FALANGA

Oficjalny blog publicystyczny Falangi

Przeszukaj blog

Ładuję...

wtorek, 10 stycznia 2012

Zapraszamy na XPORTAL.PL!





Blog publicystyczny Falangi nie będzie dłużej aktualizowany, zostanie zachowany w obecnej formie jako archiwum publikacji. Wszystkie teksty związane ze środowiskiem Falangi będą odtąd publikowane na Xportal.pl.

Zachęcamy do lektury.

Czołem Wielkiej Polsce!

niedziela, 11 września 2011

Przemówienie Przywódcy Falangi w 328. rocznicę Victorii Wiedeńskiej

Świętujemy dziś rocznicę wydarzenia, które przeszło do historii jako Bitwa pod Wiedniem. Przypomnijmy: w 1683 roku Jan III Sobieski, król Polski, przybył na odsiecz broniącej się resztkami sił załodze Wiednia i stając na czele połączonych sił Świętego Cesarstwa Rzymskiego i wojsk polskich, rozgromił największą armię muzułmańską jaka kiedykolwiek wdarła się do Europy. Pamięć tamtych wydarzeń jest dzisiaj ważna dla Polski z wielu bardzo istotnych względów.

Nasza rodzima historiografia utrwaliła i wciąż utrwala w Polakach przekonanie, że piękna przegrana jest czymś wspaniałym. Polacy są rozkochani w szlachetnych nieudacznikach i uwielbiają wciąż na nowo przeżywać ich klęski podczas różnych martyrologicznych celebracji. Owszem, czcimy zwycięstwa, ale „zwycięstwa moralne” – czyli porażki. Zwycięstwem moralnym było Powstanie Styczniowe, Kampania Wrześniowa, Powstanie Warszawskie… Lista naszych zwycięstw moralnych, a więc klęsk, jest bardzo długa i nie ma sensu jej przytaczać, bo grafik narodowego świętowania „chwalebnych przegranych” jest bardzo napięty i co roku odtwarzany aż do znudzenia. Należy postawić sobie jednak pytanie: czy tak powinna wyglądać umysłowość zdrowego psychicznie narodu? Wzorem godnym naśladowania są przede wszystkim bitwy wygrane i to na nich powinna koncentrować się zbiorowa pamięć narodu, który chciałby w swojej historii osiągnięcia jeszcze wielkich rzeczy.

Nie chciałbym zawieść zawodowych tropicieli antysemityzmu, dlatego wychodzę z założenia, że każda dobra „opowieść” musi posiadać swój wątek żydowski. Otóż według teorii komunikowania międzynarodowego i międzyetnicznego, dwie zbiorowości zamieszkujące przez długi okres czasu ten sam obszar zaczynają się wzajemnie naśladować, podglądać, przejmować niektóre swoje cechy. Niczyjej uwadze nie uszedł zapewne fakt, że to właśnie umysłowość żydowska posiada raczej nieskrywane skłonności do rozpamiętywania narodowych tragedii i prowadzenia polityki przez pryzmat swojej martyrologii. Uprawianie polityki z Oświęcimiem, lub Katyniem w tle posiada wiele wspólnych cech, lecz należy zauważyć, że naśladowanie prac mistrza nie jest prawdziwą sztuką. Izrael umiejętnie wykorzystuje martyrologię do prowadzenia agresywnej polityki międzynarodowej, Polakom natomiast chodzi jedynie o pokazanie światu jak brutalnie i niesprawiedliwie obeszła się z nami historia. Co gorsza – zdaje się, że nikt polskiego biadolenia nie chce wysłuchać.

Polska historia, wbrew pozorom, bogata jest w wiele autentycznych zwycięstw w oparciu o które można kształtować poczucie dumy zdrowego, europejskiego narodu. Bitwa pod Wiedniem jest bez wątpienia jednym z takich zwycięstw. Należy je przypominać nie tylko z uwagi na triumfalny wydźwięk i sławę polskiego oręża, ale także z uwagi na szerszy kontekst – w 1683 roku Polska walczyła nie tylko o własne bezpieczeństwo, ale w obronie całej Europy i chrześcijaństwa. Jan III otrzymał od papieża Innocentego XI tytuł Defensor Fidei, a wieść o wspaniałej odsieczy dokonanej przez polskiego króla, odbiła się potężnym echem w całym ówczesnym świecie.

Świętowanie Victorii Wiedeńskiej stwarza także okazję do symbolicznych analogii – tak jak w XVII wieku Europa była zagrożona przez muzułmańską ekspansję Imperium Osmańskiego, tak i w XXI wieku muzułmanie zagrażają Europie. Tym razem nie będą musieli zdobywać żadnych miast, oni już w tych miastach są – w wielkich, kosmopolitycznych stolicach Europy Zachodniej. Choć żyjemy w czasach względnego dobrobytu, muzułmanie i tak wywołują społeczne niepokoje, raz na jakiś czas puszczając z dymem przedmieścia Paryża, Londynu, lub Sztokholmu. Jak zachowają się w przypadku głębokiej recesji i upadku zachodnich welfare states, który w dłuższej perspektywie jest nieunikniony? Z punktu widzenia przetrwania narodów, demografia znaczy więcej, niż największy sukces militarny.

Polsce, na chwilę obecną, nie zagraża masowa imigracja. Nie boimy się jej także jako Europejczycy. Tymi, którzy najbardziej powinni się jej bać, to członkowie establishmentu – i powoli zaczynają to rozumieć. Cywilizacja Praw Człowieka, jeśli tak możemy ją nazwać, opiera się o dwa filary. Pierwszy filar to dobrobyt – odejdzie on razem z pierwszą głęboką recesją, która, jak twierdzi zgodnie większość ekonomistów, jest nieunikniona, tak jak nieuniknione musi być fiasko każdego życia na kredyt. Drugi filar to poczucie bezpieczeństwa - odbiorą je imigranci, którzy po upadku zachodnich państw dobrobytu ruszą palić i plądrować. Europejczycy, gdy poczują nóż na gardle, przebudzą się i wyniosą do władzy odpowiednich ludzi, którzy przywrócą im poczucie bezpieczeństwa. Tak zrobiłby każdy człowiek, który zobaczyłby w ogniu własny dom. Jak domek z kart rozpadną się wszystkie kłamstwa, którymi go karmiono, a jego wściekłość będzie tym większa, im bardziej w nie wierzył. Pewien mądry profesor powiedział kiedyś, że faszyzm to ideologia wkurzonego Europejczyka.

Nie bez przyczyny establishment przywiązuje poprzez swoje media znacznie więcej uwagi tzw. „ekstremistom”, niż na to obecnie zasługują. Dzieje się tak właśnie dlatego, że już teraz podskórnie wyczuwa, jak będzie wyglądał epilog opowieści pt. „Wielokulturowe społeczeństwo”. Jego nienawiść, ufundowana na strachu przed nieznanym, powinna nas zawsze nobilitować. Choć ciężko przewidzieć kiedy historia wreszcie przyśpieszy i czy stanie się to naszym udziałem, nas, ludzi Tradycji, głęboko zakorzenionych w metafizyce i wszystkim tym, co transcendentne, nie powinno to zniechęcać. Nasza działalność jest obiektywnie słuszna i konieczna. To co czynimy za życia, odbija się echem w wieczności.

piątek, 26 sierpnia 2011

Ku doktrynie społeczeństwa zamkniętego. Metapolityka i metafizyka sojuszu ekstremów

Koncepcja sojuszu ekstremów podnoszona była w Polsce dotychczas przede wszystkim przez doktora Jarosława Tomasiewicza. Doceniając prekursorski charakter takich klasycznych już dziś jego tekstów jak Anty-Fukuyama czy Front Antyimperialistyczny stwierdzić musimy, że interesujące nas tu zagadnienie omawiane jest w nich z zupełnym pominięciem jego wymiaru metapolitycznego, wyłącznie na płaszczyźnie socjoekonomicznej. Polska początku lat 90-tych była dla Tomasiewicza krajem trzeciego świata, kolonizowanym i eksploatowanym przez zachodni kapitalizm. Wyzyskiwana i uzależniania przez zachodni imperializm Polska potrzebowała jego zdaniem frontu wyzwolenia narodowego i społecznego na trzecioświatową modłę. Tomasiewicz rewidował marksistowską tezę o konflikcie pomiędzy światowym kapitałem a światowym proletariatem jako podstawowej sprzeczności współczesnego świata. Zauważał, że o ile miała ona moc wyjaśniającą w odniesieniu do społeczeństw i gospodarek XIX-wiecznych, o tyle jej przydatność słabnie wraz z narastaniem dystansu czasowego i przestrzennego wobec tamtej rzeczywistości. Marksistowskie recepty nie są po prostu przydatne zarówno na postindustrialnym Zachodzie, jak i w preindustrialnych krajach III Świata! - tłumaczył swoim czytelnikom Tomasiewicz. Wszystkie grupy społeczne zamieszkujące wysoko rozwinięte państwa Zachodu są profitentami faworyzującej je nierównowagi światowej, natomiast w krajach peryferyjnych – do których zaliczona została Polska – także grupy inne niż proletariat powinny być zainteresowane w zrzuceniu obcej dominacji. Czynnikiem integrującym i zarazem emancypującym miał być nacjonalizm; Na Peryferiach przeciwstawiający się zachodniemu imperializmowi nacjonalizm ma rewolucyjny charakter. Walka przeciw zachodniemu imperializmowi, podobnie jak w krajach takich jak Brazylia, powinna być prowadzona na płaszczyźnie wewnętrznej. Dlatego właśnie, choć w Polsce jako kraju przemysłowym budowa partii robotniczej w 1993 r. miała zdaniem Tomasiewicza sens, partia owa powinna w interesie zarówno własnym, jak i polskich ludzi pracy, stawiać sobie nie tylko cele społeczne, ale też narodowe. Jak sam później przyznawał, Tomasiewicz nie próbował dokonywać doktrynalnej syntezy integralnej prawicy i integralnej lewicy; stawiał sobie za cel nakreślenie pluralistycznej wizji przyszłości, by mieścili się w niej wszyscy krytycy Systemu. Przeciwników demoliberalizmu z prawicy i z lewicy łączyć miały nie tylko wspólny wróg i postawa buntu wobec status quo ale też frazeologia i część postulatów programowych. Pomimo tego, w opublikowanym w 1997 r. tekście Zbieżne prostopadłe. Rozrachunek z koncepcją sojuszu ekstremów, Tomasiewicz przyznał się do porażki; idea „koalicji antysystemowej” nigdy nie została urzeczywistniona, a dziś (…) dalej chyba do jej realizacji niż kiedykolwiek (…) stwierdzić muszę, ze z ekstremów nie wyjdzie już nic odżywczego. Ruchy ekstremistyczne wchodzą w koleiny wyznaczone dla nich przez demoliberalizm, walczą ze zmistyfikowanym, urojonym wrogiem, walkę ze sobą nawzajem uznają za walkę z Systemem, podczas gdy w rzeczywistości pełnią rolę wentyli bezpieczeństwa, kanalizując aktywność ludzi niepokornych i niezadowolonych w kierunku bezpiecznym dla panującej klasy polityczno-medialnej. Ich członkowie poruszają się w mentalnych i środowiskowych gettach, utracili kontakt z odczuciami społecznymi, pogrążyli się w doktrynerstwie, przeszkadzającym im w rozpoznaniu kulturowych i technologicznych megatrendów, rozwijających się niezależnie od naszej woli, ale możliwych do wykorzystania i ukierunkowania przez tych wszystkich, którzy poważnie myślą o przekształceniu społeczeństwa. Niepowodzenie sojuszu ekstremów ma jednak zdaniem Tomasiewicza i bardziej fundamentalne przyczyny; zanik rewolucyjnego ascetyzmu i autorytarnej mentalności „starej lewicy” zastąpionej przez wydarzenia Maja '68 roku hedonizmem i humanizmem „nowej lewicy”. Wyraża się to między innymi w odmiennym stosunku do przemocy i cierpienia; prawica stara się przywrócić im pierwotny, heroiczny sens, podczas gdy „nowa lewica” pragnie anihilacji instytucji stwarzających warunki dla rozwijania się i konserwacji alienacji i cierpienia.



Rozważając na nowo sens koncepcji sojuszu ekstremów powinniśmy wyjść poza ramy zastosowanej przez Tomasiewicza analizy społecznej i ekonomicznej. Ma ona charakter kontekstualny, odnosząc się do współczesnych piszącemu realiów, te tymczasem przecież ulegają ciągłym zmianom, co zauważył sam Tomasiewicz. By rozstrzygnąć o zasadności i przydatności sojuszu ekstremów musimy sięgnąć tego poziomu rzeczywistości, który kluczowy jest dla możliwości zbliżenia przedstawicieli różnych tradycji politycznych, tak więc musimy sięgnąć do metapolityki i metafizyki. Naszym zdaniem, poczynione na tym poziomie obserwacje, co pozornie może wydawać się paradoksalne, nie mają charakteru bezwzględnego, lecz znaczenie poszczególnych idei politycznych ulega zmianie na przeciągu czasu, kiedy to też pojawiają się nowe kryteria ich klasyfikacji, dawne zaś linie podziału zacierają się wraz z zanikaniem społecznych i materialnych desygnatów określonych koncepcji teoretycznych. Przedstawiona niżej interpretacja, choć w pełni została sformułowana w drugiej połowie lat 90-tych XX wieku przez rosyjskiego myśliciela Aleksandra Dugina, którego przemyślenia w nieco zmienionej formie tutaj zreferujemy, to jej początków należy szukać już w latach 20-tych i 30-tych, przede wszystkim w Niemczech oraz wśród emigracji rosyjskiej.



Punktem wyjścia dla zidentyfikowania kluczowego naszym zdaniem współczesnego podziału politycznego jest praca brytyjskiego filozofa Karola Poppera (1902-1994) The Open Society and Its Enemies (1945). Przedstawiony tam został model, stosownie do którego każde ze społeczeństw można przyporządkować bądź to do kategorii „społeczeństwa otwartego”, bądź zaklasyfikować je jako „społeczeństwo nie-otwarte” lub „społeczeństwo wrogów społeczeństwa otwartego”. Popper na określenie tego drugiego nie używa pojęcia „społeczeństwo zamknięte”, lecz posługuje się w odniesieniu do niego pojęciem „totalitaryzmu”.



Prawdopodobnie właśnie począwszy od tej bardzo wpływowej w świecie anglosaskim pracy, wszystkie nieliberalne modele społeczne, polityczne, doktryny filozoficzne bądź ekonomiczne, zaczęto tam nazywać „totalitarnymi”. Terminologiczny zamęt wprowadzony przez Poppera i idąca za nim dewastacja politologii nie powinny nam oczywiście przesłaniać prawdy o fundamentalnych różnicach dzielących porządki typu organicznego i doktryny, w których dokonuje się konceptualizacji tych porządków, od ustrojów typu mechanistycznego i abstrakcyjnego, dla uproszczenia naszego wywodu w dalszej jego części będziemy jednak posługiwać się konsekwentnie podziałem wprowadzonym przez brytyjskiego filozofa.



Wracając tymczasem do głównego nurtu wywodu, społeczeństwo otwarte, według Poppera ufundowane jest na uznaniu centralnej roli i pozycji jednostki, na uznaniu iż dobro jednostki ważniejsze jest niż dobro wspólnoty, do której ona należy. Towarzyszy temu szereg konkretyzujących to założenie zasad organizacji społeczeństwa i wytycznych w filozofii, jak na przykład indywidualizm, racjonalizm, demokracja liberalna, odrzucenie teleologicznej koncepcji historii, „prawa człowieka”, zasada krytyki społecznej i tak dalej. Społeczeństwo otwarte odrzuca jakiekolwiek formy Absolutu, umożliwia nieograniczoną i nieskrępowaną aktywność tworzącym je atomom społecznym, aktywność nie mającą żadnego określonego z góry celu ani sensu, która jednak wedle tej koncepcji powinna prowadzić je ku osiągnięciu stanu dynamicznej równowagi.



Tymczasem przeciwnicy społeczeństwa otwartego przeciwstawiają prymatowi jednostki różnorodne modele oparte o zasadę Absolutu. Absolut ogranicza swobodę jednostki, jest źródłem norm i dogmatów, ustanawia cele i zadania, podporządkowuje ją zewnętrznym czynnikom, formuje jednostkę jak rzeźbiarz swoje dzieło. Jednostka zostaje podporządkowana, w jej sferę swobodnej autokreacji dokonuje się wtargnięcie czynnika spoza niej samej, czynnika obiektywnego. Umocowanie metafizyki, etyki, socjologii i ekonomii na zasadach niezgodnych z uznaniem centralnej pozycji jednostki łączy zdaniem Poppera systemy filozoficzne takich myślicieli jak Platon (ok. 427-347 p.n.e.), Fryderyk Schlegel (1772-1829), Fryderyk Schelling (1775-1854), Jerzy Wilhelm Fryderyk Hegel (1770-1831), Karol Marks (1818-1883), Oswald Spengler (1880-1936) i wielu innych. Mieszczą się tu zarówno tradycje intelektualne prawicy jak i lewicy; są i faszyści, i konserwatyści, i komuniści, i nawet niektórzy socjaldemokraci. Popper wskazuje na głębsze, bardziej fundamentalne i znaczące kryterium podziału sceny politycznej, jednoczące w tych samych obozach na pozór bardzo się od siebie różniące i przeciwstawne sobie idee polityczne i filozoficzne.



Odnosząc się do klasyfikacji dokonanej przez Karola Poppera, rosyjski tradycjonalista integralny Aleksander Dugin (ur. 1962 r.) w swojej pracy Тамплиеры Пролетариата (1996 r.) przedstawia koncepcję ujęcia wszystkich doktryn „społeczeństwa zamkniętego” w jednej „meta-doktrynie” narodowego bolszewizmu. „Narodowy bolszewizm to nad-ideologia, wspólna dla wszystkich wrogów społeczeństwa otwartego”, pisze Dugin. Narodowy bolszewizm nie jest po prostu jedną z ideologii odrzucających indywidualizm i wiążące się z nim pryncypia filozoficzne i polityczne, lecz jego pełną, totalną i radykalną antytezą. To „taki sposób widzenia świata, który opiera się na pełnym i radykalnym odrzuceniu jednostki i jej centralnej roli, przy czym Absolut, w imię którego jednostka odrzuca samą siebie, ma jak najszersze i najbardziej rozległe znaczenie”. Narodowy bolszewizm w wydaniu Dugina polega na próbie włączenia w siebie wszystkich nurtów dążących do jakkolwiek pojętego Absolutu i odrzucających społeczeństwo otwarte z jakichkolwiek powodów. Chodzi o nadanie konceptualnego i politycznego charakteru, o ubranie w postać ideologii i programu filozoficznego zintegrowanych ze sobą wszystkich nurtów stawiających dobro wspólnoty ponad dobrem jednostki. Zamiar taki wydaje się być niezwykle ambitnym, wręcz można by sceptycznie zauważyć, że skazanym na niepowodzenie. Na przeciągu historii rozmaite nurty opowiadające się za społeczeństwem „organicznym”, społeczeństwem „kolektywnym”, czy wspólnotą „narodową” zwalczały się zajadle. Komuniści odmawiali jakiejkolwiek współpracy z faszystami, konserwatyści odcinali się zarówno od faszystów jak i od komunistów. Równocześnie przedstawiciele nurtów politycznych opowiadających się za różnymi wariantami społeczeństwa otwartego potrafili ze sobą współpracować, będąc świadomi łączącej ich więzi filozoficznej i światopoglądowej. Tak więc liberalna i parlamentarna monarchia brytyjska wiązała się bez oporu z demokratycznymi i parlamentarnymi Stanami Zjednoczonymi, natomiast u historycznych początków USA doszukać się można przenikania się czynnika demokratycznego i liberalnego.



Dokonując nowego podziału sceny politycznej, lepiej odpowiadającego na historyczne wyzwanie rzucone ludom Europy przez demoliberalną globalizację, należałoby zatem pójść śladem wspomnianego Poppera i poprowadzić linię rozdzielającą politycznych „wrogów”od politycznych„przyjaciół” w poprzek lewicy i prawicy, desygnując do roli przeciwnika wszystkie nurty liberalne. Na prawicy inklinacje liberalne i indywidualistyczne przybierają postać ekonomizmu, „teorii rynku”, na lewicy natomiast wyrażają się w liberaliźmie politycznym, w koncepcji „państwa prawa”, „praw człowieka” i im podobnych. Narodowy bolszewizm według Dugina polega na całkowitym odrzuceniu tego, co subiektywne, na rzecz tego, co obiektywne, tego, co ludzkie, na rzecz tego, co ponad-ludzkie. „Pytanie nie brzmi” materializm, czy idealizm ? Pytanie brzmi: albo obiektywny idealizm i obiektywny materializm (po tej samej stronie barykad !), albo subiektywny idealizm i subiektywny materializm (po przeciwnej stronie !)”. Szczególną niechęć rosyjskiego tradycjonalisty budzi subiektywny materializm utożsamiany przez niego z postawami konsumpcyjnymi, z poglądami nadającymi centralne znaczenie zaspokojeniu fizycznych i materialnych potrzeb człowieka. Subiektywny materializm nie opiera się na strukturach indywidualnej świadomości, jak ma to miejsce w przypadku subiektywnego idealizmu, choćby tego w wydaniu reakcyjnego pesymisty Artura Schopenhauera (1788-1860), lecz na „indywidualnych odczuciach, niższych emocjach, lękach i rozkoszach, najniższych warstwach ludzkiej psychiki, związanych z poziomami wegetatywnymi, cielesnymi”. Na poziomie filozofii odpowiadają mu takie nurty jak sensualizm i pragmatyzm, w psychologii zaś freudyzm. Subiektywny materializm był również rdzeniem wszystkich nurtów rewizjonistycznych w ruchu komunistycznym, począwszy od bernsteinizmu, poprzez eurokomunizm, skończywszy na „freudo-marksiźmie”. Narodowy bolszewizm zasadza się na bezwzględnym uznaniu centralnej roli tego, co obiektywne, utożsamianego z Absolutem, niezależnie od tego, jak ów Absolut jest rozumiany. Przypomina to hinduistyczną formułę teologiczną „Atman to Brahman”. W tradycji hinduistycznej atman to wyższe, transcendentne „ja” indywidualne. Atman jest wewnętrznym duchem, duchem obiektywnym i ponadjednostkowym. Brahman to z kolei podniesiona do swojego najwyższego poziomu zewnętrzna obiektywność, absolutna realność, obejmująca człowieka z zewnątrz, spoza niego samego. Jedność atmana i Brahmana to zwieńczenie metafizyki hinduistycznej, sam jej rdzeń, to prawda obecna we wszystkich autentycznych tradycjach duchowych. Prowadzą one do samoprzezwyciężenia się człowieka, do wyjścia przez niego poza swoje małe, indywidualne „ja”. Droga do tego celu, „zewnętrzna” lub „do wewnątrz”, wiedzie ku temu samemu zwycięskiemu rezultatowi. Jest to tradycyjny paradoks inicjacyjny ujęty w znanej frazie z Ewangelii, „ten, kto zgubi swoją duszę, ten ją zbawi” oraz w słowach Fryderyka Nietzschego (1844-1900) iż „człowiek jest tym, co przezwyciężone być musi”. O ile zatem popperowski model społeczeństwa otwartego realizowany jest na poziomie politycznym w formule demoliberalnej, wspierany jest zaś przez nurty filozoficznie zakorzenione w kantyźmie, tak więc socjaldemokratycznych rewizjonistów, „nową lewicę”, lewicowych liberałów, postępowców, z drugiej zaś strony przez konserwatywnych liberałów, ewolucyjnych konserwatystów, konserwatywno-liberalnych katolików (dobrym przykładem jest tu proamerykańska katolicka organizacja TFP, jak i dość bliska jej w formule mieszczańska Opus Dei) i tych konserwatystów, którzy wysoko wartościują gospodarkę rynkową, „wolny handel” i „prawa człowieka”, o tyle na przeciwległym biegunie dokonuje się alchemiczna synteza statokratycznej i ascetycznej heglowskiej lewicy, tak więc komunistów i bolszewików, oraz statokratycznej i antymaterialistycznej heglowskiej prawicy, tak więc skrajnych nacjonalistów, państwowców, zwolenników „nowego Średniowiecza”. To jest właśnie rzeczywista treść właściwie pojętego„sojuszu ekstremów”, jednoczącego wszystkie nurty opowiadające się przeciwko indywidualizmowi i przeciwko temu, co subiektywne, zaś za tym, co obiektywne.



Zastanówmy się tymczasem nad rolą filozofii marksistowskiej w tego rodzaju konstrukcji. Ze względu na takie zawarte w niej treści jak racjonalizm, postępowość, liniowa koncepcja czasu, egalitaryzm, humanizm należałoby ją zaliczyć zdecydowanie do lewicy. Podobnie jednak jak niektórzy historycy reinterpretują faszyzm jako ideologię lewicową, nie zaś prawicową, tak i my możemy spróbować odnaleźć w myśli komunistycznej treści niematerialistyczne, atrakcyjne z perspektywy konserwatywno-rewolucyjnej. Nie będzie to oznaczać, że w zupełności się z tymi treściami identyfikujemy, ale jedynie tyle, że możliwość dokonania takich interpretacji, wskazuje drogi możliwych owocnych poszukiwań w przedmiocie sojuszu ekstremów.



Tak więc przede wszystkim, wskazać powinniśmy na rewolucyjny ascetyzm starej lewicy, na jej radykalizm, na odżegnywanie się od kompromisów, na takie elementy strategii działania jak teorię spisku rewolucyjnego („blankizm”) czy elitarny charakter partii. Interesować nas tu będzie ten wymiar ideologii lewicowych, które decydowały o przyporządkowania ich przez Poppera do obozu „wrogów społeczeństwa otwartego” i do rodziny „totalitarnej”. Na wstępie odrzucić więc musimy możliwość jakichkolwiek pozytywnych odniesień do etyki Ludwika Feuerbacha (1804-1872), nadającej marksizmowi charakter humanistyczny i progresywistyczny. Zwrócimy natomiast uwagę na wszystkie treści archaiczne, mitologiczne, antyhumanistyczne i irracjonalne w komuniźmie, które możliwe są do wyprowadzenie szczególnie z dwóch obecnych w nim tradycji intelektualnych; z socjalizmu utopijnego i z heglizmu.



Socjaliści-utopiści, uważani przez Marksa za jego doktrynalnych poprzedników byli jednym z pokoleń przedstawicieli mistycznego mesjanizmu i głosicielami powrotu do „Złotego Wieku” w historii ludzkości. Myśliciele tacy jak Klaudiusz Henryk Saint Simon (1760-1825), jego uczniowie Saint-Armand Bazard (1791-1832) czy Bartłomiej Prosper Enfantin (1796-1864) wywodzili się wprost z grup ezoterycznych i okultystycznych, którym ton nadawały duch radykalnego mistycyzmu, eschatologia i proroctwa apokaliptyczne. Przemieszały się tam motywy religijne, sekciarskie i okultystyczne. Panowało przekonanie, że świat współczesny jest nic niewartym złudzeniem, że utracił on swoją sakralną treść, że tradycyjne instytucje religijne uległy zwyrodnieniu i zatraciły swój błogosławiony charakter, stały się narzędziami realizacji świeckich interesów grup moralnie zdegenerowanych i wypranych z odniesień metafizycznych, nie mających już kontaktu z Absolutem. Światem rządzi zło, materializm, kłamstwo, fałsz, egoizm. Wtajemniczeni wiedzą jednak o rychłym nadejściu nowego Złotego Wieku i dopomagają temu swoimi tajemnymi rytuałami i okultystycznymi czynnościami. Jest to przekonanie typowe dla radykalnych sekt protestanckich, dla anabaptystów i im podobnych, dla zwolenników rosyjskiego „raskołu” wreszcie. Te same treści, ubrane jednak w kostium spoleczno-politycznej reformy odnajdujemy i u socjalistów-utopistów. W teorii Karola Fouriera (1772-1837) w nadchodzącym Złotym Wieku ludzie mieli żyć 144 lata, ważyć po dwieście kilogramów, mierzyć sobie po dwa metry wzrostu, móc siłą woli tworzyć sztuczne organy, takie jak trzecie oko. Wśród cudów przyszłego społeczeństwa komunistycznego, którego nadejście prorokowali utopijni socjaliści, miały się też znaleźć kierowanie pogodą, możliwość pływania przez ludzi na grzbietach delfinów, latania w powietrzu, oplecenie całego globu siecią komun produkcyjnych, które miały znajdować się również w regionach podbiegunowych i polarnych, oraz których świętą stolicą miał być Konstantynopol. W utopiach tych widzimy zatem silny wątek eschatologiczny i mitologiczny, mit Wiecznego Powrotu, zracjonalizowaną opowieść o nadchodzącym Cesarstwie, o Regnum. Czy nie przypominają te opowieści tradycyjnych mitów o przeminięciu zła, zepsutego świata i nastaniu nowego Królestwa Bożego ? Podobieństwo konstrukcji mitów utopijnego socjalizmu do tradycyjnej i tradycjonalistycznej narracji historiozoficznej jest uderzające.



W myśli Hegla kluczowe znaczenie przypada dialektyce. Ma ona swoje korzenie w „mrocznej” dialektyce Platona, biorącej swój początek nie z „jasnej” filozofii sokratejskiej, lecz z tej związanej z mistyką pitagorejską i misteriami orfickimi, które z kolei zakorzenione były w jeszcze dawniejszych kultach archaicznych Doktryna Hegla posiada tradycjonalistyczny i eschatologiczny charakter, przybrany specyficzną terminologią. Jego metoda wyraża podejście inicjacyjne i ezoteryczne ku problemom epistemologii, czyli odmiennie niż stanowiąca podstawę wszystkich odmian myśli liberalnej logika Sokratesa, Kanta i Kartezjusza. Filozofia historii Hegla to jedna z wersji tradycyjnego mitu religijnego, pozostająca w bliskich związkach z chrześcijańską teleologią historii. Absolutna Idea oddziela się od samej siebie i staje się światem. W Koranie znajdujemy stwierdzenie o Allachu, który był tajnym skarbem, który zapragnął być poznanym. Obiektywizując się w historii, oddziałuje na ludzi jako „chytrość światowego rozumu”, warunkując prowidencjonalny charakter zachodzących wydarzeń. Wraz z nadejściem Syna Bożego otwiera się jednak apokaliptyczna perspektywa uzyskania pełnej świadomości samej siebie przez Absolutną Ideę na poziomie subiektywnym, który przestaje być wówczas subiektywnym i staje się obiektywnym. Atman łączy się z Brahmanem, bycie i myśl stają się jednym. Dzieje się to w królestwie końca czasów, w Imperium Końca, utożsamianym przez Hegla z państwem pruskim. Absolutna Idea jest tezą, jej odrzucenie to antyteza, ponowne jej rozpoznanie w eschatologicznym królestwie czasów końca to historyczna synteza. Podobnie jak w ontologii, tak również w gnoseologii teoria Hegla różni się znacząco od logiki formalnej, operującej jedynie na „pozytywnych” stwierdzeniach.”Nowa logika” Hegla otwiera na nowy wymiar rzeczywistości, związany z potencjalnym jej istnieniem, niedostępnym dla kantowskiego „czystego rozumu”, ale odkrywanym w mistycznej szkole Jakuba Boehme (1575-1624), wśród hermetyków i różokrzyżowców. Fakt istnienia przedmiotu lub jego potwierdzenia, czego stwierdzenie wyczerpuje epistemologię kantowską, dla Hegla jest tylko jedną trzech możliwych hipostaz bytu. Drugą hipostazą jest odrzucenie tego faktu, pojmowane jednak nie jako „niebyt”, jakby określiła to logika formalna, lecz jako szczególny ponad-rozumowy modus istnienia lub potwierdzenia rzeczy. Pierwsza hipostaza to „Ding fuer uns”, druga to „Ding an sich”. To drugie nie jest jednak, jak u Kanta, niepoznawalnym i czysto apofatycznym, nie jest gnoseologicznym „niebytem”, lecz gnoseologiczną „inną formą bycia”. Obydwie łączą się w trzeciej – w syntezie; obejmującej i „potwierdzenie” i „zaprzeczenie”. Przy czym „synteza” w porządku następstwa czasu nadchodzi po „zaprzeczeniu” i jest „zaprzeczeniem zaprzeczenia”. W syntezie łączą się „potwierdzenie” i „zaprzeczenie” rzeczy, mierzącej się ze swą „śmiercią”, pojmowaną nie jako pustka, lecz jako „inna forma bycia”, jako dusza. Ding an sich staje się Ding fuer sich, Przyczyna świata i sam świat zlewają się ze sobą w eschatologicznej syntezie, odzyskana na powrót zostaje jedność, harmonia, powszechność Bytu, „istnienie” i „nie-istnienie”współwystępują nie wykluczając się nawzajem, Ziemskie Cesarstwo Końca rządzone przez kastę „poświęconych” spotyka się z nadchodzącym Nowym Jeruzalem, następuje koniec Historii i era Ducha Świętego.



Karol Marks utożsamiał heglowskie odrzucenie Absolutnej Idei, historyczną antytezę, z teoriami ekonomii politycznej rozwijanymi w Anglii przez Adama Smitha (1723-1790), wyznającego linearną wizję historii jako postępu w tworzeniu się społeczeństwa otwartego i uniwersalizacji mających je organizować zasad wolnego handlu i swobodnej wymiany pieniężnej. Karol Marks w swoim dziele Das Kapital (1867-1894) opisał oddzielenie się Absolutu od siebie samego, stopniowe podporządkowanie sobie Europy przez „demona ekonomii”. Analiza struktury kapitalizmu, historii jego powstania, dawały Marksowi wiedzę na temat mechaniki odrzucenia tezy, alchemiczną formułę tego, na jakich zasadach się ona dokonuje. Zrozumienie tej mechaniki, „formuły antytezy”, wydaje się być warunkiem Wielkiej Restauracji, czy też Ostatniej Rewolucji. Nadchodzące królestwo komunizmu było dla Marksa wielkim obrotem koła historii, powrotem do pierwotnej harmonii, do historycznej tezy jeszcze sprzed jej zaprzeczenia. To nie tyle „postęp”, to „rewolucja” w jej etymologicznym sensie, czyli właśnie „obrót”. Nieprzypadkowo Marks utożsamił pierwotny komunizm ze Złotym Wiekiem. Komunizm był dla niego synonimem końca Historii, nastania ery Ducha Świętego. Pierwotny komunizm był tezą, „kapitał” antytezą, światowy komunizm syntezą. Skoncentrowanie się przez Marksa na stosunkach własnościowych i kwestiach ekonomicznych można odczytywać jako rodzaj filozoficznego materializmu, ale równie dobrze można by „materializm” zarzucać średniowiecznym alchemikom rozprawiającym o destylacji cieczy, uzyskaniu złota, przekształceniu minerałów w metale i tak dalej. Pomija się tu jednak głęboki duchowy i inicjacyjny symbolizm kryjący się za tymi rozważaniami. Myśl Marksa można więc też odczytywać na podobieństwo traktatów alchemicznych, jako dążenie do magicznego przeobrażenia rzeczywistości i jako radykalne odrzucenie wszelkich kompromisów w tej sferze. Marksizm zyskał sobie popularność w krajach liberalnej, zwyrodniałej, świeckiej i parlamentarnej monarchii. W Niemczech, Austrii, Rosji, w warunkach wyradzania się konserwatywnych monarchii w podobne brytyjskiemu reżymy liberalno-parlamentarne, rozwinęły się pozostające w ukryciu kręgi mistyków, sekciarzy, narodowych mesjanistów, okultystów, romantyków, a także wszelkie tajne stowarzyszenia. Nieprzypadkowo rewolucja komunistyczna osiągnęła powodzenie wśród najbardziej konserwatywnych, tradycyjnych, niepodatnych na postęp, najmniej „współczesnych” narodów, tak więc na Wschodzie; w Rosji, w Chinach, w Wietnamie. Nurt komunizmu przydatny w perspektywie sojuszu ekstremów to nurt wolny od wpływów Feuerbacha, antyhumanistyczny i anty-progresistowski. Znaczenie zyskuje odniesiony do ukrytych w głębinach wieków tradycji starożytnych stowarzyszeń inicjacyjnych i nauk duchowych. Jego aspekt ekonomiczny rozpatruje się tu jako mechanizm teurgicznego, magicznego przeobrażenia rzeczywistości.



Nie zalecamy oczywiście takiej postawy wobec komunizmu, podobnie jak nie wskazujemy go jako systemu, który należałoby wprowadzić w życie. Pragniemy jedynie zwrócić uwagę na jedną z możliwych interpretacji tego fenomenu historycznego, przeprowadzoną z „tradycjonalistycznego” i „prawicowego” punktu widzenia. Komunizm jako „bicz boży”, jako taran niszczący zdegenerowaną rzeczywistość mieszczańską i przygotowujący grunt pod przyszłą Paruzję. Komunizm wolny od odniesień do humanizmu, indywidualizmu, antropocentryzmu i liberalizmu. Komunizm pojmowany w jego znaczeniu eschatologicznym. Taki komunizm można by uznać za podmiot ewentualnego sojuszu ekstremów.



Przyjrzyjmy się teraz kolejnej komponencie wymienianej jako podmiot sojuszu ekstremów, mianowicie nacjonalizmowi. Może on być pojmowany na dwa sposoby; bądź to jako dążenie do czystości rasowej i etnicznej jednorodności, bądź jako dążenie do zjednoczenia rozmaitych podmiotów w ekonomicznie samowystarczalnym, społeczno-geograficznym organizmie państwowym. Myśli europejskiej bliższe jest to drugie rozumienie nacjonalizmu; imperialne, państwocentryczne i geopolityczne. Także w tradycji polskiej rozumienie narodu było tradycyjnie inkluzywne, ekspansjonistyczne, dynamiczne, mocarstwowe, ponad-etniczne, związane z religijnym i geopolitycznym mesjanizmem, z kulturą, z kontynentalnym i terytorialnym rozmiarem państwa. W doktrynie niemieckich narodowych bolszewików, choćby u Ernesta Niekisha (1889-1967), mowa jest z kolei o eurazjatyckim „bloku kontynentalnym”, oraz o Das dritte imperiale Figur. Obok imperialnego, geopolitycznego, państwocentrycznego rozumienia nacjonalizmu, możliwe też jest drugie – odmienne, choć bynajmniej z poprzednim się nie wykluczające. Aleksander Dugin pisze tu o pojmowaniu „nacji” jako „pewnego organicznego, całościowego istnienia, nie poddającego się anatomicznemu podziałowi, posiadającego własne, specyficzne przeznaczenie i unikalną konstytucję”. Zgodnie z tradycyjnymi naukami, każdy naród na świecie ma przydzielonego sobie Anioła Stróża. Mają go również miasta, klany, plemiona i grupy etniczne. I w twierdzeniu takim nie ma nic sentymentalnego, ani mętnego. Anioł Stróż to istota świetlista, to intelekt, jak napisał Herder: to „myśl Boga”. Jest to zmysł historii danego narodu, niezależny od czasu i od istnienia państwowości, lecz uczestniczący we wszystkich jego historycznych perypetiach. Można go rozpoznać w historycznych czynach narodu, w określających go społecznych i religijnych instytucjach, w jego kulturze. Personifikowany jest przez dynastię panującą, monarchę z bożej łaski, przez narodowych wieszczów, wielkich narodowych bohaterów, wodzów i dyktatorów, przez świętych. W warunkach obalenia monarchii, ów geniusz narodu wcielić się może także w formy kolektywne, w zakon polityczny, a nawet w partię. Tkanka narodowej historii jest księgą, w której czytać możemy o charakterze i właściwościach danego anioła stróża. Naród nie jest więc kolektywem ludzi mówiących tym samym językiem, w których żyłach płynie ta sama krew, którzy dzielą tą samą kulturę, a w ich fenotypie zachodzi niejakie podobieństwo. Naród to całość metafizyczna, dla której odniesieniem jest owa tajemna angeliczna istota, postępująca wraz z danym narodem poprzez historię. To analogia heglowskiej Absolutnej Idei w pomniejszonej skali. Narodowy rozum oddzielający się od samego siebie i rozpraszający w mnogości indywidualnych rozumów, lecz na powrót łączący się w jeden geniusz narodowy, którego wyrazicielem jest monarcha, wybitny wódz lub elita nacji rządząca w przełomowym dla niej, momencie historycznym. Podobnie jak anioły różnią się między sobą zajmując różne miejsca w chórach anielskich, tak również różnią się od siebie same narody, ich społeczne, polityczne i religijne instytucje, wreszcie role odgrywane przez nie w historii. „Morfologia” danego anioła i dyspozycja sił w świecie angelicznym znajduje swe odbicie w rozkładzie sił na mapie politycznej świata, w rozległości i geograficznym, etnicznym, kulturowym, socjopolitycznym charakterze warunków życia danego narodu. W tym kontekście należy postrzegać globalne przeciwieństwo pomiędzy ideokratycznymi narodami kontynentalnymi a liberalnym światem anglosaskim, pomiędzy sakralnymi, heroicznymi i solarnymi kulturami Lądu, a indywidualistycznymi, ufundowanymi na ideach merkantylnych, otwartymi społeczeństwami świata atlantyckiego. Angeliczne zastępy Kontynentu, przeciwko światu anglosaskiemu, któremu patronuje „anioł”, którego imię w Tradycji brzmiało „Mamona”. Jego pochodzenia nietrudno się domyśleć...



Karol Popper wskazuje na nieracjonalność jako na jeden z podstawowych wyróżników wrogów społeczeństwa otwartego. Jest ono faktycznie zbudowane na zasadach takich jak rozsądek i rozumność. Z perspektywy tradycjonalizmu integralnego, jest to przejaw cyklicznie zachodzącego procesu degradacji ziemskiego środowiska i świadomości człowieka, procesu desakralizacji, jednym z ostatnich etapów którego jawi się racjonalizm. Nieracjonalność w perspektywie tradycjonalistycznej, to nie odrzucenie rozumu, lecz stwierdzenie istnienia wielkiej połaci ponad-racjonalnej rzeczywistości, nie poddającej się badaniu przy pomocy czysto rozumowych, analitycznych, logicznych metod. Tradycja jest rzeczywistością poznawaną instrumentami ponad-rozumowymi, przy pomocy metod inicjacyjnych powodujących „rozerwanie” świadomości, wyraża się w doktrynach przedstawionych pod postacią symboli. Rozum dyskursywny ma charakter jedynie pomocniczy i nie nadaje mu się istotnego znaczenia. Tradycja to nie tylko rzeczywistość tego, co jest nad-racjonalne, ale też tego, co jest nad-ludzkie. W metodzie jej poznania nie chodzi jednak o intuicyjne domysły, przewidywania i przypuszczenia, lecz o wiarygodność doświadczenia szczególnego, inicjacyjnego charakteru. To, co nieracjonalne, co według Poppera znajduje się w samym centrum wszystkich doktryn wrogów społeczeństwa otwartego, jest niczym innym, niż sakralną osią, podstawą Tradycji. Doskonale widoczne jest w przypadku doktryn skrajnie konserwatywnych, tradycjonalistycznych, w tym także w samym tradycjonaliźmie integralnym. Ale czy da się znaleźć także wśród lewicowych wrogów społeczeństwa otwartego, wśród komunistów, bolszewików, anarchistów ? Przecież chcą oni nie tylko zniszczenia społeczeństwa i gospodarki liberalnej (co jest celem także tradycjonalistów), nie tylko powstrzymania i odwrócenia globalizacji, ale także zniszczenia tradycyjnych instytucji jak monarchia, arystokracja, własność, Kościół, czy w ogóle jakiekolwiek instytucje religijne. Jak można w kontekście takich postaw pisać o tradycjonaliźmie ? Aby odpowiedzieć na to pytanie, musimy przyjrzeć się bliżej postawie jednego z czołowych eksponentów tradycjonalizmu integralnego, mianowicie Juliusza Evoli (1898-1974), a także jego ideowego kontynuatora – Aleksandra Dugina.



Podobnie jak Renat Guenon (1886-1951), Evola odrzucał jakąkolwiek tradycjonalistyczną rolę rewolucji i utożsamiał się jednoznacznie z prawą stroną sceny politycznej. Rewolucję uważał za skrajny wyraz ducha współczesności, degradacji i upadku. Są jednak w postawie włoskiego barona okresy – szczególnie ten najwcześniejszy i ten najpóźniejszy, gdy zajął on pozycje nihilistyczne wobec otaczającej go rzeczywistości, gdy próbował „osiodłać tygrysa” przyspieszając proces ostatecznego upadku zdegenerowanego Zachodu. Solidaryzował się wtedy z siłami rozkładu i chaosu. Zajmował stanowisko wyraźnie wrogie wobec Kościoła katolickiego, będącego jeszcze wówczas formułą przetrwalnikową umierającej już kultury romańskiej. Zaangażowany był w anty-kulturowy ruch dadaistyczny (będąc zresztą jego wybitnym przedstawicielem). Dużo ważniejsze jest jednak, że w wielu swoich tekstach wyrażał się z uznaniem i sam był adeptem tych tradycji ezoterycznych jak buddyzm i tantryzm, które stosownie do stanowiska tradycyjnej teologii hinduistycznej należałoby raczej uznać za heretyckie i subwersywne. Przyjaźń Evoli z licznymi przedstawicielami europejskiego okultyzmu jak Alesteir Crowley (1875-1947), uznawanymi przez Guenona za przedstawicieli nurtu kontr-inicjatywnego, negatywnego i rozkładowego w ezoteryźmie, sytuuje go w nieco ambiwalentnym położeniu, na pograniczu heterodoksji. Evola, rodowy włoski arystokrata, piszący o tradycjonalistycznej ortodoksji i atakujący subwersywne nauki „lewicowców” sam przyznawał się do powinowactwa z ezoterykami kroczącymi „ścieżką lewej ręki” ! Z kolei Aleksander Dugin, zwolennik rosyjskich staroobrzędowców, przypisujący ich doktrynie religijnej zarówno „rewolucyjny”, jak i „tradycjonalistyczny” charakter, sam balansujący na pograniczu gnozy, jest jeszcze barwniejszą i wyraźniejszą ilustracją naszej tezy. Prowadzi zaś ona do jednego istotniejszych punktów tego wywodu, mianowicie do stwierdzenia, że koncepcja sojuszu ekstremów, w kontekście rosyjskim opisywana przez Dugina jako narodowy bolszewizm, w środkowoeuropejskim dająca się chyba lepiej wyrazić pod postacią konserwatywnego faszyzmu, polega nie tylko na zintegrowaniu przeciwstawnych sobie nurtów politycznych (prawicy i lewicy), oraz odpowiadających im nurtów filozoficznych (idealizmu i materializmu), lecz także obejmuje dwa różne nurty tradycjonalizmu (pozytywny i subwersywny). Pisze o tym sam Aleksander Dugin, wskazując na występowanie tradycjonalizmu w hipostazach zarazem konserwatywnej i rewolucyjnej. Evola w wydanej w 1949 r. pracy Lo Yoga Della Potenza: Saggio sui Tantra opisuje szeroko inicjacyjną strukturę i wewnętrzną hierarchię organizacji buddyzmu tantrycznego. Podobnie jak w innych odmianach buddyzmu, jest to hierarchia wertykalna, odnoszona do sacrum, jednak wychodzi się tam z założenia, że „idącym na skróty nie jest potrzebne zewnętrzne oparcie”, zatem nie od czynników doczesnych, jak przynależność kastowa, ale od skutecznego przeprowadzenia szeregu skomplikowanych zabiegów inicjacyjnych i realności doświadczenia transcendentnego, zależy możliwość duchowego rozwoju. Ten „lewicowy ezoteryzm” opiera się na przekonaniu o niewystarczalności, degeneracji, oddaleniu się od prawdy przez aktualnie istniejące instytucje religijne. Przeciwstawia się on „prawicowemu ezoteryzmowi” nie z chęci prostej negacji, lecz z powodu pragnienia autentyczności doświadczenia i konkretności przeobrażenia. Z tego rodzaju „lewicowym ezoteryzmem”, jak zauważa Aleksander Dugin, mamy do czynienia w przypadku Juliusza Evoli, a także mistyków stojących u początku ideologi socjalistycznych i komunistycznych. Odrzucenie Kościoła katolickiego lub spełniających analogiczną do niego rolę kongregacji religijnych nie wynika tu z wrogości do religii jako takiej, lecz paradoksalnie, jest formą szczególnej, ekstatycznej formy ducha religijnego, zasadzającej się na pragnieniu konkretnego przeobrażenia „tu i teraz”. Wychodzi się tu z założenia, że cyklicznie, w okresach „końca czasów”, końca wieku żelaznego, nastania Kali-jugi, wiele tradycyjnych instytucji jak monarchia, kościół, arystokracja, system kastowy traci swoją siłę życiową, wtedy zaś realizacja metafizyczna wymaga odmiennych, nieortodoksyjnych dróg i sposobów. To właśnie ryzykowna, inicjacyjna „ścieżka lewej ręki”. Pozycja Evoli to traumatyczna duchowa realizacja w konkretnym doświadczeniu rewolucyjnego przeobrażenia, pośród konwencji i obyczajów, które zatraciły już swoje sakralne znaczenie i stały się pustymi formami. W zestawieniu z tym „nihilizmem” Evoli, również rewolucyjny radykalizm lewicy, przybierający postać agresywnego i aktywnego niszczenia tego, co racjonalne, pogrążenia się w żywiole „nowego życia”, w egzystencji „l'uomo differenzioato”, który odrzucił wszystkie zewnętrzne zakazy i normy, ma znaczenie metafizyczne, jako „ezoteryczna ścieżka lewej ręki”.



Takim sposobem można by opisać postulowaną metafizyczną podstawę pod sojusz ekstremów. Mógłby on przybrać postać narodowego bolszewizmu, jak chce tego Aleksander Dugin, lub bardziej konserwatywną postać neofaszyzmu, co lepiej odpowiadałoby warunkom środkowej i zachodniej Europy. Jest on propozycją skierowaną wobec tych wszystkich przedstawicieli prawicy, którzy nie chcą spełniać roli ekstremistycznego skrzydła aparatu politycznego popierającego porządek demoliberalny, do tych wszystkich przedstawicieli lewicy, którzy nie chcą być dodatkiem do sprzedajnej i oportunistycznej socjaldemokracji, do tych wszystkich ludzi wiary, którzy poszukują głębszego doświadczenia mistycznego, zaś odcinają się od prymitywnego neo-spirytyzmu. To propozycja dla stronników statokracji, mocarstwowości i zasady imperialnej a także dla tych wszystkich nacjonalistów, którzy nie są zaślepieni ideologicznym dogmatyzmem, zarazem zaś nie chcą poddać się demoliberalnej poprawności politycznej.



Ronald Lasecki



(tekst jest poszerzoną wersją wystąpienia wygłoszonego na promocji kwartalnika "Templum Novum", 2 czerwca A.D. 2011)

sobota, 30 lipca 2011

Adam Danek: Dlaczego faszyzm?

Polimorficzne środowiska i ugrupowania, których część określa siebie mianem „narodowych”, inna część mianem „państwowych”, inna mianem „prawicowych”, a jeszcze inna po prostu mianem „patriotycznych”, od dawna bezskutecznie poszukują syntetycznej formuły, która umożliwiłaby im znalezienie wspólnej podstawy działania i przekształcenie się dzięki niej w jeden, szeroki prąd polityczny. Ich poszukiwania – zazwyczaj nerwowe i chaotyczne, bo podejmowane doraźnie, pod presją bieżących wydarzeń, takich jak wybory, a dodatkowo zawsze obciążone dawką nieśmiertelnych w Polsce wzajemnych utarczek – stanowią znakomity sposób na zmarnowanie czasu, energii i chęci. Upragniona formuła została bowiem odnaleziona już dawno temu. Jest nią faszyzm.

Potencjał integrujący faszyzmu wykracza daleko poza ramy ściśle pojmowanej Prawicy. Faszyzm lokuje się poza i ponad utrwalonym zwyczajowo podziałem na lewicę i prawicę. Ma jednak charakterystyczny dla siebie szkielet ideowy. Wskazywane przez niego cele są w znacznym zakresie zbieżne z celami Prawicy. Uniwersalna formuła polityczna faszyzmu pozwala włączyć się w zorganizowane działanie nie tylko ogółowi środowisk nie identyfikujących się z lewicą, ale także środowiskom nie identyfikującym się z właściwą Prawicą. Faszyzm pozwala uformować wspólny front polityczny wszystkim, którzy chcą pracować i walczyć dla pomnożenia sił własnego państwa i narodu, biorąc w nawias dzielące ich, nieraz niebagatelne, różnice.

Choć faszyzm posiada wyróżniającą go ideową strukturę, struktura ta pozostaje w dużej mierze niewypełniona. Ideowo-polityczne oblicze faszyzmu jest – co zakrawa na paradoks – zarazem wyraziste i niedookreślone. Szkielet ideowy faszyzmu wymaga wypełnienia. Na uwypuklenie zasługują dwie zalety takiego stanu rzeczy.

Po pierwsze, niedookreślenie faszyzmu godzi ideową spójnię (w kwestiach zasadniczych), organizacyjną jednolitość, polityczną sterowność i solidarność ruchu, jego zdyscyplinowanie i efektywność działania z zachowaniem wewnątrz umiarkowanego zróżnicowania poglądów. W ten sposób przy przestrzeganiu dyscypliny jednocześnie możliwa staje się wewnętrzna dyskusja programowa pomiędzy zróżnicowanymi (w dopuszczalnych granicach) ośrodkami myśli politycznej, a to wzbogaca pracę koncepcyjną prowadzoną w łonie elity ruchu i chroni tę pracę przed stoczeniem się w jałowość. (Dla równowagi zmilitaryzowany, hierarchiczny charakter ruchu zabezpiecza jego organizację przed groźbą rozsadzenia przez dyskusje, lub raczej wyrastające z nich niekiedy wewnętrzne konflikty.). Różniące się grupy mogą efektywnie prowadzić wspólne działania pod jednolitym, stabilnym kierownictwem. Dlatego ku faszyzmowi powinny się skłaniać środowiska „narodowe”, „państwowe”, „patriotyczne”, „prawicowe” i tak dalej.

Po drugie, niedookreślenie faszyzmu sprawia, iż brakuje mu głębszych fundamentów metafizycznych i metapolitycznych. Takie fundamenty może dać mu tylko filozofia konserwatywna i tradycjonalistyczna – myśl Prawicy. W przeciwnym wypadku prędzej czy później ulegnie on skażeniu ideą „suwerenności narodu (ludu)”, a w konsekwencji, stopniowo, demokratycznemu zwyrodnieniu i politycznemu rozkładowi. Dlatego ku faszyzmowi powinna się skłaniać Prawica. Przykładu udanego mariażu konserwatywnych pryncypiów z faszystowską formułą polityczną i organizacyjną dostarcza, znana z frankistowskiej Hiszpanii, Hiszpańska Falanga Tradycjonalistyczna wraz z Radami Ofensywy Narodowo-Syndykalistycznej (1937-1970).

Potencjał integrujący faszyzmu ma jednak swoje granice. Nie obejmuje środowisk i poglądów demokratycznych ani liberalnych. Jego formuła polityczna opiera się na integralnym (tj. całkowitym) odrzuceniu liberalizmu i demokracji w każdej ich postaci, na przyjęciu postawy jednoznacznie wrogiej wobec tych dwóch wirusów, które zniszczyły Starą Europę, przeżarły i pogrzebały Okcydent. Jeżeli osoby czy ugrupowania wychodzące z pozycji liberalnych bądź demokratycznych chcą włączyć się w uniwersalny front polityczny faszyzmu, ich poglądy muszą w jego tyglu ulec radykalnemu przeistoczeniu (jak rzeczywiście działo się we wspomnianym przypadku hiszpańskim). Nawiasem mówiąc, z tego też powodu historycznych korzeni polskiego faszyzmu wypada upatrywać raczej w Bezpartyjnym Bloku Współpracy z Rządem Marszałka Piłsudskiego (1928-1935) oraz w Obozie Zjednoczenia Narodowego (1937-1939),* niż w Obozie Wielkiej Polski (1926-1933), w którym zarówno pod względem personalnym, jak i ideowo-politycznym udział elementów liberalnych i demokratycznych został w pewnej mierze zachowany.

Z kręgu faszystowskich inspiracji należy stanowczo wyłączyć historyczny przypadek niemieckiego narodowego socjalizmu (hitleryzmu) – jako ciało obce. Narodowy socjalizm III Rzeszy nie był „niemieckim faszyzmem”, wbrew zgodnym zapewnieniom demoliberalnych i lewicowych historyków (?) czy publicystów wszelkich odcieni. Najwybitniejszy być może wśród badaczy faszyzmu, prof. Renzo de Felice (1929-1996), po latach wnikliwych studiów nad zagadnieniem stwierdził: „Różnice między faszyzmem włoskim a nazizmem są ogromne; są to dwa światy, dwie tradycje, dwie historie, do tego stopnie różne, że jest bardzo trudno połączyć je potem we wspólnej ocenie.” Ograniczmy się do przypomnienia tylko najbardziej istotnych z owych różnic.

Ideologia narodowego socjalizmu za rozstrzygające uznawała czynniki materialne: biologię, cechy somatyczne, ciało, fenotyp, geny, krew, rasę, fizyczne pochodzenie; miała więc charakter materialistyczny. Faszyzm zakładał dominację elementu idealnego bądź spirytualnego nad materialnym; miał więc charakter idealistyczny bądź spirytualistyczny. Pod względem ideologicznym narodowy socjalizm bliższy był, również materialistycznemu, komunizmowi.

Narodowy socjalizm uważał naród za pierwotny względem państwa (naród tworzy państwo). Tym samym bazował na idei „suwerenności ludu”, podobnie jak demoliberalizm i komunizm; przenikał go wspólny im wszystkim duch demokratyczny, różniący się w tych trzech swoich materializacjach jedynie zabarwieniem. Faszyzm uważał państwo za pierwotne wobec narodu (państwo tworzy naród), podobnie jak Roman Dmowski na wczesnym etapie swej ewolucji ideowej. Tym samym hitleryzm zakładał oddolną, natomiast faszyzm – odgórną genezę władzy.

Inna fundamentalna różnica, podkreślana jeszcze przed wojną przez polskich politologów prowadzących badania nad ustrojami państw totalnych, tkwi w odmiennych modelach relacji pomiędzy państwem a (mono)partią, urzeczywistnionych w obu systemach politycznych. W III Rzeszy obowiązywała zasada „kierowniczej roli partii” (prymatu partii nad państwem) – partia miała status „przewodniej siłę narodu” podobnie jak w ZSRS czy PRL. W faszystowskich Włoszech partię uznawano oficjalnie za narzędzie państwa (prymat państwa nad partią). Ustrój hitlerowski stanowił więc, obok ustroju sowieckiego, jedną z lokalnych odmian modelu totalitarnego, opartego na supremacji partii i jej ideologii w wewnętrznej i zewnętrznej polityce państwa. Ustrój faszystowski pozostał bliższy modelowi autorytarnemu, gdzie rolę podmiotu rozstrzygających decyzji politycznych rezerwuje się dla samego państwa i jego aparatu, a ruch polityczny pełni wobec nich funkcję służebną, zrzeszając szeroki wachlarz zwolenników rządu. W modelu autorytarnym państwowy ruch (lub obóz) polityczny głosi określone idee i formułuje myśl polityczną, ale z reguły nie posiada skodyfikowanej ideologii w ścisłym znaczeniu tego pojęcia. W faszystowskich Włoszech nigdy nie ukrywano takiego stanu rzeczy: „Doktryna faszyzmu” (1932) została ogłoszona przez Mussoliniego dopiero po dziesięciu latach rządów faszystów.

Jądro faszyzmu tworzy statokratyzm („państwowładztwo”). To dzięki niemu w faszyzmie oczyszczony pierwiastek rewolucyjny zjednoczył się z pierwiastkiem zachowawczym. Polityczna „filozofia Czynu” zrosła się z kultem ładu instytucjonalnego. Z ich syntezy wyłoniła się idea rewolucji państwotwórczej (może należałoby raczej powiedzieć: „rewolucji konserwatywnej”?). Ów najważniejszy element faszyzmu sprawia, że nie można go bynajmniej postrzegać jako obcego Polsce. Tę samą koncepcję – rewolucji państwotwórczej – od pierwszych dekad XX wieku wypracowywał obóz piłsudczykowski, intensywnie zwłaszcza od 1916 r., kiedy pod niemiecką okupacją Adam Skwarczyński (1886-1934) zaczął redagować i wydawać jego podziemny organ prasowy o znamiennym tytule „Rząd i Wojsko”. Polscy narodowcy do idei rewolucji państwotwórczej doszli zaś dopiero w latach trzydziestych.


Adam Danek




* Z koncepcji niezrealizowanych wymieńmy jeszcze w tym szeregu projekt Organizacji Politycznej Narodu, rozwijany przez myślicieli z kręgu Ruchu Narodowo-Radykalnego (1936-1939), oraz projekt Powszechnej Organizacji Społecznej, stworzony przez płk. Walerego Sławka (1879-1939) – oba z późnych lat trzydziestych.

wtorek, 15 lutego 2011

Infoanarchizm: nieszkodliwe wynaturzenie w przestrzeni przepływów, czy uderzenie w establishment?

Postęp technologiczny determinuje zmianę naszych wyobrażeń nawet na tak fundamentalne sprawy, jak pojęcie czasu i przestrzeni. Przestrzeń rozumiana jako płaszczyzna działań społecznych wydaje się najszybciej ulegać redefinicji, w symboliczny sposób wymykając się nawet prawom fizyki.

Nowe uniwersum

Dotychczas pojęcie przestrzeni było związane z silnym poczuciem miejsca, a działalność społeczna w tejże przestrzeni ze zlokalizowanym kontaktem w którym dochodzi do bezpośrednich interakcji pomiędzy ludźmi.(1) Wraz z wynalezieniem i upowszechnieniem Internetu, doszło do rewolucyjnego, nie tylko z punktu widzenia socjologii, wysadzenia relacji społecznych z kontekstów lokalnych i odtwarzania ich w niezmierzonych obszarach czasu i przestrzeni. Za sprawą istnienia zdematerializowanej przestrzeni Internetu, grupy społeczne coraz rzadziej opierają się o bezpośrednie styczności. Wykonywanie wspólnej czynności nie warunkuje już podzielania wspólnej przestrzeni. W równoległej, lecz abstrakcyjnej i niematerialnej rzeczywistości, zawierane są zarówno nowe przyjaźnie, jak i milionowe kontrakty. Powstają grupy sprzeciwu, grupy poparcia, wreszcie internetowe grupy społeczne – wirtualne społeczności, które pomimo tego, iż wymykają się tradycyjnym definicjom, tworzą przecież wspólne plany, przewidywania na przyszłość, dzielą wspólne nadzieje i lęki. Handel, praca, socjalizacja, rozrywka – wszystkie te procesy zachodzą w cybernetycznym świecie, który nie tylko silnie oddziałuje na „tradycyjną” rzeczywistość, ale wręcz zaczyna się z nią przenikać. Nikt już nie kwestionuje tego, że na naszych oczach powstało alternatywne uniwersum, oparte o przepływ informacji w abstrakcyjnej przestrzeni, w której przepływy definiuje się jako celowe, powtarzalne i programowalne sekwencje wymiany i interakcji między fizycznie rozłączonymi pozycjami zajmowanymi przez aktorów społecznych(2).

Systemowa reglamentacja informacji


Prawdziwy problem tzw. głównego nurtu polega na tym, że w przestrzeni przepływów jego przewaga nie jest tak miażdżąca, jak w telewizyjnych i prasowych środkach masowego przekazu. Kapitalistyczny establishment stara się jednak bronić przed posądzaniem go o uprawianie inżynierii społecznej. Choć czołowym teoretykom masowego komunikowania, takim jak Denis McQuail (1934), nieuchronna wydaje się konstatacja, że brak nam metodologii, by skutecznie udowodnić społeczne, polityczne i kulturowe oddziaływanie mediów(3), to empiryczne doświadczenie wynikające z ogólnej obserwacji procesów socjologicznych mających swą główną inspirację w mediach każe przypuszczać, że ich wpływ na kształtowanie postaw moralnych, wydaje się być dominujący. Postępujący rozkład instytucji Rodziny w łonie mieszczańskiej cywilizacji doprowadził do sytuacji, w której media są głównym dostawcą wzorców moralnych i schematów postępowania. Odgrywają także znaczącą rolę w procesie socjalizacji, oferując modele życia i wzory zachowań, zanim widz spotka je w realnym życiu. Dokonują one wartościowania postaw na zasadzie prezentowania „nagród” i „kar” za określone zachowania. Denis McQuail w swej publikacji „Mass Comunication Theory” (1984) stara się częściowo negować doniosłość tego zjawiska uznając, że optyka mediów jest odzwierciedleniem najbardziej popularnego wśród społeczeństwa paradygmatu. Trudno się z tym zgodzić, zwłaszcza z polskiej perspektywy, czy w zasadzie każdej „nie-anglosaskiej”. Polskie społeczeństwo na płaszczyźnie medialnej, jak i wielu innych, zmuszone jest bowiem egzystować na zasadach neokolonialnych. Większość polskojęzycznych tytułów prasowych posiada przewagę obcego kapitału, zaś w telewizji nadawane są przede wszystkim zagraniczne produkcje. Jeśli dodać do tego bardziej uniwersalne argumenty w postaci stwierdzenia, że za korporacjami medialnymi zawsze stoją wpływowe grupy interesu w postaci wielkiej finansjery, show-biznesowej burżuazji i politycznej klasy rządzącej, to nie sposób zgodzić się z McQuailem – w innym wypadku należałoby uznać, że wymieniona powyżej wąska kasta pasożytów, posiada podobne standardy moralne i wzorce postępowania, jak tradycyjne społeczeństwo. Bliższe prawdzie wydają się być jednak dalsze konstatacje autora, kiedy to powołując się na teorie Noama Chomsky’ego (1924), zawarte w publikacji „What Makes Mainstream Media Mainstream” (1997) uznaje on, że media są de facto zaangażowane w utrzymanie status quo. Celowe wydaje się uzupełnienie, że chodzi przede wszystkim o utrzymanie „establishmentowego”, politycznego status quo, co zresztą sam McQuail niedwuznacznie sugeruje.

Poza kontrolą

Niezmierzoną przestrzeń przepływów, Internet, można natomiast przyrównać do znanego z westernów Dzikiego Zachodu, lub każdej innej nieokiełznanej jeszcze przestrzeni, nad którą nie sposób sprawować kontroli. Pośród dzikich pól istnieją ośrodki objęte systemową cenzurą, w rodzaju dużych portali informacyjnych, czy społecznościowych – lecz nawet tam w sposób otwarty promują się grupy, które są nieskutecznie zwalczane przez „główny nurt”.

Grupy dążące do radykalnej zmiany systemowej są, z oczywistych powodów, najbardziej represjonowane przez główno-nurtowy system dystrybuowania informacji. Najczęściej nie posiadają one środków potrzebnych do tworzenia i utrzymywania własnych mediów, w rodzaju prasy, radia, czy telewizji; nie stoją za nimi żadne wpływowe lobby, które mogłyby takie przedsięwzięcia sfinansować, tudzież w sztuczny, keynesistowski sposób napędzać popyt na pozaestablishmentowe produkty medialne. Dzieje się dokładnie na odwrót – tuby liberalnej „neutralności światopoglądowej” starają się wyeliminować, ośmieszyć, bądź zniesławić potencjalne zagrożenia dla swojego infomonopolu. Grupy „niepoprawne” nie są również w stanie emitować własnych spotów na systemowych antenach – a już na pewno nie w takim zakresie, w jakim mogą to robić grupy współtworzące „salon”, będące najczęściej w posiadaniu własnych, popularnych kanałów. Konsekwencją takiego stanu rzeczy jest sytuacja, w której środowiska znajdujące się poza „głównym nurtem” nie mogą przeprowadzić żadnej „kampanii społecznej”, bądź swojej odpowiedzi na to zjawisko, które pod nieco zagadkową nazwą, kryje demoliberalną inżynierię społeczną i zwykłą ofensywę propagandową.

W wirtualnej przestrzeni przepływów, która coraz bardziej wypiera tradycyjne media (prasa, radio, telewizja), przewaga Policjantów Myśli przestaje być wyraźna. W sieci największą popularnością cieszy się marketing wirusowy (ang. viral marketing), oraz marketing partyzancki (ang. guerilla marketing), czyli formy wielowarstwowego i nieskoncentrowanego rozprzestrzeniania informacji. Niskim nakładem środków można wyemitować informację, której intensywność ma tendencję do lawinowego narastania, poza czyjąkolwiek kontrolą – jej rozprzestrzenianiem jest bowiem zainteresowana większość osób, która utożsamia z zawartą w jej treści optyką, lub została nią w jakiś sposób poruszona. Informacja zaczyna być rozprzestrzeniana na zasadzie „poczty pantoflowej”, lecz bez tradycyjnych ograniczeń w postaci zlokalizowanego kontaktu odbiorcy i adresata, czy przestrzennej odległości pomiędzy nimi, ponieważ swoje zastosowanie mają w tej materii prawa przestrzeni przepływów. Pomimo pozornej bezwładności i chaotyczności, wirusowe rozprzestrzenianie informacji skuteczniej trafia w „target” (docelową grupę do której ma dotrzeć informacja w zamyśle jej pierwotnego nadawcy) aniżeli tradycyjne formy propagandy – pasy transmisyjne przebiegają głównie między jednostkami potencjalnie zainteresowanymi otrzymaniem informacji, ponieważ osoba, która decyduje się na przekazanie informacji dalej, najczęściej emituje ją w te rejony przestrzeni przepływów, gdzie jej treść spotka się z zainteresowaniem. Wszelkie próby całościowego cenzurowania informacji przez policjantów myśli nie mogą tu mieć, rzecz jasna, zastosowania. Mechanizmy infopartyzantki nowego uniwersum mogą zostać wykorzystane przez każdą siłę polityczną, przeciwko dowolnemu rodzajowi establishmentu.

Status użytkownika: „zastrzelony”.


Czasy, kiedy to o doniosłym znaczeniu przestrzeni przepływów toczono jedynie teoretyczne dyskusje na wysokim poziomie abstrakcji, bezpowrotnie zakończyły się w latach 2010-2011. Spektakularnym preludium była próba obalenia rządów prezydenta Mahmuda Ahmedineżada po czerwcowych wyborach w Iranie (2010). Opozycja wspierana przez amerykański wywiad, rozpoczęła w Internecie szeroką, antypaństwową kampanię. Prócz poczty elektronicznej, czy blogów, głównym narzędziem organizującym „powstanie”, okazał się portal społecznościowy „Facebook”. Na manifestacjach zainicjowanych za jego pośrednictwem zginęło, według różnych szacunków, od 30 do 150 osób. Z uwagi na świetne przygotowanie państwowych służb bezpieczeństwa, oraz błyskawiczną odpowiedź wiernych premierowi informatyków, „powstanie” zostało stłumione w zalążku. Jak długo uda się prezydentowi utrzymać pokój? W dużej mierze jest to zależne od tego, jaki wynik przyniesie wojna w przestrzeni przepływów pomiędzy zwolennikami, a przeciwnikami Ahmedineżada.

Uderzenie w establishment

Prawdziwa burza, zainicjowana przez infopartyzantkę, miała jednak dopiero nadejść - mowa tu o skandalu, który w swych dalekich konsekwencjach na zasadzie „efektu motyla”, stał się bezpośrednią przyczyną śmierci kilkuset osób, oraz kryzysu czterech różnych rządów, z których jeden został już krwawo obalony, a drugi walczy o przetrwanie strzelając do demonstrantów. Chodzi oczywiście o ujawnienie poufnej korespondencji dyplomatycznej największego światowego mocarstwa, USA, przez portal „Wikileaks”. Wyłaniające się z poufnych depesz, szczegółowe, miejscami bardzo plastyczne opisy stosunku administracji Stanów Zjednoczonych do reszty uczestników stosunków międzynarodowych, informacje dotyczące sprzedaży nielegalnej broni Izraelowi, czy cały szereg innych, problematycznych kwestii takich jak kontrowersyjne dane amerykańskiego wywiadu o sytuacji polityczno-gospodarczej kilku państw trzecich, zmusiły przepełniony pychą fundament światowego establishmentu do tłumaczenia się z faktów opublikowanych przez małą grupę dysydentów. Przeciek w ciągu kilku chwil rozlał się niepowstrzymaną falą po całej przestrzeni przepływów, czyniąc potężną wyrwę w demoliberalnym infomonopolu. Taka sytuacja nie mogła nie spotkać się ze zdecydowaną reakcją policjantów myśli. Przewodniczący amerykańskiego Komitetu ds. Bezpieczeństwa Narodowego wysunął projekt uznania „Wikileaks” za organizację terrorystyczną. Rozpoczęto dramatyczne poszukiwania „haków” na jednego z głównych administratorów portalu, a demoliberalni politycy znani z pierwszych stron gazet, publicznie rozważali konieczność postawienia go przed sądem z zarzutami zdrady stanu i orzeczenia wyroku śmierci, lub nawet zabicia w zamachu(4). Zablokowano też kanały za pośrednictwem których inicjatywa „Wikileaks” była finansowana (PayPal), a na portalach społecznościowych usuwano grupy, które ów kanał starały się zastąpić. W wyniku hackerskich kontrataków, najczęściej przy pomocy DDoS(5), infopartyzanci zablokowali kilka portali stosujących cenzurę. Ich administratorzy, zdając sobie sprawę z grozy sytuacji (każda chwila zawieszenia wielkiego portalu generuje równie wielkie straty), zaprzestali swoich działań, a jeden z serwisów, „Twitter”, nawet przeprosił za swoje wcześniejsze postępowanie! Establishment, pomimo swojej wściekłej reakcji i zrzucenia maski „neutralnego obserwatora” kosztem ujawnienia prawdziwej natury agresywnego policjanta myśli, w problematycznej sprawie „Wikileaks” nie wygrał absolutnie nic – z ciemnych, niekontrolowanych przez niego zakamarków przestrzeni przepływów, wciąż wypływają niecenzurowane przez nikogo przecieki danych, które tworzą małe, lecz systematycznie powiększające się szczeliny w światowym porządku opartym na kłamstwie i spreparowanych informacjach. „ Jesteśmy zwiastunem maszerującego ruchu oporu. Mamy dość dezinformacji, mamy dość korupcji. Mamy dość wojen prowadzonych z bezpiecznej odległości i tajemnic. Wolność to zaciskająca się pętla dla tego status quo.” – głosi manifest anonimowych uczestników wojny informacyjnej nowego typu.

Powiew rewolucji.

Uderzenie infopartyzantów miało jednak pociągnąć za sobą znacznie poważniejsze konsekwencje, aniżeli wywołanie nerwowych reakcji światowego supermocarstwa, popsucie jego stosunków z niektórymi państwami trzecimi, kompromitacja na arenie międzynarodowej, czy obnażenie jego bezsilności w obliczu przełamania infomonopolu w przestrzeni nowego uniwersum. W depeszach amerykańskiej dyplomacji znalazła się również charakterystyka tunezyjskiej administracji prezydenta Zina Al-Abidina Ben Alego, jako rządów skrajnie nepotycznych i skorumpowanych. Zła sytuacja w kraju wydająca się potwierdzać te zarzuty, skłoniła pewnego młodego handlarza do próby samospalenia przed budynkiem lokalnych władz. Wydarzenia te zapoczątkowały ogromną mobilizację na portalach społecznościowych, gdzie zaczęto inicjować wystąpienia antyrządowe, które przerodziły się w regularne napady na posterunki policji i przedstawicielstwa władz – podpalono siedzibę Zgromadzenia Demokratyczno-Konstytucyjnego, powrót z emigracji ogłosił przywódca islamskich fundamentalistów, Raszid Ghannuszi . Rząd próbował opanować sytuację przy użyciu wojska; obok informacji o nieudolności Ben Alego, oraz terminów kolejnych wystąpień antyrządowych, po sieci w sposób wirusowy zaczęły krążyć materiały filmowe z akcji pacyfikacyjnych. Ostatecznie, Ben Ali został zmuszony do ucieczki z Tunezji.

Za przykładem Tunezyjczyków poszli Egipcjanie, którzy także za pośrednictwem portali społecznościowych umawiają się na ogromne, wielosettysięczne demonstracje. Islamskie organizacje bojowe przejęły kontrolę nad niektórymi regionami kraju, ulicami Kairu, z którego wycofała się policja, rządzi tłum zorganizowany wirtualnej przestrzeni przepływów. W ciągu tygodnia zginęło ponad 100 osób. Wszystko wskazuje na to, że Egipt dołączy do wydłużającej się listy państw, w których zmiana systemowa została zapoczątkowana na „Facebooku” i „Twitterze”.

Staliśmy się świadkami nastania nowej epoki, w której nowoczesne technologie komunikowania międzynarodowego i wewnątrz-narodowego, determinują kształt całości tych stosunków, oraz bezpośrednio wpływają na najbardziej doniosłe wydarzenia polityczne. To, co jeszcze do niedawna pozostawało tylko teorią, na naszych oczach stało się twardą rzeczywistością. Historia ostatnich miesięcy jednoznacznie wskazuje, że infoanarchistyczna działalność („Wikileaks”), sprzężona z „marketingiem” partyzanckim i wirusowym wykorzystywanym przez różne grupy dysydentów niezależnie od ich zabarwienia politycznego (od liberalnych demokratów po islamskich fundamentalistów), potrafi w bardzo krótkim czasie skutkować zupełnie nieprzewidywalnymi efektami. Choć w środowiskach establishmentowych, czy stricte lewicowych, dominuje raczej entuzjastyczne podejście do wydarzeń w Tunezji, czy Egipcie, jako „czwartej fali demokratyzacji”, czy „arabskiej Wiosny Ludów”, lecz trudno oprzeć się wrażeniu, iż jest to raczej myślenie życzeniowe i zaklinanie rzeczywistości. Nikt tak naprawdę nie wie, co przyniesie naruszenie politycznego status quo w Tunezji, czy Egipcie, lub ewentualne rozlanie się destabilizacji na cały region. Autorytarni „prezydenci”, którzy wbrew swojej woli znaleźli się nagle na scenie nowej „Wiosny Ludów”, posiadają/posiadali zdecydowanie prozachodnią orientację i proweniencję; zostali wyniesieni do władzy jako zapora przed fundamentalizmem islamskim, zaś geopolitycznie sprzyjali „amerykańskiemu szatanowi”, wbrew wyraźnej woli swoich narodów. Nienawidzi ich arabska ulica, demaskując jako agentów USA, nienawidzą ich islamscy przywódcy religijni, wprost wzywający do walki o nowy porządek. Nienawidzą ich całe rzesze bojowników, którzy pójdą za ich głosem i sięgną po karabiny, jeśli wyborcze urny nie przyniosą upragnionego odrodzenia. Widzimy zatem, że w porewolucyjnych państwach arabskich nastanie „wolności, demokracji i praw człowieka” nie jest jedynym możliwym, ani nawet najbardziej prawdopodobnym scenariuszem wydarzeń. Brzask nowego porządku, który wyłoni się sponad ruin obalonych satrapów Waszyngtonu, może bardzo zadziwić entuzjastów arabskiej „Wiosny Ludów”.

Rewolucja w Tunezji, Egipcie, być może także w Arabii Saudyjskiej i Jordanii, gdzie zbliżają się zainicjowane w Sieci „Dni Gniewu”, rosnące ceny ropy, widmo zablokowania Kanału Sueskiego, panika na giełdach, straty banków, które dopiero co podniosły się po niedawnym kryzysie finansowym… Plony wojny informacyjnej i buntu zrodzonego w obszarze nowego uniwersum trafiły na podatny grunt. Płomień destabilizacji w przestrzeni przepływów spłynął bezpośrednio na rzeczywistość polityczną, która może zaowocować poważnym demontażem części amerykańskiej strefy wpływów i ogólnym upadkiem ekspozytur atlantyzmu w regionie. Trudno przewidzieć, czy jego płomień nie dotrze w jakiejś formie także i do nieodległej przecież Europy, choćby pod postacią nowego, dotkliwszego jeszcze kryzysu – dotkliwszego, bo następującego tuż po poprzednim. Wielka Depresja niewątpliwie przyczyniłaby się do tąpnięcia europejskiego establishmentu pod jego własnym ciężarem. Wolność to zaciskająca się pętla dla tego status quo.

Bartosz Bekier

(1) M. Castells, „Społeczeństwo sieci”, PWN, Warszawa 2007

(2) Tamże

(3) D. McQuail, „Teoria masowego komunikowania”, PWN, Warszawa 2008

(4) http://www.msnbc.msn.com/...ks_in_security/

(5) DDoS (ang. Distributed Denial of Service) – atak na system komputerowy lub usługę sieciową w celu uniemożliwienia działania poprzez zajęcie wszystkich wolnych zasobów, przeprowadzany równocześnie z wielu komputerów (np. zombie).

niedziela, 13 lutego 2011

Adam Danek: O potrzebie pisarstwa heroicznego

Do ogólnego nastroju przenikającego tak zwane społeczeństwa rozwinięte, a także panującego w życiu naszego własnego Kraju (raz zaliczanego do rozwiniętych, a raz nie) doskonale pasuje określenie użyte niegdyś przez Ernsta Jüngera (1895-1998) dla scharakteryzowania życia republiki weimarskiej – „atmosfera bagna”. Wokół siebie obserwujemy bezprecedensowy co do głębi i skali rozkład więzi wspólnotowych – dotykający wspólnoty wszelkiego szczebla: religijne, państwowe, narodowe, lokalne, zawodowe, a nawet rodzinne. Jego najważniejszym symptomem jest zanik etosów właściwych dla poszczególnych rodzajów wspólnot. A przy tym ów rozpad jakby nikogo nie obchodzi. Systemy moralne i ideowe wydają się nie wywoływać już żadnych poruszeń w obracającej się stopniowo w kompost ludzkiej masie. Tylko jedna wizja ciągle potrafi skłonić ludzi do znoszenia niewygód, do samozaparcia i poświęcenia – wizja dobrobytu, ale pojmowanego jednowymiarowo, spłaszczonego do jego najniższego aspektu: sytości materialnej. Od całej reszty współcześni chcą mieć święty spokój i złoszczą się na każdego, kto próbuje ich przekonywać, że człowiek powinien się poświęcać dla (i w imię) czegoś innego, niż pełen garnek czy portfel. Kwestie, które jeszcze trzy pokolenia temu budziły troskę przynajmniej najlepszej części każdej z warstw społecznych – takie, jak moralność publiczna, kondycja narodu, wychowanie następnej generacji i konieczne dla niego wzorce, niepodległość państwa, jego bezpieczeństwo, prestiż na arenie międzynarodowej, jego siła, dająca oparcie narodowi – zobojętniały dziś do tego stopnia, że kompletnie nie istnieją w świadomości społecznej. Zdumienie i kpiące uśmiechy wywołuje sam fakt, iż można się nimi interesować, zamiast zajmować się „prawdziwym życiem”.

Oto więc społeczeństwo dzisiejszej doby: bezkształtna, chorobliwie bezbarwna zbieranina atomów kręcących się wokół samych siebie, kierowanych jedynie egoistycznymi popędami. W ślad za wyczuwalnymi i obserwowalnymi trendami epoki podąża, jak zwykle, literatura. Społeczeństwa rozwinięte, jak same się chlubią, osiągnęły niespotykany nigdy wcześniej poziom alfabetyzacji, dzięki czemu ich członkowie mogą być w każdym roku budżetowym zalewani tysiącami bełkotliwych powieści-produkcyjniaków o sprawach na czasie: życiu „singli”, życiu „trzydziestolatków”, życiu dorosłych niedojrzałych do własnego wieku (kidultów), życiu „gejów”, życiu prostytutek, życiu alkoholików, życiu meneli, życiu „zbuntowanych nastolatków”, życiu japiszonów, życiu samobójców, życiu narkomanów, życiu rozwodników… i tak dalej. Tonami literackiego wypełniacza pozbawionego jakiejkolwiek myśli, jakiejkolwiek treści poza mniej lub bardziej (lub wcale) skrywaną fascynacją zepsuciem. A to jeszcze produkcyjniaki wyrabiane dla tej części sproletaryzowanego mentalnie „rynku”, która chce we własnych oczach uchodzić za czytelników literatury ambitnej. Kto zaś zliczy sensacyjne, przygodowe i romansowe chałtury wypluwane przez aparat marketingu i reklamy dla większości nowoczesnego proletariatu, która nawet takich „ambicji” nie przejawia?

Czy jednak polska literatura na początku dwudziestego wieku stała przed łatwiejszym zadaniem, niż na początku dwudziestego pierwszego? Na arenie międzynarodowej sprawa polska uchodziła wtedy od dłuższego czasu za szczęśliwie pogrzebaną, ku uldze niemal wszystkich liczących się rządów i ich dyplomatów. W ówczesnej kulturze panowała moda na upajanie się wyziewami własnego gnicia, nie mniej ostentacyjne niż dzisiaj. Wtedy także opatrywano tę żałosną skłonność mądrymi nazwami: modernizm, dekadentyzm, „wiek nerwowy”, fin de sičcle, podobnie jak dzisiaj do znudzenia gada się o „postmodernizmie”. Nastroje w polskim społeczeństwie nie skłaniały do triumfalizmu. Myli się ten, kto sądzi, że postpolityka, owo poddawanie się nurtowi wydarzeń połączone z niechęcią do grzebania się w jakichkolwiek ideach i koncepcjach politycznych, została wynaleziona dopiero po II wojnie światowej. W Polsce dawało się wyczuć pragnienie wielkich przemian – przy równie odczuwalnej niechęci do zrobienia czegokolwiek na ich rzecz. Działalność mniejszościowych środowisk, które postulowały wywołanie tych mgliście oczekiwanych przez ogół zmian, w praktyce często wywoływała u rodaków zaniepokojenie lub rozdrażnienie zamiast oczekiwanego oddźwięku. I wynikało to nie tyle z konserwatyzmu Polaków, z jakiegoś świadomego przywiązania do ładu zapewnianego przez trzy monarchie, ile raczej z prozaicznej ludzkiej skłonności do przyzwyczajania się do tego, co istnieje obecnie bez szukania sobie dodatkowych problemów. Domorośli politycy wyżywali się w kawiarnianych, piwiarnianych i imieninowych dyskusjach, w publicystyce frazes patriotyczny był jak zawsze w cenie, ale poza przysłuchiwaniem i udzielaniem się w pierwszych czy lekturą drugiego w gazetach trzeba było pracować i robić interesy, zajmować się prawdziwym życiem, a nie myśleć o głupotach.

Na przełomie stuleci senny bulgot nadwiślańskiego bagna przeciął nagle ostry głos surm, za którym wdarł się marszowy brzęk pancerzy i rycerskich ostróg: Wyspiański. Czym dla obudzenia mózgu narodu było prowadzone w cieniu już od szeregu lat dzieło Józefa Piłsudskiego (1867-1935), Romana Dmowskiego (1864-1939) i Władysława Studnickiego (1867-1953), to dla zbudzenia ducha narodu uczynił „piąty Wieszcz”, prostując im ścieżki do serc Polaków. Przebudzenie jednak rzadko bywa przyjemne. W dwóch genialnych dramatach narodowych, „Weselu” (1900) i „Wyzwoleniu” (1902), Wyspiański dał porażający obraz polskiego społeczeństwa: paraliżu woli, duchowego rozkładu, zatracenia się w prywatnym wygodnictwie, marazmu, zniewieścienia, tromtadrackiej pozy zastępującej myślenie polityczne, rozbuchanych, choć niekonkretnych marzeń o zmartwychwstaniu Polski zmieszanych z obojętnością na własną niemoc; analogiczną diagnozę postawił później Wacław Berent (1873-1940) w poświęconej tym samym zagadnieniom znakomitej powieści „Ozimina” (1911). A przecież, mimo całej ostrości sądu, obaj wielcy literaci nie konstatowali po prostu ze smutkiem pogodzenia się Polaków z rolą tworzywa historii, lecz szukali z niej drogi wyjścia; nie załamywali tylko rąk nad polską niezdolnością do akcji, lecz wzywali do jej przezwyciężenia. Obok partykularnej sprawy polskiej zajmowali się także bardziej uniwersalnym problemem nurtującego Europę kryzysu normatywnego, rozrostem dekadencji i zwątpienia. W ich utworach jako odpowiedź na kryzys kultury wydawało się rozlegać wołanie o heroiczny Czyn dla wspólnoty narodowej, odradzający ją w działaniu. Jednocześnie i Wyspiański, i Berent ukazali z całą jaskrawością, że społeczeństwo jest wiecznie niegotowe do Czynu, wiecznie wczorajsze. Swoje przesłanie adresowali więc zapewne nie do szerokich rzesz narodu, ale do jego awangardy, chcąc, by wcieliła się w Spenglerowski los, co wlecze za sobą w przyszłość oporną większość.*

Tradycjonaliści i koła konserwatywne nie wykazali wówczas zainteresowania obmyślaniem i przygotowywaniem Czynu. I w tym sensie zawiedli, nie wyczuwając doniosłości momentu historycznego, co dziwi tym bardziej, że właśnie konserwatyści odznaczali się zawsze najgłębszym rozumieniem historii i największą przywiązywali do niego wagę w swej myśli politycznej. Nigdy się nie dowiemy, jak potoczyłaby się historia Polski podczas „wojny powszechnej ludów” i jakie oblicze ideowe przyjęłaby odbudowana polska państwowość, gdyby we właściwym czasie podjęli owo zadanie. Skoro jednak omieszkali to uczynić, sztandar heroicznego Czynu podnieśli pisarze lewicowi, związani z narodowym skrzydłem ruchu socjalistycznego. Proces przebudzenia „żołnierza politycznego” rewolucji, próby, przez jakie musiał on przejść, jego zmagania z konformizmem większości rodaków i tragiczne często konsekwencje życiowe jego walki przedstawiali Gustaw Daniłowski (1871-1927) w powieściach „Z minionych dni” (1902) i „Jaskółka” (1907), Stanisław Brzozowski (1878-1911) w powieści „Płomienie” (1908) czy Andrzej Strug (wł. Tadeusz Gałecki, 1871-1937) w cyklu opowiadań „Ludzie podziemni” (1908) i powieści „Dzieje jednego pocisku” (1910). W pewnej mierze kontynuowali oni tradycję pisarską tworzącego wcześniej Józefa Atanazego Rogosza (1844-1896), kombatanta powstania styczniowego i demokratycznego radykała, autora utworów poświęconych galicyjskim spiskom niepodległościowym z lat czterdziestych XIX wieku, m.in. powieści „Marzyciele” (1881) i „Dla idei” (1885). Lewicowe poglądy społeczne, artykułowane w dziełach tych socjalistycznych pisarzy, można odsunąć na bok, doceniając je jako pierwsze od dawna przejawy zainteresowania polskiej literatury dynamiką Czynu i procesem jego narodzin, dalekie przy tym od idealizacji, jakiej temat ów poddawano w epoce romantyzmu. W Polsce niepodległej literatura przyzywająca nowe pokolenie do Czynu przestała stanowić domenę patriotycznego skrzydła lewicy. To czas, kiedy związany z ONR katolicki pisarz Władysław Jan Grabski (1901-1970) tworzy trylogię opisującą drogę „żołnierzy politycznych” narodowego radykalizmu, złożoną z powieści „Bracia” (1934), „Kłamstwo” (1935) i „Na krawędzi” (1936); czas, kiedy znany działacz i publicysta obozu narodowego Jędrzej Giertych (1903-1992) wydaje thriller polityczny „Zamach” (1938), opowiadający o walce nacjonalistycznej konspiracji z żydowskimi siłami lewicowego przewrotu.

Okrąg wieku się zamknął. Dziś, na początku XXI stulecia, znów otacza nas wszechobecne zwątpienie, wzbiera anomia, nabrzmiewa ropniem kryzys kultury. Raz jeszcze nastała, opisana niegdyś przez narodowego mesjanistę Jerzego Brauna (1901-1975), „ginąca era”. Nasz czas gnije. Ale wyziewy tego, co gnije, niekiedy okazują się zapalne. Znów potrzeba pisarstwa heroicznego, porywającego dusze czytelników, zwłaszcza młodego pokolenia – literatury, która wołałaby o Czyn, nawet gdyby początkowo miała wołać na puszczy – iskry w zapalnej atmosferze. Współczesna produkcja literacka szerzy modę na zniewieściałą „wrażliwość” oraz na upajanie się własną niekontrolowaną emocjonalnością. Jednak człowiek prawdziwie wrażliwy musi w końcu odnaleźć w sobie dziedzictwo przodków, którego dogłębne odczucie i przeżycie zakorzenia go we wspólnocie narodowej. Drogę tę przebył francuski pisarz nacjonalistyczny Maurice Barrčs (1862-1923), streszczając ją później w formule: „Kocham nade wszystko mój świat wewnętrzny, ale w nim odkrywam świat narodowy – staję się przeto dzieckiem narodu.” Ukazać tę drogę – to zadanie dla młodszych polskich pisarzy, często utalentowanych i umiejących trafić do czytelnika, lecz grzęznących w banalnej, bezideowej komercji. Przymusowa „powszechna edukacja” rzekomo zapewnia dziś wszystkim, niezależnie od miejsca urodzenia i statusu rodziny, bezprecedensowo swobodny rozwój zdolności. Gdzie zatem są prozaicy dzisiejszej doby na miarę Gustawa Daniłowskiego, Stanisława Brzozowskiego, Władysława Jana Grabskiego, Jędrzeja Giertycha, Juliusza Kaden-Bandrowskiego (1885-1944), Leonarda Fursa-Żyrkiewicza (1900-1965, ppłk dypl.), Andrzeja Trzebińskiego (1920-1942), gdzie poeci pokroju Edwarda Słońskiego (1872-1926), „Barda Czwartaków” Władysława Orkana (1875-1930), legionowego żołnierza zwiadu Stanisława Długosza (1891-1915), Bolesława Niemiry, Aleksandra Sygryca, Stanisława Szarskiego? W społeczeństwie zdominowanym, przynajmniej medialnie, przez skarlałe lub złamane charaktery, potrzeba jak nigdy literatury, która będzie wychowywać i inspirować ludzi Czynu. Nie słabeuszowskiej kultury, która fascynuje się własnym rozkładem, nie głosu duszy, która upaja się smrodem własnego gnicia, lecz literatury, która ponownie zwiąże zerwaną nić, łączącą współczesnych z minionymi generacjami. I zamieni tę nić w lont.

Adam Danek

* Chodzi o zaczerpniętą z pism Seneki sentencję „Ducunt fata volentem, nolentem trahunt” (łac. chcących losy prowadzą, niechętnych wloką), którą rewolucyjno-konserwatywny filozof Oswald Spengler (1880-1936) zamknął swe epokowe dzieło „Zmierzch Zachodu” (1918-1922). Kilka lat wcześniej od Spenglera użył jej do podsumowania swych rozważań inny rewolucyjny myśliciel – Lenin, w pracy „Oportunizm i krach II Międzynarodówki” (1916).

sobota, 29 stycznia 2011

Oś Warszawa-Mińsk

Niedawna elekcja głowy państwa na Białorusi (stanowiąca, jak się wydaje, li tylko czystą formalność) ponownie zwróciła uwagę Polaków na owo ościenne państwo. W naszej ojczyźnie brakuje niestety prób pogłębionej refleksji nad znaczeniem, jakie dla Polski ma, lub może mieć, jej wschodni sąsiad. Kilku polskich publicystów, związanych z różnymi środowiskami szeroko pojętej prawicy, podjęło wprawdzie takie próby namysłu wolnego od przytłumienia przez ideologiczny dyskurs demokracji i „praw człowieka”. Ich marginalne w gruncie rzeczy głosy, pozbawione przełożenia na masowo rozpowszechniane treści medialne, nie mogły jednak w żaden sposób zrównoważyć, przepełniającego gazety i telewizje głównego nurtu, zalewu seansów nienawiści do „ostatniej dyktatury Europy” oraz nakazów poparcia dla „demokratycznej opozycji”, animowanej tam bez większych sukcesów przez ośrodki zachodnie. A szkoda, bo utonął w nim szereg cennych obserwacji.

Znaczenia Białorusi dla Polski oraz całej Europy Środkowej i Wschodniej nie powinna nam przesłaniać agresywna anty-białoruska propaganda płynąca z Zachodu ani buńczuczne wezwania jego przywódców politycznych do poddawania tego państwa ostracyzmowi lub innym dyplomatycznym szykanom z powodu jego „niedemokratyczności”. Nieuprzedzonemu obserwatorowi muszą się one wydać co najmniej podejrzane, skoro te same państwa zachodnie na wyprzódki zabiegają o dobre stosunki z równie „niedemokratyczną” Rosją.

Polskie ośrodki dyspozycji mają obowiązek dostrzegać przede wszystkim strategiczną, geostrategiczną i geopolityczną ważność Białorusi. Wedle ocen polskich strategów i ekspertów wojskowych państwo białoruskie, choć w przybliżeniu czterokrotnie mniej ludne od polskiego, góruje nad tym ostatnim pod względem potencjału militarnego – jako jedyny nasz sąsiad oprócz Niemiec i Rosji. Ponadto Białoruś jako jedyne z państw sukcesyjnych dawnej Rzeczypospolitej (Białoruś, Litwa, Łotwa, Polska, Ukraina) nie ma bezpośredniego dostępu do morza, lecz zarazem jako jedyne wśród nich posiada sieć rzeczną należącą jednocześnie do zlewisk mórz Bałtyckiego (Narew, Dźwina, Wilia, Niemen) i Czarnego (Dniepr, Berezyna, Prypeć), która łączy ją ze wszystkimi pozostałymi tymi państwami (Narew z Polską, Niemen i Wilia z Litwą, Dźwina z Łotwą, Prypeć, Berezyna i Dniepr – z Ukrainą). Pod względem geostrategicznym terytorium Białorusi tworzy m.in. korytarz wiodący na Grzędę Smoleńsko-Moskiewską, gdzie leży polityczny punkt ciężkości największego państwa na Ziemi. W samej Rosji nie brakuje ocen potwierdzających geostrategiczną doniosłość Białorusi. Podczas swej ubiegłorocznej wizyty w Polsce przychylił się do nich dr Modest Kolerow, w okresie prezydentury Włodzimierza Putina szef wydziału Administracji Prezydenta ds. kontaktów z zagranicą, obecnie kierujący rosyjską agencją informacyjną Regnum – który wystąpił jako gość specjalny III Zjazdu Geopolityków Polskich we Wrocławiu w październiku 2010 r. Zdaniem Kolerowa w wypadku, gdyby Aleksander Łukaszenka zdecydował się zrezygnować z goszczenia rosyjskiej stacji radiolokacyjnej „Węzeł Baranowicze” (ulokowanej w osadzie Gancewicze), droga w głąb Rosji od strony zachodniej stanęłaby otworem – i to jest przyczyną mocnej pozycji białoruskiego prezydenta w jego rozmowach z Moskwą. Zasadne wydaje się przeto bardziej krytyczne spojrzenie na serwowany nam przez media obraz państwa słabego i peryferyjnego, bo „w dzisiejszych czasach” wciąż „niedemokratycznego” i nie „wolnorynkowego”.

Myśliciele geopolityczni tacy, jak dr Stanisław Bukowiecki (1867-1944) czy Juliusz Mieroszewski (1906-1976) zwracali uwagę na konieczność orientowania polskiej polityki wschodniej na osiągnięcie przez Białoruś (niezależnie od jej ustroju wewnętrznego) możliwie jak największej niezależności od ośrodka rosyjskiego. U początków krwawo wywalczonej niepodległości Polski jej elita polityczna zlekceważyła kwestię białoruską, co z czasem pociągnęło za sobą konkretną cenę. W toku rokowań pokojowych po wojnie polsko-bolszewickiej strona sowiecka zgadzała się na ustalenie granicy z Polską na linii Połock – Bobrujsk – Mozyrz – Równe, z pozostawieniem po stronie polskiej Mińska i większej części Białorusi. Polska delegacja, pod przewodnictwem ludowca Jana Dąbskiego i endeka prof. Stanisława Grabskiego, odrzuciła tę propozycję, co zaakceptował również Naczelnik Państwa Józef Piłsudski. W wydanej później (w 1943 r. w Londynie) w języku francuskim broszurze „Granica polsko-sowiecka” Grabski wyjaśniał tę odmowę faktem, iż w przeciwnym wypadku po polskiej stronie linii granicznej znalazłoby się dodatkowo około 120 000 km2 terytorium z ludnością w dużej części prawosławną, co zmusiłoby Polskę do odejścia od forsowanej przez endecję koncepcji „inkorporacyjnej” na rzecz koncepcji „federacyjnej” – zarzucenia projektów odgórnej „polonizacji” ziem byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego, pozostawienia Białorusinom swobody rozwijania własnej kultury i nadania im pewnej autonomii w strukturze państwowej. Na podstawie jednego świadectwa trudno orzekać, czy dokładnie takie motywy przesądziły o rozstrzygnięciu rokowań, niemniej na żądanie polskich delegatów granica została przesunięta o około sto kilometrów na Zachód z korzyścią dla bolszewików. Decyzja ta stała w rażącej sprzeczności z wcześniejszym projektem przywódcy obozu narodowego znanym jako „linia Dmowskiego”, przewidującym pozostawienie po stronie polskiej m.in. Połocka, Mińska i Słucka. Gdyby Polska przyjęła pierwszy wariant, akceptowany wówczas także przez przeciwnika, istotnie mogłaby następnie objąć ziemie białoruskie autonomią, a z upływem lat może nawet zorganizować na nich zalążek oddzielnej państwowości, stopniowo przekształcany z tworu kadłubowego w sojuszniczy ośrodek państwowy. W ten sposób nie tylko ocaliłaby wiele tysięcy ludzkich istnień przed machiną bolszewickiego terroru (masowe groby jego ofiar na dzisiejszej Białorusi, pochodzące z okresu rządów Stalina, mieszczą w sobie szczątki szacunkowo kilkudziesięciu tysięcy osób) i podtrzymała dziedzictwo dawnej Rzeczypospolitej, ale powiększyłaby zasięg własnego panowania nad przestrzenią, a także obróciła państwowe i narodowe dążenia Białorusinów przeciw Związkowi Sowieckiemu, zyskując wysuniętą na Wschód placówkę, skąd dałoby się oddziaływać na ludność północno-zachodnich kresów ZSRS, prowadzić działalność wywiadowczą, propagandową, dywersyjną, destabilizacyjną i destrukcyjną. Ponieważ polska elita polityczna zmarginalizowała wówczas sprawę białoruską, zagospodarowała ją politycznie strona sowiecka (co przewidział wcześniej Stanisław Bukowiecki). To ona wystąpiła w charakterze organizatora białoruskiej państwowości i opiekuna rozwijającej się białoruskiej kultury narodowej. Sowiecka polityka na Białorusi prowadzona była na tyle przemyślnie, że w październiku 1925 r. białoruski rząd na wychodźstwie dokonał samorozwiązania, gdyż, jak ogłosili jego członkowie, Białoruska Socjalistyczna Republika Sowiecka nabrała cech rzeczywistego białoruskiego państwa narodowego (w latach trzydziestych sytuacja uległa całkowitej zmianie – komunistyczne władze rozpoczęły w BSRS intensywną rusyfikację). Bolszewicy stworzyli sobie tym samym bazę do prowadzenia we wschodnich województwach państwa polskiego działalności propagandowej, wywiadowczej, dywersyjnej, destabilizacyjnej, destrukcyjnej, a nawet partyzanckiej – co faktycznie miało miejsce.

Osobno od zagadnień polityki, geopolityki, geostrategii warto zwrócić uwagę na znaczenie Białorusi na płaszczyźnie cywilizacyjnej. W państwie tym krzyżują się wpływy kulturowe bałtyckie, rusko-słowiańskie, łacińsko-romańskie i grecko-bizantyjskie. Graniczne położenie Białorusi na ich styku predestynuje ją do roli pomostu między Wschodem a Zachodem i zarazem Środka pomiędzy nimi. Dzięki niemu Białoruś stanowi potencjalne miejsce syntezy pierwiastków wschodnich i zachodnich, a w rezultacie – narodzin nowej cywilizacji pomiędzy Orientem a Okcydentem, osobnej względem nich obu. W tym sensie państwo białoruskie jawi się jako kontynuator Wielkiego Księstwa Litewskiego, które niegdyś miało szansę dokonać takiej syntezy i stać się kolebką nowej jednostki cywilizacyjnej.

Ad rem. W naszej ocenie państwo polskie powinno dokonać całkowitego resetu (jak to się ostatnio modnie określa) swoich stosunków z Białorusią w takim ich kształcie, jak układały się one kolejno pod rządami SLD, PiS i PO co najmniej od 2004 r., tj. od chwili rzucenia przez polskie MSZ i pałac prezydencki hasła „powtórzenia pomarańczowej rewolucji” w Mińsku. Wskazane jest, aby Polska dążyła do jak najdalej idącej poprawy stosunków z państwem białoruskim, do nawiązania z nim jak najściślejszej i możliwie kompleksowej współpracy, włącznie z zainicjowaniem osi Warszawa-Mińsk, na podobieństwo niemiecko-francuskiej „osi elizejskiej” (nie chodzi, rzecz jasna, o podobieństwo w potędze podmiotów, ale w charakterze ich relacji). Leży to w dobrze pojętym interesie obu krajów, jak również liczącej czterysta tysięcy osób polskiej diaspory na Białorusi.

Przeciwnicy takiego projektu w pierwszej kolejności podniosą zapewne obiekcje natury prawno-międzynarodowej. Białoruś w ramach ZBiR pozostaje związana z Rosją węzłami bliskiej współpracy politycznej, gospodarczej i militarnej; Polska należy do NATO i Unii Europejskiej. Członkostwo obu krajów w strukturach międzypaństwowych ogranicza samodzielność prowadzenia przez nie polityki zagranicznej, w szczególności swobodę podejmowania przez nie decyzji o wyborze sojuszników. Historyczne precedensy dowodzą wszelako, iż zacieśniać współpracę i podejmować różne formy integracji mogą nawet państwa przynależne do wzajemnie wrogich bloków międzynarodowych (a przy postępującym obecnie odprężeniu między Zachodem a Rosją o stanie wrogości trudno mówić, więc aktualna sytuacja okazuje się łatwiejsza). Na przykład, początek Inicjatywie Środkowoeuropejskiej (CEI) dała grupa Czworokąta (Quadragonale), utworzona w 1989 r. przez cztery państwa o skrajnie różnym statusie: Włochy – militarnie i politycznie przynależne do obozu zachodniego; Węgry – militarnie i politycznie przynależne do obozu sowieckiego, komunistyczną Jugosławię – państwo dysydenckie z obozu sowieckiego, a więc skonfliktowane z oboma blokami; Austrię – państwo neutralne. Decyzja owa zaowocowała ich efektywną współpracą przez szereg następnych lat, rozszerzaną sukcesywnie o inne państwa. Podobne zbliżenie Polski i Białorusi zależy wyłącznie od determinacji obu stron w tym kierunku, dobrej woli, zrozumienia wspólnoty interesów oraz poczucia własnej wartości (czyt. uwolnienia się od nawyku pytania „starszych braci” o zgodę).

Kolejne, co zostałoby przeciwstawione projektowi zwrotu w stosunkach z państwem białoruskim, to twierdzenie „Zachód jest przeciw obecnej Białorusi i się za to na nas pogniewa”. Praktyka pokazuje tymczasem, że nad starczym zrzędzeniem Zachodu da się przejść do porządku dziennego. Zademonstrowała to Litwa, czyniąc w ubiegłym roku pewne kroki na rzecz normalizacji stosunków między państwami UE a Białorusią. Polskie władze, zamiast poprzeć Litwę i podjąć inicjatywę, skrytykowały ją ustami swych niektórych przedstawicieli. Niewielkie państwo odważnie próbuje wpłynąć na politykę wschodnią Unii Europejskiej, a wielekroć ludniejszą Polskę stać jedynie na bierność i potakiwanie. Państwo polskie po raz pierwszy od wielu lat dowiodłoby swej podmiotowej pozycji w polityce międzynarodowej, starając się zacieśnić więzi z Białorusią oraz wspierając wspomnianą akcję Litwy wszelkimi środkami. Otworzyłoby to, być może, drogę do budowy w przyszłości trójkąta Warszawa – Mińsk – Wilno, ten zaś wskrzeszałby w sporej części geopolityczną substancję dawnej Rzeczypospolitej.

Już 13 stycznia bieżącego roku w sali konferencyjnej sejmowego gmachu w Warszawie odbył się, zorganizowany pod przykrywką fachowej „konferencji”, anty-białoruski wiec otwarty przez polskiego marszałka sejmu. Kilka dni później w mediach pojawiły się informacje, iż w przygotowaniu ostatnich wystąpień „opozycji demokratycznej” na Białorusi miały udział polskie służby specjalne. Racja stanu Polski nakazuje, aby nasze państwo jak najszybciej wycofało się ze wszelkich tego typu prowokacyjnych działań. Przed kilku laty stacja TVN wyemitowała (na żywo) znamiennym wywiad z ówczesnym białoruskim ambasadorem w Warszawie, Pawłem Łatuszką (obecnie – ministrem kultury w białoruskim rządzie). Przez cały czas trwania wywiadu znany telewizyjny dziennikarz Bogdan Rymanowski bez cienia poszanowania choćby dla urzędu swego gościa, najbezczelniej w świecie beształ go za bycie reprezentantem „niedemokratycznego reżimu” i wypowiadał się w obraźliwym tonie na temat białoruskiego państwa. Indagowany w ten sposób dyplomata nie dał się sprowokować i z właściwą swej profesji rezerwą zbijał ataki spokojnymi, merytorycznymi wypowiedziami, jednak w końcu musiał wyrazić oburzenie napastliwym zachowaniem dziennikarza. Trudno dać wiarę, by ów incydent odbył się bez odpowiedniej politycznej inspiracji. Epoka takich nieodpowiedzialnych zagrań powinna bezpowrotnie odejść w przeszłość.

Jeden ze wspomnianych na początku publicystów rzucił pomysł utworzenia w Polsce „komitetu poparcia dla Białorusi”, atakowanej przez ośrodki zachodnie i służalcze wobec nich ugrupowania krajowe. Zgadzamy się, że komitet taki winien powstać, zawiązany przez środowiska rozumiejące polską rację stanu. I to szybko, zanim pomysł ten podchwycą i wykorzystają dla sprzecznych z nią celów aktywni w Polsce lobbyści interesów rosyjskich.

Adam Danek