszystkim co nie jest przynajmniej klasycznym liberalizmem i twierdzący, jakoby kapitalizm był jedynym systemem opartym na konserwatywnym poszanowaniu dla instytucji własności prywatnej. Czy faktycznie myśl zachowawcza i reakcyjna musi wiązać się z ekonomicznymi teoriami von Misesa, Friedmana, Hayeka, a nawet Rothbarda?

Gdy przyjrzymy się początkom konserwatyzmu, zauważymy, że pierwszym wrogiem cywilizacji europejskiej, bronionej przez zachowawców, była właśnie ideologia liberalna, która doprowadziła do wybuchu rewolucji we Francji. To prawda, że jedną z przyczyn reakcji był bezbożny, antychrześcijański charakter tej doktryny, często odrzucany przez współczesnych jej wyznawców, ale nie można pominąć faktu, że w tej samej mierze krytykowano również ekonomiczne koncepcje liberalne - prowadzące do rozbicia tradycyjnych wspólnot i atomizacji społeczeństwa. Liberalny indywidualizm był nie do przyjęcia dla konserwatysty. Ekonomiczne koncepcje reakcji pojawiły się przede wszystkim w sąsiadujących z Francją Niemczech, na fali rodzącego się romantyzmu. Myśliciele tacy jak Novalis (Friedrich von Hardenberg), Adam Muller, czy Franz von Baader, dostrzegając wzór w średniowiecznej Europie, zwrócili się ku feudalizmowi - opowiadali się za tworzeniem korporacyj zawodowych, widzieli społeczeństwo jako jeden organizm** i co istotne, rozumieli własność prywatną zupełnie inaczej niż liberałowie. Muller wskazywał na germańskie rozumienie własności jako "depozytu" - dysponowanie własnością jest więc ograniczone normami moralnymi i odpowiedzialnością wobec społeczeństwa. W odróżnieniu od antyreligijnych liberałów, romantyczni konserwatyści niemieccy widzieli potrzebę wzmocnienia społecznej roli Kościoła. Von Baader oczekiwał większego zaangażowania duchowieństwa w kwestie społeczne, postulując nawet, by to kapłani stali na czele korporacyj. Romantyczny konserwatyzm pojawił się także w Anglii. Czołowy przedstawiciel tego nurtu - poeta Samuel Taylor Coleridge krytykował brytyjskich wigów za "kult pieniądza", przedkładanie ekonomii ponad etykę (jak to jest u współczesnych libertarian...) i materializm. Należy jednak zaznaczyć, że nie sprzeciwiał się on wolności handlu, zgłaszając postulaty jedynie moralne, nie zaś instytucjonalne. Skrajnym wrogiem leseferyzmu był natomiast angielski elitarysta Thomas Carlyle. Jego filozofia była na swój sposób indywidualistyczna, co mogło by sprzyjać kojarzeniu go z liberalizmem - jednak w ujęciu brytyjskiego historiozofa ten indywidualizm dotyczył przede wszystkim wybitnych osobowości - herosów, zmieniających bieg historii. Nie były to liberalne, egoistyczne jednostki, działające jedynie dla zysku. Heros jest człowiekiem, który przezwycięża swoje zachcianki, działając w interesie całego społeczeństwa - będącego całością złożoną z większości pozbawionej ambicji i wyjątkowych przymiotów - w ten sposób zapobiegając rewolucji. Carlyle przyznawał tym wielkim, wybitnym jednostkom praktycznie pełną swobodę, jeśli chodzi o działania społeczne - akceptował również socjalne ustawodawstwo.
W przypadku tych pierwszych pokoleń konserwatyzmu często pojawia się argument***, iż starali się oni jedynie konserwować przemijający ład oparty na zwyczaju, zaś po jego upadku pozostało już tylko uznać kapitalistyczną rzeczywistość, a nawet sprzymierzyć się z nią przeciw nowemu wrogowi - socjalizmowi, notabene zrodzonemu właśnie przez liberalizm i będący jego naturalnym rozwinięciem. Tezie tej przeczyć może fakt, iż bardzo wcześnie na skrajnej prawicy pojawiły się konkretne projekty i idee, obalające zresztą mit jakoby konserwatyzm był jedynie tęsknotą za tym co przeminęło lub niechęcia do wprowadzania jakichkolwiek zmian. Wspomnieć tu należy postać budzącą kontrowersje wśród dzisiejszej polskiej liberalnej prawicy - Benjamina hr. Disraeliego, brytyjskiego polityka konserwatywnego o żydowskim pochodzeniu. W swojej działalności nawiązywał on do solidarystycznej idei "króla-patrioty" stworzonej stulecie wcześniej przez innego torysa - Henryego Bolingbroke`a. Disraeli sprzeciwiał się liberalnym dążeniom do utrwalenia dominacji klasy średniej - "oligarchii pieniądza", postulując w zamian sojusz króla z właścicielami ziemskimi i rozwinięte ustawodawstwo socjalne, mające wzmocnić więź niższych warstw z arystokracją i monarchą. Z kolei do powszechnych w "pierwotnym" konserwatyzmie idei korporacyjnych nawiązywał markiz François René de La Tour du Pin Chambly de La Charce, który jako pierwszy opowiadał się za przymusowym charakterem zrzeszeń zawodowych, co miało stanowić impuls do powolnej odbudowy zniszczonego ładu.
Bardzo konkretne rozwiązania w sprawie kwestyj społecznych proponował pionier katolickiej nauki społecznej - biskup Moguncji Wilhelm Emmanuel von Ketteler. W jego programie znajdujemy takie żądania jak ograniczenie czasu pracy do 10 godzin, podniesienie płac, wolność zrzeszania się w związki zawodowe (tu jednak istniał warunek, że nie będą one prowadzić działalności politycznej), zakaz pracy nieletnich, dni świąteczne wolne od pracy. Bp von Ketteler uważał, iż powszechna ówcześnie nędza nie była jedynie skutkiem grzechu pierworodnego, ale także złego systemu ekonomicznego, opartego na niechrześcijańskim rozumieniu wolności i własności prywatnej. Liberalizm zdaniem biskupa prowadził do egoizmu, rozbijając społeczeństwo, zwalniał, wbrew znanej i dziś liberalnej propagandzie, od odpowiedzialności - argumentował zatem w klasyczny dla konserwatyzmu sposób. W nurcie katolickiej nauki społecznej mieściły się także wykrystalizowane już idee korporacjonizmu, rozwijane przez niemieckojęzycznych myślicieli. Wśród nich byli ks. Franz Hitze, czy Karl von Vogelsang - monarchista, który pod wpływem bp von Kettelera przyjął katolicyzm. Te idee pozostały nie bez wpływu na nauczanie papieskie. Von Vogelsang miał zresztą pewien wpływ na treści zawarte w encyklice "Rerum Novarum" Leona XIII, a także czterdzieści lat później - "Quadragesimo Anno" Piusa XI. Idee katolickie społecznie i korporacjonistyczne doczekały się realizacji w XX wieku w Hiszpanii pod rządami gen. Franco, Portugalii za Salazara, Austrii Dollfussa i Schuschnigga. Były one także głoszone przez środowiska narodowe i konserwatywne w całej Europie - w Polsce warto wspomnieć o Obozie Narodowo Radykalnym, czy o Monarchistycznej Organizacji Wszechstanowej, również opowiadającej się za korporacjonizmem i solidaryzmem społecznym.

Obecnie nie pamięta się o tym "wrażliwym społecznie" obliczu myśli, a nawet praktyki konserwatywnej. Przyjmuje się, że kapitalizm stanowi jedyne zabezpieczenie własności prywatnej, choć w praktyce oznacza albo jej kumulację w rękach wąskiej grupy, niewiele pod tym względem różniąc się od państwowego socjalizmu; albo też opiera się na dominacji kosmopolitycznych wielkich korporacyj, pozbawionych w zasadzie dającego się wskazać właściciela. Nie mówi się o tym, że całe pokolenia "antykapitalistycznych" myślicieli konserwatywnych uznawało własność prywatną za świętość, ale też żaden z nich nie pozwalał na pełną swobodę w dysponowaniu nią, bez poszanowania zasad moralnych. Promując wizję konserwatyzmu jako partii tożsamej z liberalizmem, a wyróżniającej się jedynie podejściem wobec miejsca religii i płynących z niej zasad w życiu społecznym, dokonuje się bardzo rażącego zubożenia myśli zachowawczej i reakcyjnej oraz pomija się bardzo istotne jej aspekty. Być może przyszedł czas, by konserwatyzm w swoim bogactwie przestał być jedynie przedmiotem dociekań akademickich, a zaczął wpływać na konkretne programy polityczne. Ład, do którego każdy konserwatysta powinien dążyć, dotyczy integralnie wszystkich sfer życia społecznego - a więc również tej ekonomicznej. Powinniśmy zatem starać się go przywrócić.

Adam Gazda





*Oczywiście nie jest to pełny obraz, gdyż w świadomości "opinii publicznej" funkcjonują także inne uproszczenia i stereotypy dotyczące konserwatyzmu - na ogół dotyczą one spraw "becikowego", czy lustracji, jednakże to już temat na zupełnie inny artykuł.
**Dzisiaj zaś "konserwatystką" nazywa się Margaret Thatcher, która wypowiedziała znamienne słowa: "Nie ma społeczeństwa - są jednostki"...
***Np. tekst Adama Wielomskiego "Konserwatywny antykapitalizm"